Seks i związki

Nowe pokolenie Polek: spełnione zawodowo, niezależne emocjonalnie, nieśpieszące się do ołtarza
Prośba wnuka. Opowiadanie – Babciu, mam do ciebie prośbę, bardzo potrzebuję pieniędzy. Dużo. Wnuk przyszedł do niej wieczorem. Widać było, iż jest zdenerwowany. Zwykle wpadał do Stefanii dwa razy w tygodniu. jeżeli trzeba – pójdzie do sklepu, wyrzuci śmieci. choćby kiedyś naprawił jej kanapę, jeszcze posłuży. Zawsze taki spokojny, pewny siebie. A tym razem cały w nerwach. Stefania zawsze się obawiała – tyle się przecież wokół dzieje! – Dawid, mogę zapytać, na co ci te pieniądze? I ile to jest „dużo”? – Stefania aż zesztywniała w środku. Dawid był jej najstarszym wnukiem. Dobrze wychowany, serdeczny chłopak. Rok temu skończył liceum. Pracuje i studiuje zaocznie. Rodzice niczego złego u niego nie zauważyli. Ale po co mu tyle pieniędzy? – Na razie nie mogę powiedzieć, ale na pewno ci oddam, obiecuję – Dawid się zmieszał – tylko nie od razu, w ratach. – Wiesz przecież, iż żyję z emerytury… – Stefania nie wiedziała, co zrobić – więc ile dokładnie potrzebujesz? – Sto tysięcy. – A dlaczego nie chcesz poprosić rodziców? – zapytała Stefania z przyzwyczajenia, choć wiedziała, co zaraz usłyszy. Ojciec Dawida, zięć Stefani, zawsze był bardzo wymagający. Uważał, iż syn sam powinien radzić sobie z problemami. Stosownie do wieku. I nie pchać się tam, gdzie nie trzeba. – Nie dadzą – Dawid potwierdził jej myśli. Może wpadł w jakieś kłopoty? I jeżeli mu dam, może będzie jeszcze gorzej? A jeżeli nie, to Dawid może mieć problemy… Stefania pytająco spojrzała na wnuka. – Babciu, nie martw się, nic złego – Dawid zrozumiał jej spojrzenie na swój sposób – oddam ci w trzy miesiące, obiecuję! Nie wierzysz mi? Może i powinnam dać. choćby jeżeli nie odda. Musi być ktoś na świecie, kto go wesprze. Nie może stracić wiary w ludzi. Trzymam te pieniądze na czarną godzinę, może właśnie nadszedł ten moment. To do mnie zwrócił się Dawid. Pogrzeby na razie nie w głowie. Trzeba myśleć o żywych, o bliskich, trzeba ufać! Mówią, iż jak się pożycza, trzeba się z tymi pieniędzmi pożegnać. Młodzi są dziś tacy nieprzewidywalni. Czasami nie wiadomo, co mają w głowie. Ale z drugiej strony – wnuk mnie nigdy nie zawiódł! – Dobrze, dam ci te pieniądze. Na trzy miesiące, jak prosisz. Ale może lepiej, żeby rodzice wiedzieli? – Babciu, kocham cię i zawsze dotrzymuję obietnic. jeżeli nie możesz, spróbuję wziąć kredyt, przecież pracuję. Rano Stefania poszła do banku, wypłaciła potrzebną kwotę i przekazała wnukowi. Dawid rozpromieniał się, pocałował babcię i podziękował: – Dziękuję, babciu, jesteś dla mnie najważniejszą osobą. Oddam, obiecuję! – i wybiegł. Stefania wróciła do domu, zrobiła sobie herbatę i zamyśliła się. Ile razy w życiu miała chwile, gdy pilnie potrzebowała pieniędzy. Zawsze ktoś jej pomagał. Teraz czasy się zmieniły, każdy patrzy na siebie. Ech, trudne czasy! Po tygodniu Dawid przyszedł w świetnym humorze: – Babciu, masz, to część pieniędzy, dostałem zaliczkę. Mogę jutro wpaść, ale nie sam? – Oczywiście, wpadajcie! Upiekę twoje ulubione ciasto z makiem – Stefania się uśmiechnęła. Dobrze, iż przyjdzie. Może się wszystko wyjaśni. Chciała się upewnić, iż u Dawida wszystko w porządku. Wieczorem Dawid przyszedł z drobną dziewczyną: – Babciu, poznaj, to Ania. Aniu, to moja ukochana babcia Stefania. Ania ślicznie się uśmiechnęła: – Dzień dobry, pani Stefaniu, bardzo, bardzo dziękuję! – Proszę, wejdźcie, miło mi was poznać – Stefania odetchnęła z ulgą. Dziewczyna od razu jej przypadła do gustu. Wszyscy usiedli do herbaty i ciasta. – Babciu, nie mogłem ci wcześniej powiedzieć. Ania była bardzo zdenerwowana, jej mama niespodziewanie trafiła do szpitala. A pomóc nie było komu. Ania jest przesądna, zabroniła mi tłumaczyć, po co są te pieniądze. Ale już jest dobrze, jej mamę zoperowali, rokowania są dobre – Dawid spojrzał czuło na Anię – Prawda? – chwycił ją za rękę. – Bardzo pani dziękuję. Jest pani niesamowicie dobra, bardzo wdzięczna – Ania odwróciła się i pociągnęła nosem. – Już dobrze, Aniu, wszystko za nami – Dawid wstał od stołu – babciu, muszę ją odprowadzić, jest już późno. – Dobrze, dzieci, spokojnej nocy, niech wam się wiedzie! – Stefania przeżegnała ich na drogę. Wnuk dorósł. Porządny chłopak. Dobrze, iż mu zaufałam. Tu nie chodzi tylko o pieniądze. Zbliżyliśmy się do siebie. Dawid po dwóch miesiącach oddał wszystko i opowiedział Stefanii: – Wyobraź sobie, lekarz powiedział, iż zdążyli w samą porę. Gdybyś mi wtedy nie pomogła, mogło się źle skończyć. Dziękuję, babciu. Teraz wierzę, iż zawsze znajdzie się ktoś, kto poda pomocną dłoń w trudnej chwili. Dla ciebie zrobię wszystko – jesteś najlepsza na świecie! Stefania pogłaskała Dawida po włosach jak w dzieciństwie: – No dobrze, leć już. Wpadajcie z Anią, będę się cieszyć! – Pewnie wpadniemy – Dawid objął babcię. Stefania zamknęła za nim drzwi i przypomniała sobie słowa swojej babci: „Swoim zawsze trzeba pomagać. Tak u nas w Polsce się przyjęło. Komu sam zawsze otwarty, tego i bliscy nie zostawią. O tym nie wolno zapominać.”
„Synu, proszę, zaopiekuj się chorą siostrą. Nie możesz jej opuścić!” – szepnęła matka.
Ks. Teodor jest w TOP3 duchownych w internecie. Anna: - Czułam, jakby mnie zgwałcił podczas modlitwy. Po wszystkim pytał o orgazm
Pozdrowienia od Żony – Kochanie, odbierzesz mnie z pracy? – zadzwoniła Żenia do męża, mając nadzieję, iż po ciężkim dniu nie będzie musiała tłuc się czterdzieści minut zatłoczoną komunikacją. – Jestem zajęty – rzucił oschle mąż. W tle wyraźnie było słychać telewizor, więc Artur siedział w domu. Dziewczyna poczuła się do łez dotknięta. Małżeństwo się sypało, a jeszcze pół roku temu mąż nosił ją na rękach. Co się zmieniło w tak krótkim czasie? Żenia nie miała pojęcia. Dbała o siebie, regularnie chodząc na fitness. Świetnie gotowała – nie bez powodu pracowała w znanej warszawskiej restauracji. Nigdy nie prosiła o pieniądze, nie urządzała scen, zawsze była gotowa spełnić zachcianki męża… – gwałtownie mu się znudzisz – kręciła głową mama, słuchając zwierzeń Żeni. – Nigdy nie powinnaś na wszystko mu pozwalać. – Po prostu go kocham – bezradnie uśmiechała się dziewczyna. – A on mnie… ****************************** – Jednak mu się przejadłam – myślała Żenia, przeglądając historię przeglądarki. Okazało się, iż Artur cały wolny czas spędzał na portalach randkowych, flirtując z kilkoma dziewczynami naraz. – Czemu nie mógł po prostu porozmawiać? Zrozumiałabym i puściła wolno. Po co się męczyć, żyjąc z nielubianą osobą i fundować jej takie traktowanie? No dobra, rozwód. Poradzi sobie, jest silna. Ale tak łatwo go nie puści. Należy mu się mała słodka zemsta… Tego samego wieczoru Żenia założyła konto na tym samym portalu, co Artur, odnalazła go i napisała. Zdjęcie pożyczyła z internetu, trochę podrasowała w photoshopie i była pewna, iż Artur się złapie. I oczywiście – złapał się. Rozpoczęła się ożywiona rozmowa. Artur chwalił się w wiadomościach, iż nie jest żonaty, iż szuka poważnego związku i dzieci. Wychwalał swój cudowny charakter, co rozbawiało Żenię do łez. Przecież doskonale znała jego prawdziwe oblicze. – Spotkajmy się – zaproponowała Żenia, czekając z bijącym sercem na odpowiedź. – Bardzo chętnie – odpisał niemal natychmiast. – Ale tymczasowo mieszka u mnie siostra – przygotowuje się do matury. Może więc na neutralnym gruncie, a potem miło spędzimy wieczór w hotelu. – No nieźle… – mruknęła Żenia po przeczytaniu. – Skąd ta pewność, iż dziewczyna od razu pójdzie z tobą do hotelu? Każda normalna by się obraziła! No ale cóż – to mi choćby na rękę. – Chodź do mnie! Mieszkam w domu za miastem, sama. Nikt nam nie przeszkodzi… – A sama zastanawiała się, czy się zgodzi? – Świetny pomysł! – Artur wyraźnie się ucieszył – pewnie dlatego, iż nie będzie musiał wydawać ani grosza. – Podaj adres i godzinę. Przylecę na skrzydłach miłości. – Ul. Wiosenna 25, o dziesiątej wieczorem. Pasuje? – Oczywiście! Czekaj na mnie. O dziewiątej Artur udawał, iż pilnie wezwali go do pracy. Nie mógł znaleźć kluczyków do auta i niechętnie zapytał żonę, czy nie widziała breloczka. – Leżały na komodzie – Żenia patrzyła na niego z niewinnym wyrazem twarzy, ściskając klucze w kieszeni. – Może kot je gdzieś zaniósł? – Nieważne, wezmę taksówkę. Nie czekaj na mnie, idź spać. Ale ona wcale nie zamierzała czekać. Po co? Spakowała rzeczy do walizki. Na szczęście miała własne mieszkanie, które odziedziczyła po babci. Jedyna rzecz, jaką zostawiła po sobie, to leżący na stole pozew rozwodowy. Artur wrócił nad ranem, wściekły jak osa. Dojazd zajął mu ponad godzinę, a żadnej „Angeliki z portalu” na miejscu nie zastał. Adres był prawdziwy, dom też. Ale drzwi otworzyła mu kobieta trzy razy większa od niego, ubrana jedynie w półprzezroczysty szlafrok. Artur był gotów zapłacić każde pieniądze, by wymazać ten widok z pamięci. A na dodatek ledwie uciekł tej wariatce! Musiał zamawiać drugą taksówkę, a kierowca okazał się dziwny: najpierw wywiózł go nie wiadomo dokąd… Generalnie – niezapomniana noc. Dopiero gdy wszedł do mieszkania i zobaczył na stole pozew, zrozumiał, kto stał za całą tą „przygodą”. Obok, szminką na blacie, było napisane: Ta słodka zemsta…
O poranku Michałowi zrobiło się gorzej. Dusił się. — Nikita, niczego mi nie trzeba. Żadnych lekarstw, nic. Tylko proszę cię, pozwól mi się pożegnać z Przyjacielem. Błagam. Odłącz mnie od tego wszystkiego… Wskazał na kroplówki. — Nie mogę tak odejść. Rozumiesz, nie mogę… Po policzku spłynęła mu łza. Nikita wiedział, iż jeżeli to odłączy, może nie zdążyć go dowieźć do wyjścia. Do nich zeszli się faceci z całej sali. — Nikita, naprawdę nie da się nic wymyślić? To nie w porządku… — Wiem, rozumiem… Ale tu szpital, wszystko musi być sterylne. — Co z tego… Spójrz, człowiek nie może odejść. Wszystko rozumiał. Ale co mógł? Nikita wstał. Wszystko mogę. Do diabła z tą kłótnią, do diabła z firmą ojca. Niech mnie wyrzucą. Energicznie się odwrócił i napotkał spojrzenie Ani. Było w nim uznanie. Nikita wybiegł na zewnątrz. — Przyjacielu, proszę, tylko cicho. Może nikt nie zauważy. Chodź, chodź do pana. Już otwierał drzwi, gdy nagle drogę zastąpiła Emma Edwardowna. — Co tu się dzieje? — Pani Emmo… Proszę, tylko pięć minut. Pozwólcie im się pożegnać. Wszystko rozumiem. Wyrzućcie mnie potem. Zastanawiała się chwilę. Kto wie, co działo się wtedy w jej głowie, ale nagle zrobiła krok w bok. — Dobrze. To i mnie niech zwolnią. — Przyjacielu, za mną! Nikita rzucił się biegiem przez szpitalny korytarz, obok Przyjaciel. Z przodu Ania otworzyła drzwi. Pies, jakby wyczuwając sytuację, w dwóch susach znalazł się przy sali… Jeszcze skok i Przyjaciel stoi na tylnych łapach przy łóżku Michała, przednimi wspiera się na brzegu łóżka. W sali cisza. Michał otworzył oczy. Próbował podnieść rękę, ale nie mógł. Przeszkadzały kroplówki. Wyrwał je drugą ręką. — Przyjacielu! Przyszedłeś… Pies położył głowę na piersi Michała. Pogłaskał go lekko. Uśmiechnął się… Uśmiech zamarł mu na ustach. Ręka opadła. Ktoś powiedział: — Pies płacze… Nikita podszedł do łóżka. Przyjaciel naprawdę płakał. — Już. Chodź… Chodź… *** Nikita przysiadł na ogrodzeniu, a Przyjaciel wszedł w krzaki i tam się położył. Podszedł do niego facet z sali, ten, co pierwszy oddał swoje kotlety. Podał paczkę papierosów. Nikita chciał odmówić, ale machnął ręką. Zapalił. Obok przysiadła Ania. Oczy miała czerwone, nos spuchnięty. — Aniu… To mój ostatni dzień. — Dlaczego? — Wiesz, najpierw byłem tu za karę, potem chciałem udowodnić ojcu, iż potrafię… Miał mi oddać firmę. Ale nie chodzi o firmę. Nie mogę. Wracam do domu. Powiem mu prosto — twój syn to nieudacznik. Wybacz mi, Aniu… Nikita odszedł. Złożył wymówienie, zabrał rzeczy. Ania obserwowała przez okno, jak podjeżdża mercedesem, wysiada. Otwiera drzwi pasażera i idzie do krzaków. Rozmawia z Przyjacielem, potem idzie do auta, opiera się o nie i czeka. Pies podchodzi po kilku minutach. Długo patrzy Nikicie w oczy, potem wskakuje do samochodu. Ania znów płakała. — Nie jesteś nieudacznikiem! Jesteś najlepszy! *** Minęło kilka dni. Ania zobaczyła, jak z ordynatorem idzie mężczyzna bardzo podobny do Nikity. Zbiegła po schodach i wybiegła na zewnątrz. — Czy pan jest ojcem Nikity? Ordynator spojrzał na nią zdziwiony. — Ania, co się dzieje? — Proszę zaczekać, panie Sergiuszu, potem mnie zwolnicie! Więc to pan? Wadim Olegowicz także zaskoczony patrzył na drobną dziewczynę z uroczymi piegami. — Tak, ja. — Nie wolno panu! Słyszy pan? Nie wolno panu myśleć, iż Nikita to nieudacznik! Jest najlepszy! To on jeden nie bał się i pozwolił człowiekowi pożegnać się ze swoim Przyjacielem przed śmiercią! Nikita ma serce i duszę! Ania odwróciła się i weszła do budynku. Wadim Olegowicz uśmiechnął się. — Widział pan? Sergiusz odpowiedział: — No i co z nią zrobić? Dziewczyna dobra, ale musi mieć zawsze prawdę! — To źle? — Nie zawsze dobrze… *** Minęły trzy lata. Z bramy pięknego domu wyszła rodzina. Nikita prowadził wózek, a na smyczy Ani szedł ogromny, wypielęgnowany pies. Doszli nad rzekę, Ania spuściła psa ze smyczy. — Przyjacielu, daleko nie uciekaj! Pies wielkimi susami pobiegł nad rzekę. Po chwili dziecko w wózku zaczęło marudzić. Przyjaciel natychmiast wrócił wielkimi susami do wózka. Ania się zaśmiała. — Nikita, chyba nie będziemy musieli szukać niani. Co, Przyjacielu? Sonia po prostu zgubiła smoczek. Dziecko znów zasnęło, Przyjaciel zerknął do wózka i upewniwszy się, iż wszystko w porządku, pobiegł za motylem…
Błąd Donalda Trumpa przejdzie do historii. "Szalony król" zburzył własne imperium. Sojusznicy już flirtują z jego nawjiększymi wrogami [OPINIA]
Sekta czy nowy Kościół z Czatachowy? Ruszył proces o eksmisję księdza Daniela Galusa, który nazwał się Prorokiem
„Synu, proszę, zaopiekuj się swoją chorą siostrą. Nie możesz jej zostawić!” – wyszeptała mama.
Internetowa znajomość zakończona szantażem po przesłaniu nagich fotografii
Implanty penisa i nowoczesne rozwiązania dla mężczyzn z zaburzeniami erekcji
Jak teściowa została bez dachu nad głową – czyli dlaczego nie zamierzam utrzymywać rodziny szwagra ani wynajmować im mieszkania, skoro sama kupiłam i wyremontowałam nasze trzypokojowe mieszkanie przed ślubem, a moja cierpliwość wobec życiowych decyzji rodziny męża właśnie się skończyła
Łagodne rodzicielstwo potrafi wykończyć. Czasem lepiej machnąć ręką niż cierpieć w ciszy
Psychoterapeuta? Psycholog? Wtf? Część 2
Sen z poduszką czy bez: co jest zdrowsze dla kręgosłupa i zdrowia
Mąż powiedział do żony, iż jest nią znudzony, a ona tak bardzo się zmieniła, iż to ona w końcu znudziła się nim – historia polskiego małżeństwa, które zamieniło rutynę domowego życia na szalony wir rozrywek, by w końcu dojść do nieoczekiwanego zakończenia
Kochana moja. Opowiadanie Marzena dowiedziała się, iż wychowała się w rodzinie zastępczej. Wciąż trudno jej było w to uwierzyć. Ale nie miała już z kim tego omówić. Jej przybrani rodzice odeszli prawie jeden po drugim. Najpierw zawiódł tata. Położył się do łóżka i już nie wstał. Zaraz po nim odeszła mama. Wtedy Marzena siedziała przy łóżku mamy, trzymając jej słabą, bezwładną dłoń. Mama była już bardzo słaba. I nagle Marzena zauważyła, iż mama uchyliła oczy: – Marzenko, córeczko, z tatą nigdy nie potrafiliśmy ci tego powiedzieć. Język nam się nie obracał… Przecież my ciebie znaleźliśmy. Tak, w lesie, płakałaś, zgubiłaś się. Czekaliśmy, aż ktoś cię będzie szukał. Na milicję zgłaszaliśmy sprawę. Ale nikt cię nie szukał. Może coś się stało, nie wiem. I pozwolono nam ciebie zaadoptować. W domu, w komodzie, gdzie są moje dokumenty. Tam leżą różne papierki… Korespondencja, poczytaj sobie. Wybacz nam, córeczko. Mama była już zbyt zmęczona i zamknęła oczy. – No co ty, mamusiu – Marzena przytuliła maminy dłoń do policzka, nie wiedząc co powiedzieć – mamusiu, kocham cię i bardzo chcę, żebyś wyzdrowiała. Ale cud się nie wydarzył. Po kilku dniach mamy już nie było. Lepiej, żeby nic Marzenie nie powiedziała. Mężowi i dzieciom nie wspomniała o ostatnich słowach babci. Sama też jakby o tym zapomniała, wypierając maminy wyznanie w najdalszy zakątek pamięci. Dzieci kochały babcię i dziadka. I Marzena nie chciała martwić wszystkich niepotrzebną prawdą. Jednak pewnego dnia, pod wpływem dziwnego przeczucia, otworzyła jednak teczkę, o której mówiła jej mama. Wycięty artykuł z gazety, zapytania, odpowiedzi. Marzena zaczęła czytać i nie mogła już przestać. Kochani, ukochani rodzice! Odnaleźli ją, Marzenę, półtoraroczną, w lesie. Sami mieli już ponad czterdzieści lat. Nie mieli własnych dzieci. I nagle – zapłakana mała dziewczynka wyciąga do nich rączki. Wiejski dzielnicowy rozkładał ręce – nikt nie zgłosił zaginięcia dziecka. Zaadoptowali Marzenę. Ale mama przez cały czas szukała jej prawdziwej rodziny. Chyba już nie po to, by ich znaleźć. Raczej, by mieć pewność, iż nikt nie będzie rościł sobie prawa do ich ukochanej córeczki. Marzena trzasnęła teczką i schowała ją głęboko na półce. Komu potrzebna ta prawda? Po tygodniu Marzenę niespodziewanie wezwano do kadr: – Pani Marzeno, interesują się panią z poprzedniej pracy. Obok kadrowej siedziała kobieta w wieku Marzeny: – Dzień dobry, nazywam się Nadzieja. Muszę z panią porozmawiać – rozejrzała się na kadrową – chodzi o zapytania Iliny Ludwiki Janowny. Jest pani jej córką? – A mówiono, iż to w sprawie starej pracy – oburzyła się kadrowa – sprawy osobiste proszę załatwiać w wolnym czasie! – Nadziejo, porozmawiajmy na zewnątrz – zaproponowała Marzena. Wyszły pod spojrzeniami kadrowej. – Proszę wybaczyć, to dziwna sprawa, ale obiecałam… – zaczęła zdenerwowana Nadzieja. – Trzy lata temu spotkałam moją pierwszą nauczycielkę. W szkolnej podstawówce w Wólce u niej się uczyłam. Potem wyjechała. Sama została na starość. Zaprosiła mnie na herbatę. Poprosiła o pomoc. Podobno zaginęła kiedyś jej córeczka, malutka. I korespondowała z pani mamą. – Proszę wybaczyć, Nadziejo, mama nie żyje, ja się tym nie zajmuję – odpowiedziała chłodno Marzena, odwracając wzrok. – Przepraszam, Marzena, rozumiem. Ale wie pani, ona, pani Wera, nauczycielka, ciężko chora, ma nowotwór. Mówią, iż zostało jej kilka czasu. Bardzo chce jeszcze odnaleźć córkę. Dała mi choćby kosmyk włosów, by zrobić badanie genetyczne. Może pani sobie wyobrazić? Marzena już miała zakończyć rozmowę, ale coś ją zatrzymało: – Mówi pani, iż jest bardzo chora? Nadzieja skinęła głową. Marzena zabrała od Nadziei woreczek z kosmykiem włosów i umówiły się na kontakt. Po tygodniu razem jechały do szpitala, do Wery Janowny. Weszły do sali. Wera Janowna niedowidząc przyglądała się wchodzącym: – Och, Nadziu, to ty! Dziękuję, kochana – uśmiechnęła się wdzięcznie i nieśmiało spojrzała na Marzenę. – Pani Wero, znalazłam ją. To Marzena. Sama zdecydowała się przyjechać – i Nadzieja podała Wierze kopertę. – Co to? choćby w okularach nie doczytam – jej oczy patrzyły na nie bezbronne. – To wynik badania – Nadzieja wyjęła kartkę z koperty – tu napisane, iż pokrewieństwo zostało potwierdzone. Marzena jest pani córką. Twarz Wery Janowny rozjaśnia się, rozpromienia. Łzy szczęścia cisną się jej do oczu: – Dzieci moje, kochane, dziękuję wam – wyciągnęła ramiona do Marzeny: – Kochana moja, jakie to szczęście. Odnalazłam. Żywa, piękna, do mnie młodej podobna. Kochana moja, dziewczynko. Przez całe życie budziłam się w nocy, wydawało mi się, iż płaczesz, wołasz mnie. Nie zasługuję na przebaczenie. Żyjesz, żyjesz. Teraz mogę być spokojna. Po jakimś czasie Nadzieja i Marzena wyszły od Wery Janowny. Była bardzo słaba i zasnęła. – Dziękuję, Marzena, naprawdę dziękuję, widzisz przecież, w jakim jest stanie. Uczyniłaś ją szczęśliwą. Kilka dni później Wery Janowny już nie było. Marzena porwała wszystkie papiery z maminej teczki. Nie chciała, by ktokolwiek poznał tę niepotrzebną prawdę. A zresztą nie było czego wiedzieć. Przecież Marzena nigdy nie miała innej mamy. A Wera Janowna? To przecież święte kłamstwo. Czy dobrze zrobiła? Marzena uważa, iż to było najlepsze wyjście. Zresztą każdy sam odpowiada przed Bogiem za wszystko, co kiedykolwiek uczynił.
Znany twórca internetowy promuje łódzkie Zoo. Ile zarobił influencer?
Matka jednego z synów Elona Muska pozywa xAI za nagie zdjęcia wygenerowane przez Groka
W 2026 wiemy jedno: warto być przyjaciółką przyjaciółki
Agata z "Rolnika" błaga o pomoc. Zamieściła poruszający wpis
Niechciana, a jednak potrzebna wnuczka – Zobacz, to na pewno ona! Mówię ci! – szepnęła rosła kobieta do prostolinijnego mężczyzny. – Poobserwujmy przez chwilę. Mała, około pięcioletnia dziewczynka bawiła się spokojnie w piaskownicy, budując zamek dla księżniczki. Na razie budowla przypominała raczej wielką górę, ale Karinka uparcie odmawiała przyjęcia pomocy od dorosłych. Sama sobie poradzi! Jeszcze tylko trzeba wykopać fosę wokół zamku i jaskinię dla smoka! Ktoś przecież musi bronić królestwa! Gorący, letni dzień trwał w najlepsze. Karinka, dobrze schowana przed słońcem pod rozstawionym nad piaskownicą namiotem, czuła się komfortowo, w przeciwieństwie do swoich rodziców. Mama dziewczynki, obawiając się udaru słonecznego, usunęła się do cienia i wysłała męża po napoje chłodzące i lody. Rozproszona jeszcze telefonem, Nadzie nieco uciekła córka z oczu. To wystarczyło obserwatorom. – Cześć, malutka – bezceremonialnie przysiadła się do dziewczynki obca kobieta, przez co Karina przestraszona cofnęła się i przewracając, zniszczyła swój prawie ukończony zamek. Łzy od razu pojawiły się w oczach – jej trud poszedł na marne! – Nie płacz, to tylko kupka piasku! Jak chcesz, zbuduję ci prawdziwy zamek. – MAMO! – wrzasnęła Karinka, przypominając sobie wszystkie przestrogi z przedszkola i od rodziców. Wyskoczyła z piaskownicy, szczęśliwie wymykając się ramionom zupełnie nieznajomego mężczyzny, który próbował ją złapać. Na krzyk córki Nadzie rzuciła się biegiem, upuszczając po drodze telefon. W słuchawce przez chwilę słychać jeszcze było zaniepokojony głos rozmówcy. – Córeczko moja – przytuliła ją mocno. – Co się stało, maleńka? – Tam… tam… – szlochała dziewczynka, kurczowo ściskając mamę za szyję – jakaś dziwna pani! I pan też! Chciał mnie złapać! Mamusiu, boję się! W tym momencie podszedł ojciec. Upewniwszy się, iż dziecko całe, spojrzał groźnie na parę, która je przestraszyła. Sześćdziesięcioletnia kobieta niezadowolona skrzywiła usta, przyglądając się tej rodzinnej scenie. Ta dziewczynka… Nie ma wątpliwości, iż to jej wnuczka! Kolor włosów, oczu, kształt twarzy… Wykapana Michał z dzieciństwa! Oczywiście, biorąc poprawkę na płeć. – Aleś ty daleko uciekła – zaczęła z pogardą, mierząc wzrokiem byłą synową. – I jakim prawem wywiozłaś moją wnuczkę na drugi koniec Polski? – Marek, zabierz Karinę do domu, ja się tu wszystkim zajmę – mama Kariny powierzyła córkę mężowi. – I zadzwoń może do taty. Niech kogoś przyśle. – Ej, nie waż się! Chcę poznać moją wnuczkę! – krzyknęła oburzona kobieta, nie próbując jednak doganiać postawnego męża. Dwa metry wzrostu, szeroki w barach… Co oni mu mogą zrobić! Dlaczego nie sprawdziła zawczasu, czy Nadzia znowu nie wyszła za mąż… – Pani Tereso – Nadzie przyglądała się jej z nieskrywaną niechęcią. – O czym pani w ogóle mówi? Jaka wnuczka? Czyżby zaniki pamięci? To przypomnę… **************************** – I jak tam mój przyszły wnuczuś? – zapytała z niecierpliwością kobieta wracającego ze szpitala syna z żoną. – Będziemy mieli córeczkę, mówiłam już pani – uśmiechnęła się blado Nadzie, modląc się, by teściowa jak najprędzej opuściła ich mieszkanie. Ostatnio tylko tu nocuje! Muszą się przed nią chować w sypialni, powołując na złe samopoczucie. – Lekarz się pomylił – odparła Teresa z absolutną pewnością. – W rodzinie Sobolewskich rodzą się tylko chłopcy! – Dlatego wykreśliła pani starszego syna z rodziny? Bo miał córkę? – złośliwie zauważyła już zmęczona teściową synowa. – To nie jego dziecko! – warknęła kobieta, nie lubiąc wracać do tej historii. – Ta Tania go oszukała, a on – głupiec – uwierzył! MNIE nie chciał słuchać! Dał się omotać jakiejś… dziewuszce! – jej głos był coraz ostrzejszy. – Tania ma wyniki testów DNA, dobrze pani o tym wie. Sama sprawdzała pani papiery z pięć razy. Wciąż próbowała przekonać Aleksego, iż to podróbka. – I była podrabiana! Jak śmiesz mi nie wierzyć? Bezczelna dziewucha… – przeszła w szept, powstrzymując się przed awanturą. Jeszcze tylko tego brakowało, żeby ze stresu coś stało się z dzieckiem… Wnuk jest im potrzebny! Przyjaciółki się chwalą, wnusie mają, a ona… – Pójdę się położyć, boli mnie głowa. Nadzie zamknęła się w sypialni. Coraz częściej zaczęła myśleć, czy nie popełniła błędu, wychodząc za Michała. Owszem, kochała go. Ale znosić TAKĄ teściową? Cóż, mama miała rację — może naprawdę powinni się wyprowadzić jak najdalej od tej zwariowanej kobiety. Tyle razy rozmawiała o tym z Michałem. Zawsze był przeciw. Jak to? Zostawić mamę na pastwę losu? A tata? I tak z niego pożytek żaden, całe dnie przed telewizorem, nie wbije gwoździa, nie przyniesie zakupów. Brat? Przecież się z mamą pokłócił. Dał się oszukać. No i co z tymi ekspertyzami? Jakby nie dało się fałszować takich papierów… Prosiła więc Michała, by chociaż ograniczył odwiedziny matki i jej ingerencję w ich życie. – Mama chce naszego dobra! – odpierał zarzuty Mikołaj. – Daje ci dobre rady, pomaga w domu. Powinnaś jej za to podziękować! A ty znikasz w sypialni… – Znikam, bo mam już jej dość! – wybuchła Nadzie. – jeżeli się nie opamięta, to wnuczki nie zobaczy! Wyjadę do rodziców! A mój tata – pułkownik, jeżeli nie zapomniałeś – zadba, by do tego doszło! Jasne?! Po tej awanturze Teresa nieco się wycofała. Codziennie przychodziła, ale krócej i rzadziej się czepiała. Nadzie jednak wiedziała – to nie potrwa długo. I miała rację. Zupełnie rozbrajała ją obsesja teściowej na punkcie wnuka. Żadnych wnuczek! Sobolewscy mają tylko chłopców! I afera ze starszym synem, którego teściowa wykreśliła z życia, bo miał córkę, była na to najlepszym dowodem. Zresztą i Michał swoje dokładał. Może mieć tylko syna! Córki wykluczone! choćby na wynik USG patrzył z wyższością. – Urodzi się dziewucha – wylecę was obie na bruk – rzucił jednego wieczoru, trochę podpity. – To będzie znaczyło, iż ci się z kimś innym przydarzyło. Ja nie jestem Aleksy! Po tych słowach Nadzie kompletnie rozczarowała się mężem. Zrozumiała, iż czas zakończyć małżeństwo i pomyśleć o rozwodzie. Tata poradzi, tata pomoże… Urodziła się oczywiście dziewczynka. Michał urządził karczemną awanturę już w szpitalu, nie zważając na zszokowaną współlokatorkę żony. gwałtownie jednak ochrona wyprowadziła burzliwego tatusia. Na drugi dzień wpadła teściowa. Nie wrzeszczała, ale bardzo dosadnie powiedziała, co myśli. W pewnym momencie do sali wszedł Nadii anioł stróż – mężczyzna w mundurze i z dystynkcjami – i jednym ruchem brwi uciszył kłótliwą damę. Grożąc dodatkowo problemami, jeżeli nie przestanie nękać Nadii. Michał nie tracił czasu – poleciał od razu składać pozew o rozwód. Ale gdy pokazano mu przepis, iż przez pierwszy rok życia dziecka nie będzie rozwodu na wniosek ojca, od razu zrzekł się ojcostwa i złożył pozew o jego podważenie. Prawnik, który pomagał mu sporządzać dokumenty, niemal pukał się w czoło, słysząc uzasadnienie. W tej rodzinie nie rodzą się dziewczynki… CO ZA BZDURA! – Nie ręczę, iż wygra pan sprawę – przyznał szczerze prawnik. – Zwłaszcza, iż i pański brat ma córkę. – To nie jego dziecko! – Jest jednak wynik DNA… – Fałszywy! – zdopingowany przez matkę, Michał był nieugięty. – No trudno, sąd uzna ekspertyzę, jak będą wyniki, za niepodważalny dowód. – Jestem przekonany, iż to nie moja córka! Ale i ekspertyza okazała się zbędna. Nadzie postanowiła definitywnie zerwać kontakty z tą pokręconą rodziną i uznała pozew. Nie chciała, by za kilka lat Michał upomniał się o córkę. Lepiej być samotną matką… ************************ – I co, przypomniało się? Dlaczego nie przyprowadziłaś Michała? – Michał… Michał nie żyje – powiedziała, udając smutną, starsza kobieta. – Twoja córka to wszystko, co po nim zostało. Nie martw się, dobrze ją wychowamy, zrobimy z niej porządnego człowieka… – Wy? Wychowacie? Z jakiej racji?! – prychnęła Nadzie. – Wy dla mojej córki jesteście NIKIM. Wasz syn to też NIKT! Sąd to ustalił! Jeszcze raz zobaczę was w pobliżu – zgłoszę porwanie dziecka. Mój ojciec jest tu poważanym człowiekiem, więc nie liczcie na łaskę! – Nie rozumiesz, nie mamy nikogo innego! – Macie jeszcze starszego syna. Aleksy też ma córkę, idźcie do nich. – choćby nas widzieć nie chce – mruknęła kobieta, spuszczając wzrok. Dopiero teraz zrozumiała, jak wielki błąd popełniła. – Mądry facet – kiwnęła głową Nadzie. – Tyle krwi nam napsuliście i jeszcze czegoś chcecie? Przypomnieć, jak wyzywaliście moją córkę? – Pani Nadio, jakieś problemy? – dwóch postawnych mundurowych podeszło szybkim krokiem do córki ich szefa. – Tak, drobne. Proszę dopilnować, żeby ci państwo opuścili nasze miasto. – Ale… – Bez ale – uciął jeden z nich. Solovieccy natychmiast się cofnęli, wywołując na twarzy Nadii satysfakcję. Nadia wróciła do domu. Miała doskonały humor! Przeszła jej tylko jedna myśl przez głowę, lekko burząc spokój. – Trzeba przypilnować tych… Sobolewskich. Niech siedzą w domu i trzymają się z dala od naszego miasta! Powiem tacie, niech się tym zajmie…
Cały dom pełen nieproszonych gości, czyli jak w polskim domu pod Warszawą rodzina, przyjaciele i krewni na trzy pokolenia zamieniają życie młodego małżeństwa w niekończący się festiwal: od grudniowych rozgrywek siatkówki na śniegu po domowe śniadania z ciocią Marysią, pomagając sobie, mieszkając razem i dzieląc codzienność jak w jednej wielkiej rodzinie
Moja najdroższa. Opowieść Marina odkrywa, iż dorastała w rodzinie zastępczej. Do dziś trudno jej w to uwierzyć. Ale nie miała już z kim tego omówić – przybrani rodzice odeszli jedno po drugim. Najpierw tata opadł z sił, potem zachorował i zmarł. Zaraz po nim – mama. Wtedy Marina siedziała przy łóżku mamy, trzymając jej słabą, bezwładną dłoń. Mama była bardzo słaba. I nagle Marina zauważyła, iż mama uchyliła powieki: – Marinko, córeczko, nigdy nie mieliśmy odwagi Ci tego powiedzieć… Znalazłam Cię. Tak, znalazłam – w lesie, płakałaś, zgubiłaś się. Myśleliśmy, iż ktoś Cię będzie szukał. Zgłosiliśmy to na milicję. Ale nikt nie przyszedł. Może coś się stało, nie wiem… Pozwolono nam Ciebie zaadoptować. W domu, w komodzie, gdzie są moje dokumenty… Tam są papiery… korespondencja – przeczytaj kiedyś. Wybacz nam, córeczko… – zmęczona mama zamknęła oczy. – Mamusiu, co Ty… – Marina, nie wiedząc co powiedzieć, przytuliła dłoń mamy do policzka. – Kocham Cię. Bardzo chcę, żebyś wyzdrowiała. Ale cud nie nastąpił. Po kilku dniach mama odeszła. Lepiej, żeby nic wtedy nie mówiła. Mężowi i dzieciom Marina nie opowiedziała o pożegnalnych słowach babci. Sama również starała się o nich zapomnieć, chowając je na obrzeża pamięci. Dzieci bardzo kochały dziadków. Marina nie chciała niepotrzebnie burzyć ich spokoju tą prawdą. W końcu jednak, pod wpływem niejasnego impulsu, otworzyła teczkę, o której wspominała mama. Wycięte artykuły, zapytania, odpowiedzi. Marina zaczęła czytać – i nie mogła przestać. Kochani rodzice! Znaleźli ją, półtoraroczną, w lesie. Sami byli już po czterdziestce. Nie mieli własnych dzieci. I nagle – płacząca dziewczynka wyciąga do nich rączki. Wiejski dzielnicowy rozłożył ręce – nikt nie zgłaszał zaginięcia dziecka. Adoptowali Marinę. Ale mama nigdy nie przestała szukać jej biologicznych krewnych. Prawdopodobnie nie po to, by ich odnaleźć, ale by upewnić się, iż nikt nie będzie zgłaszał roszczeń do ich ukochanej córeczki. Marina zatrzasnęła teczkę i schowała ją głęboko. Komu potrzebna ta prawda? Tydzień później Marinę niespodziewanie wezwano do działu kadr w pracy: – Pani Marino, przyszło do nas zapytanie z dawnego miejsca pracy – poinformowała kadrowa. Przy niej siedziała kobieta mniej więcej w wieku Mariny: – Dzień dobry, nazywam się Nadzieja. Bardzo muszę z panią porozmawiać… chodzi o zapytania pani Lubow Iwanowny Iljiny. To pani mama? – A miało być służbowo! – oburzyła się kadrowa. – Sprawy osobiste proszę załatwiać poza godzinami pracy! – Może przejdźmy na chwilę na korytarz – zaproponowała Marina. I wyszły pod czujnym spojrzeniem kadrowej. – Proszę mi wybaczyć, sprawa nietypowa, ale obiecałam… – zaczęła zdenerwowana Nadzieja. – Trzy lata temu spotkałam swoją dawną nauczycielkę z podstawówki w miejscowości Wasiljewka. Staruszka, samotna. Zaprosiła mnie na herbatę i poprosiła o pomoc. Podobno, wiele lat temu zniknęła jej mała córka. Korespondowała później z panią mamą. – Proszę wybaczyć, ale moja mama już nie żyje i nie zajmuję się tą sprawą – odparła oschle Marina, odwracając się. – Przykro mi, rozumiem… Widzi pani, pani Wiera Wasiliewna, nauczycielka, jest bardzo ciężko chora – mówi się, iż zostało jej kilka czasu. Bardzo chce odnaleźć swoją córkę, której szuka całe życie. choćby dała mi kosmyk włosów, by zrobić badania… wyobraża sobie pani? Marina chciała już skończyć rozmowę, ale coś ją powstrzymało: – Mówi pani, iż jest bardzo chora? Nadzieja przytaknęła. Marina przejęła od niej kopertę z kosmykiem włosów – umówiły się na kontakt. Tydzień później razem pojechały do szpitala do Wiery Wasiliewny. Weszły do sali, a Wiera Wasiliewna niepewnie przypatrywała się im ze swojego łóżka: – Och, Nadia, to ty! Dziękuję, kochanie… – wdzięcznie się uśmiechnęła, z niepokojem patrząc na Marinę. – Wiera Wasiliewna, znalazłam ją. To jest Marina. Sama zechciała tu przyjechać – Nadzieja podała kopertę nauczycielce. – Co to? I tak nie rozpoznam bez okularów – powiedziała. – To wynik badań – Nadzieja wyciągnęła kartkę – jest tutaj, iż wasze pokrewieństwo zostało potwierdzone. Marina to pani córka. Twarz Wiery Wasiliewny rozświetliła się, pojaśniała. Łzy szczęścia spłynęły jej po policzkach: – Moje dzieci, kochane, dziękuję wam… – wyciągnęła ręce do Mariny: – Moja najdroższa, jakie szczęście! Znalazłam cię! Żywa, piękna, podobna do mnie z młodości. Moja najdroższa dziewczynko… Całe życie budziłam się w nocy, miałam wrażenie, iż płaczesz, wołasz mnie… Nie mam przebaczenia. Żywa, cała… Teraz już spokojna jestem. Po chwili Nadzieja i Marina wyszły z sali. Wiera Wasiliewna opadła z sił, zasnęła. – Dziękuję, Marino, dziękuję – widzi pani, jak bardzo jest chora… To, co pani zrobiła, naprawdę ją uszczęśliwiło. Po kilku dniach Wiery Wasiliewny już nie było. Marina podarła wszystkie dokumenty z mamy teczki. Nie chciała, by ktokolwiek kiedyś poznał tę niepotrzebną prawdę. Bo przecież, dla niej nigdy nie było innej mamy. A Wiera Wasiliewna? To po prostu święte kłamstwo. Czy dobrze zrobiła, postępując tak? Według niej – to była najlepsza decyzja. Zresztą, każdy sam odpowie przed Bogiem za wszystko, co zrobił. Moja najdroższa. Opowieść
Mężczyźni o tych imionach są mistrzami flirtowania i nie są stali w uczuciach 17.01.2026
W domu zawsze pełno nieproszonych gości – rodzina, znajomi, znajomi znajomych… Julka gubi się wśród tłumów, choćby nie pamięta ich imion! Paweł twierdzi, iż każdy ma tu swoje powody: ktoś uciekł po rozwodzie, ktoś wyremontował mieszkanie, ktoś przyjechał „na chwilę” i już od dwóch lat nie wyjeżdża… A do tego w pierwszy weekend grudnia – zawody w siatkówkę na podwórku! Nic dziwnego, iż Julka marzy o miejskim spokoju i własnym kącie, bo z taką ilością lokatorów można oszaleć. Czy można przywyknąć do życia we własnym domu, który przypomina pensjonat?
Illinois czyści kartoteki 2,2 mln mieszkańców
Kochanie, możesz mnie odebrać z pracy? – Zadzwoniła do męża, licząc na to, iż uniknie męczącej czterdziestominutowej podróży komunikacją miejską po ciężkim dniu.
Miała w ciele 20-kilogramowego guza. Trudna operacja w Płońsku
Jesteś moim szczęściem? adekwatnie nie planowałam wychodzić za mąż. Gdyby nie upór mojego przyszłego męża, dalej byłabym wolnym ptakiem. Artur, niczym szalony motylek, krążył wokół mnie, nie spuszczał z oczu, starał się we wszystkim dogodzić, zdmuchiwał pyłek… W końcu się poddałam. Wzięliśmy ślub. Artur od razu stał się domowy, bliski, swojski. Z nim było wygodnie i lekko — jak w ulubionych kapciach. Rok później urodził się nasz syn Sławomir. Mąż pracował w innym mieście. Do domu przyjeżdżał raz na tydzień, zawsze przywoził nam ze Sławkiem pyszne smakołyki. Pewnego razu, szykując się do prania mężowskich rzeczy, sprawdzałam kieszenie. Robiłam to już z przyzwyczajenia — kiedyś wyprałam jego prawo jazdy… Od tamtej pory przed każdą pralką dokładnie przeglądam kieszenie. Tym razem z jego spodni wypadł złożony w czworo kartonik. Rozwinęłam, przeczytałam. Była to długa lista szkolnych przyborów (to był sierpień). Na końcu dziecięcym pismem napisane: „Tato, przyjedź szybko.” No proszę, mąż potrafi się zabawić na boku! Dwójpolowy! Nie zrobiłam awantury, spakowałam torbę, synka (Sławko miał niecałe trzy lata) za rękę i do mamy — na długo. Mama wyznaczyła nam pokoik: — Mieszkajcie, dopóki się nie pogodzicie. Przyszła mi do głowy myśl o zemście na niewdzięcznym mężu. Przypomniałam sobie kolegę z liceum, Romka. On zawsze mnie adorował. Dzwonię. — Cześć, Romek! Jeszcze się ożeniłeś? — zagaduję. — Nadka? Cześć! Co za różnica, czy ożeniłem się, rozwiodłem… Może się spotkamy? — ożywił się Romek. Mój nieplanowany romans trwał pół roku. Artur co miesiąc przynosił alimenty dla naszego syna. Przekazywał je mamie i wychodził bez słowa. Wiedziałam, iż mieszka z Kasią Ewsejewą. Miała córkę z pierwszego małżeństwa. Kasia nalegała, by mała wołała do Artura „tato”. Zamieszkali w jego mieszkaniu. Gdy dowiedziała się, iż się wyprowadziłam, natychmiast sprowadziła się do Artura. Kasia go uwielbiała, dziergała mu na drutach skarpety, swetry, smacznie i syto karmiła. Wszystkiego dowiedziałam się później. Do końca życia będę wypominać Arturowi Kasię Ewsejewą. Wtedy wydawało mi się, iż nasz związek się wypalił… …Rozmawiając przy kawie o rozwodzie, na mnie i Artura niespodziewanie spadła fala wspomnień. Artur wyznał mi nieziemską miłość, pokajał się. Powiedział, iż nie wie, jak pozbyć się natarczywej Kasi. Zrobiło mi się go tak żal. Znów się zeszliśmy. Artur nie wiedział nic o Romku. Kasia z córką na zawsze wyjechały z naszego miasta. …Minęło siedem lat szczęśliwego wspólnego życia. A potem Artur miał ciężki wypadek samochodowy. Operacje nóg, rehabilitacja, laska, dwa lata rekonwalescencji. Zaczęły się problemy. Artur zaczął dużo pić, zupełnie się zmienił, zamknął się w sobie. Trudno było na to patrzeć. Prośby i namowy nic nie dawały. Wykańczał siebie, mnie i syna. Od pomocy się odcinał. Za to w pracy pojawił się „ramię do wypłakania się” — Paweł. Słuchał mnie w palarni, chodził na spacery po robocie, pocieszał. Był żonaty, żona spodziewała się drugiego dziecka. Nie wiem, jak to się stało, iż wylądowaliśmy razem w łóżku. Absurd! Paweł niższy ode mnie, drobny, zupełnie nie w moim typie! I się zaczęło! Paweł zabierał mnie na wystawy, koncerty, balety. Po narodzinach córki żony, Paweł się zatrzymał. Zwolnił się z pracy, znalazł inną. Może myślał: „niech zniknie z oczu i z serca”? Ja nie miałam do niego pretensji, więc łatwo puściłam go z powrotem do rodziny. Ten mężczyzna po prostu na chwilę zagłuszył mój ból. Nie zamierzałam wchodzić w cudzą miłość. Artur pił dalej. …Po pięciu latach przypadkiem spotkam Pawła. On całkiem serio zaproponuje mi ślub. Rozśmieszy mnie to. Artur na chwilę się ogarnie. Wyjedzie do pracy do Czech. Ja w tym czasie będę wzorową żoną i matką. Moje myśli tylko o rodzinie. Artur wróci z zagranicy po pół roku. Zrobimy remont mieszkania, kupimy sprzęty. Naprawi samochód. Żyjemy i raduj się! Ale nie — mąż wrócił do nałogu. Zaczęła się gehenna. Przyjaciele przywozili go do domu, sam nie był w stanie dojść. Często przemierzałam dzielnicę w poszukiwaniu nieprzytomnego męża, znajdowałam go śpiącego na ławce, z pustymi kieszeniami, dźwigałam do domu. Bywało, owszem. …Wiosną stoję na przystanku, smutna. Dookoła ptaszki śpiewają, słońce promienieje, a mnie nie cieszy ten kwiecień. Słyszę szept: — Może mogę pomóc Pani w kłopocie? Odwracam się. No proszę! Przystojniak, pachnący, a ja mam 45 lat! Może znowu stanę się „owocem”? Ale speszyłam się jak nastolatka. Na szczęście podjechał autobus, wskoczyłam i uciekłam. Facet pomachał na pożegnanie. Cały dzień w pracy myślałam tylko o nim. Dwa tygodnie się opierałam… Ale Igor (bo tak miał na imię nieznajomy) był nieustępliwy. Każde rano czekał na mnie na przystanku. Starałam się już nie spóźniać. Z daleka wypatrywałam, czy stoi mój macho. Uśmiechał się, przesyłał buziaki. Pewnego dnia przyniósł naręcze czerwonych tulipanów. Mówię mu: — Dokąd ja z kwiatami rano do pracy? Zaraz dziewczyny mnie obgadają. Igor uśmiechnął się: — Oj, nie pomyślałem o “strasznych” konsekwencjach. Wręczył kwiaty starszej pani, która wszystko obserwowała. Babcia aż się rozpromieniła! „Dzięki, synku! Życzę ci gorącej kochanki!” — aż się zaczerwieniłam. Dobrze, iż nie życzyła młodej, bo zapadłabym się pod ziemię! Igor powiedział: — A może, Nadka, będziemy razem winni? Nie pożałujesz. Powiem szczerze, propozycja była kusząca i na miejscu. Zwłaszcza iż z mężem nie mieliśmy żadnej relacji, nie mogło być! Artur często leżał bezwładny na łóżku, nieprzytomny z upojenia. Igor był niepalący, trzeźwy, były sportowiec (miał 57 lat), świetny rozmówca. Rozwodnik. Miał w sobie magnetyzm! Zanurzyłam się w ten romans po uszy! To była wirująca namiętność. Trzy lata szamotałam się między domem a Igorem. Dusza niespokojna. Nie miałam siły ani ochoty się zatrzymać. Chociaż kiedy pojawiła się myśl o rozstaniu, sił brakowało. Jak mówi stare porzekadło: dziewczyna wypędza zalotnika, a on nie odchodzi. Igor całkowicie mnie opętał! Obiekt się spodoba — rozum odpada. Gdy Igor był obok, traciłam oddech! To była utrata rozumu! Ale przeczuwałam, iż ta namiętność nie skończy się dobrze. Miłości do Igora nie czułam. Wracając wyczerpana (po gorącym kochanku) do domu, chciałam przytulić się do męża. Choć pijany, nieświeży, ale taki swój i czysty! Swój sucharek syci bardziej niż cudze ciasto! Myślałam — to prawda życia! Namiętność to od „cierpieć”. I już tęskniłam, żeby odcierpieć, odchorować Igora i wrócić do rodziny, nie oddawać się bezmyślnie uciechom. Tak rozsądzał mój umysł. Ciało pędziło dalej w przepaść rozkoszy. przez cały czas byłam w niewoli płomiennej namiętności. Nie umiałam się powstrzymać. Syn wiedział o Igorze. Zobaczył nas kiedyś w restauracji z swoją dziewczyną. Musiałam ich sobie przedstawić. Podali sobie ręce, pokłonili. Wieczorem Sławko pytająco na mnie patrzył. Czekał na wyjaśnienia. Obróciłam to w żart. „Kolega zaprosił pogadać o projekcie.” „No tak… w restauracji,” — przytaknął syn z uśmiechem. Sławko nie potępiał. Prosił, żebym nie rozwodziła się z tatą. Może, z czasem, tata się opamięta. Czułam się jak zbłąkana owca. Rozwiedziona koleżanka radziła „rzuć tych kochanków w diabły i się uspokój”. Słuchałam jej, bo miała doświadczenie — „dopitała się” do trzeciego męża. Powtórzę — wszystko logiczne. Ale przestałam dopiero gdy Igor próbował podnieść na mnie rękę. To był koniec. Nie na darmo koleżanka ostrzegała: — Spokojnie póki stoisz na brzegu… Z oczu spuściła się zasłona. Świat nabrał barw! Trzy lata męki! Uff! Wolna! Upragniony spokój! Igor długo będzie się jeszcze ciskać, czekać pod biurem, błagać o wybaczenie… Ja już nie ulegnę! Przyjaciółka mnie wycałuje i wręczy kubek z napisem „Jesteś adekwatna!” Co do Artura, o wszystkim wiedział. Igor do niego dzwonił i relacjonował. Był pewien, iż odejdę z domu. Artur wyznał mi: — Gdy słyszałem śpiewy twojego zalotnika, chciałem po prostu umrzeć. Sam jestem winny! Sam! Straciłem żonę. Zamieniłem ją na flaszkę. Idiota. Co mogłem ci powiedzieć? …Od tamtego czasu minęło dziesięć lat. Mamy z Arturem dwie wnuczki. Siedzimy kiedyś przy obiedzie, pijemy kawę. Patrzę przez okno, a Artur delikatnie bierze mnie za rękę: — Nadka, nie rozglądaj się, ja jestem twoim szczęściem! Wierzysz? — No pewnie, wierzę, jedyny mój…
Słodka Zemsta Żony – Kochanie, możesz mnie odebrać z pracy? – zadzwoniła Żenia do męża, mając nadzieję, iż po ciężkim dniu nie będzie musiała tłuc się czterdzieści minut autobusem. – Jestem zajęty – odpowiedział krótko Artur. W tle wyraźnie było słychać telewizor, co znaczyło, iż mąż jest w domu. Dziewczyna poczuła łzy w oczach. Małżeństwo wisiało na włosku, a przecież jeszcze pół roku temu Artur nosił ją na rękach. Co się tak nagle zmieniło? Żenia nie wiedziała. Dbała o siebie, spędzała sporo czasu w siłowni. Fantastycznie gotowała – nie na darmo pracowała w uznanej restauracji. Nigdy nie prosiła o pieniądze, nie urządzała scen, była gotowa spełnić każde życzenie męża… – Za bardzo mu pobłażasz – kręciła głową mama, słysząc żale córki. – Facetom nie można na wszystko pozwalać. – Po prostu go kocham… i on mnie kocha – bezradnie uśmiechała się Żenia. ****************************** – Już mu się znudziłam – gryzła wargę, przeglądając historię przeglądarki. Okazało się, iż Artur każdą wolną chwilę spędzał na portalach randkowych, flirtując z kilkoma dziewczynami naraz. „Czemu nie mógł po prostu ze mną szczerze porozmawiać? Przecież jeżeli już nie kocha, puściłabym go wolno… Po co się tak męczyć?” No cóż, rozwód. Da sobie radę – jest silna. Ale tak łatwo mu nie odpuści. Mały rewanż się należy… Jeszcze tego wieczoru zarejestrowała się na tym samym portalu, co mąż, odnalazła go i napisała jako inna kobieta. Zdjęcie pobrała z internetu, lekko przerobiła – była pewna, iż Artur się zainteresuje. Nie pomyliła się. Wymieniali się gorącymi wiadomościami. Mąż w rozmowie zapewniał, iż jest wolny, gotowy na poważny związek i dzieci. Wyolbrzymiał swoje zalety, co doprowadzało Żenię do łez – ze śmiechu. Przecież ona sama wiedziała, jak trudno się do niego dopasować… – Spotkajmy się – napisała i wstrzymała oddech. – Jestem jak najbardziej za – odpowiedział niemal od razu. – Ale chwilowo mieszka u mnie siostra, przygotowuje się do egzaminów na studia, więc może na neutralnym gruncie… a wieczór kontynuujemy w hotelu? – Serio? – wymsknęło się Żeni po przeczytaniu. – Skąd ta pewność, iż dziewczyna od razu zgodzi się na hotel? Przeciętną osobę takie propozycje obrażają! Chociaż… to mi na rękę. – Może jednak u mnie? Mam domek pod Warszawą. Mieszkam zupełnie sama, nikt nam nie przerwie… – W duchu zastanawiała się, czy się zgodzi? – Świetny pomysł! – Artur się ucieszył. Najwyraźniej odetchnął, iż nie będzie musiał wydawać pieniędzy. – Podaj adres i godzinę. Przylecę na skrzydłach miłości! – Ulica *** 25, dziesiąta wieczorem. Pasuje? – Oczywiście! Bądź gotowa. Koło dziewiątej Artur zrobił przedstawienie, iż pilnie wezwali go do pracy. Nie mógł znaleźć kluczyków od samochodu i z niechęcią zapytał żonę, czy je widziała. – Były na komodzie – odpowiedziała spokojnym wzrokiem, a tymczasem ściskała klucze w kieszeni. – Może kot je gdzieś zaniósł? – Dobrze, wezmę taksówkę. Nie czekaj na mnie, połóż się spać. A ona choćby nie zamierzała na niego czekać. Po co? Spakowała swoje rzeczy. Na szczęście miała własne mieszkanie po babci. Zostawiła po sobie tylko jedno – wniosek o rozwód na stole, w widocznym miejscu. Artur wrócił nad ranem, wściekły jak nigdy. Mało iż jechał w jedną stronę ponad godzinę – i tak nie znalazł tam Angeliki z portalu. Adres był prawdziwy, dom też. Ale zamiast zniewalającej dziewczyny, drzwi otwarła mu kobieta trzy razy większa od niego, odziana jedynie w prześwitujący szlafrok. Oddałby wszystko, żeby zapomnieć ten widok… Ledwo się od niej uwolnił! Znowu musiał zamówić taksówkę, a na tej zimnicy czekał bardzo długo. choćby szofer był jakiś dziwny – zawiózł go dosłownie na koniec świata… Co za noc! Gdy wreszcie wrócił do mieszkania i zobaczył wniosek na stole, zrozumiał, kto stał za tą całą akcją. Obok, szminką było napisane: Ta słodka zemsta żony…
#OHO!: Thriatlon Absurdu – sypialnia, portfel i szpilki
RÓŻNI LUDZIE Żona Igora była… dziwna. Piękna, to fakt: naturalna blondynka z czarnymi oczami, zgrabna, wysoka, ponętna. W łóżku — ogień. Najpierw sama namiętność, nie było czasu, by myśleć. A potem ciąża. No to ślub, jak trzeba. Urodził się syn, też jasnowłosy i czarnooki. Wszystko było jak u wszystkich: pieluszki, pierwsze kroki, pierwsze słowa. I Joasia – normalna matka, rozczulała się nad dzieckiem, taka zwyczajna młoda mama. Zaczęło się, gdy syn wszedł w wiek nastolatka. Joasia nagle zainteresowała się fotografią. Wciąż coś pstrykała, na kursy chodziła. Wiecznie z aparatem. — Czego ci brak? — pytał Igor. — Pracujesz jako prawniczka, to pracuj. — Prawnikiem — poprawiała Joasia. — No dobrze, prawnikiem. Rodzinie poświęcaj więcej czasu, a nie szwendasz się nie wiadomo gdzie. Sam nie rozumiał, co go drażni. Przecież nie zaniedbywała domu. Obiady ugotowane, czysto, syna uczyła — wracał z pracy, kładł się na kanapie przed telewizorem, wszystko jak powinno być. Ale denerwowało go, iż żona jakby znika gdzieś, gdzie nie ma dla niego miejsca. Jest, a jakby jej nie było. Nigdy nie oglądała z nim telewizji, nie rozmawiała o ciekawostkach. Nakarmi — i znowu jej nie ma. — Ty jesteś żoną czy nie? — złościł się Igor, znów zastał ją przy komputerze. Joasia milczała. Zamknęła się w sobie. Jeszcze lubiła wyjeżdżać w różne egzotyczne kraje. Brała urlop i w drogę, z plecakiem, z aparatem. Igor nie rozumiał. — Idźmy do znajomych na działkę. Saunę zrobili, swojski bimberek mają, a już dawno czas kupić własną działkę. Joasia odmawiała, za to zapraszała do swoich podróży. Spróbował raz pojechać. No i nic dobrego! Wszystko obce, ludzie mówią nie wiadomo w jakim języku, jedzenie nieznośnie ostre. A do krajobrazów zawsze był obojętny. W końcu Joasia zaczęła jeździć sama. Jeszcze z pracy się zwolniła. — A emerytura? — burzył się Igor. — I w ogóle, co sobie wyobrażasz? Wielka fotografka?! Wiesz, ile trzeba pieniędzy, żeby się przebić? Joasia nie odpowiadała. Raz tylko nieśmiało powiedziała: — Mam pierwszą wystawę. Moja, własna. — Każdy ma wystawę — burknął Igor. — Też mi osiągnięcie. Ale na otwarcie poszedł. Nic nie zrozumiał. Jakieś twarze, wcale nieszczególne. Zmarszczone dłonie, mewy nad wodą. Wszystko dziwne, jak sama Joasia. Wyśmiał ją wtedy. A ona kupiła Igorowi samochód. „Proszę bardzo, jesteśmy rodziną, korzystaj.” Sama choćby prawa jazdy nie robiła, jemu podarowała. Zarobiła na zleceniach za zdjęcia. Wtedy zrobiło mu się trochę strasznie. Nieswojo. Co za dziwny stwór zamiast żony w domu? Skąd te pieniądze? Dał jej je jakiś facet? Przecież nie da się tyle zarobić fotografią! Zdradza? choćby jeżeli nie, to pewnie zacznie. Próbował ją choćby przywołać do porządku — lekko ją spoliczkował. Złapała za nóż kuchenny, przecięła go po brzuchu — dwa szwy. Całe szczęście, iż przez przypadek. Potem przepraszała. Od tego czasu już nie podniósł na nią ręki. Kotów bardzo lubiła. Wszystkim pomagała, do domu przynosiła, leczyła, oddawała ludziom. Sami też mieli dwa koty. Miłe, kochane, ale to nie ludzie! Jak można tak kochać zwierzęta, jakby bardziej niż męża? Pewnego dnia zdechł jej kot — nie udało się uratować, skonał u niej na rękach w klinice. Joasia strasznie rozpaczała. Płakała, piła koniak, obwiniała się. Dniami tak było. Igor już nie mógł wytrzymać, rzucił w złości: — To jeszcze karalucha pożegnaj! Natrafił na ciężkie spojrzenie, umilkł, machnął ręką, wyszedł. Niech robi co chce. Znajomi współczuli, koleżanki żony też stawały po stronie Igora. Wszyscy mówili, iż Joasia całkiem się zmieniła, głowę straciła. Wtedy znalazł pocieszenie u sąsiadki, a zarazem koleżanki Joasi z dzieciństwa. Irenka była o wiele bardziej prosta i zrozumiała. Pracowała jako ekspedientka, do sztuki nie aspirowała, zawsze gotowa i do seksu, i do rozmowy. Tyle iż dużo piła, ale trudno, przecież się z nią nie ożeni… Czekał, aż Joasia się zorientuje, zezłości, urządzi awanturę o zazdrość. Wtedy by powiedział: „A sama gdzie się szlajasz?” Potem sobie wszystko wybaczą i rodzina się ułoży. A Irenkę można będzie rzucić. Ale Joasia milczała. Tylko patrzyła nieładnie. W łóżku też już nie było po staremu. Zamykała się w sobie przy każdym zbliżeniu, w końcu przeprowadziła się do osobnego pokoju. Syn dorósł, skończył studia. Taki sam, cały w matkę: czarnooki, jasnowłosy, dziwny. — Kiedy wnuki? — wypytywał Igor. — Chcę najpierw coś zrobić w życiu, i prawdziwą miłość znaleźć — śmiał się Denisek. — Wtedy dopiero tatko się wnuków doczeka. Jakiś obcy, niezrozumiały. Matczyna krew. On i Joasia zawsze się świetnie rozumieli, choćby bez słów. Igor czuł się zbędny, robiło mu się nieswojo od tych czarnych oczu, których nie umiał odczytać. Znów i znów szedł szukać pocieszenia u Irenki. A potem Joasia się dowiedziała. Ktoś z sąsiadów jej powiedział. Igor wcale się nie krył. Przyszedł któregoś dnia do domu, a żona siedziała za stołem, paliła papierosa. I tak cicho, szeptem: — Wynoś się! Wynocha z domu! A oczy takie czarne, straszne, podkrążone. Poszedł do Irenki. Czekał, aż żona zadzwoni, wezwie go z powrotem. Po tygodniu napisała na WhatsAppie, iż trzeba pogadać. Ucieszył się, wyperfumowany jak na randkę. Joasia z progu: — Jutro idziemy złożyć papiery o rozwód. Potem wszystko jak przez mgłę. Rozwód, papiery, podpisy, dobrowolnie oddał jej swoją część mieszkania — i tak była po jej rodzicach… — I co teraz, będziesz żyła jako rozwódka? — zapytał złośliwie wychodząc z urzędu. „Komu ty potrzebna?” — chciał dodać, ale ugryzł się w język. Joasia uśmiechnęła się. Pierwszy raz od lat tak szeroko, szczerze: — Jadę do Gdańska. Mam interesujący projekt, zaproponowali mi. — Tylko nie sprzedawaj mieszkania — poprosił bez sensu. — Gdzie wrócisz? — Nie wrócę — odpowiedziała spokojnie żona, to znaczy — już była żona. — Wiesz, już od dawna kocham innego. On też jest fotografem, z Gdańska, rozmawiamy godzinami… Ale myślałam, jestem mężatką, zdradzać brzydko, a rozwodzić się przecież nie ma z czego. Jesteśmy po prostu różni. Czy to powód do rozwodu? — Nie, nie rozwodzą się — potwierdził Igor cicho. — A jednak się rozwiedliśmy — roześmiała się Joasia. — Najpierw byłam zła, gdy się o Irenie dowiedziałam. A potem pomyślałam — wszystko na lepsze. Będę szczęśliwa, i ty też. Pomieszkaj z nią, niech wam się układa. I wyszła. — Ja się nie ożenię — powiedział jej w ślad za nią. Ale już nie usłyszała. Od tamtej pory żadnych wieści o niej nie było. Tylko raz w roku krótkie życzenia na WhatsAppie: „Wszystkiego najlepszego! Zdrowia i szczęścia! Dziękuję za syna”.
Słowa, gesty czy dotyk – jaki jest twój język miłości? Zrób test i sprawdź, jak okazujesz uczucia
Oto najbardziej i najmniej narcystyczne kraje na świecie – wyniki badania przełamują stereotypy
Wazektomia zyskuje na popularności w całej Europie. Niektórzy przez cały czas mylą ją z kastracją
Masz mały krąg znajomych? To może być objaw wysokiej inteligencji emocjonalnej – psycholog tłumaczy, dlaczego
„Sekrety mormońskich żon” — o przemocy, terapii i lekcjach dla nas wszystkich – co możemy wynieść dla siebie z reality show
Prawdziwy syn – Lenka, choćby sobie nie wyobrażasz! Z Matwiejem postanowiliśmy, iż w przyszłym roku znowu lecimy do Turcji! – Ojczym aż promieniał z radości. – Mówi, iż znowu chce ten hotel z widokiem na morze. No i co mam zrobić, przecież to mój własny syn? Jak nieświadomie podkreślił: “własny” syn. – Cieszę się za was – odpowiedziała, wspominając, jak dobrze było, zanim ten Matwiej pojawił się w ich życiu. – Własny syn… A przecież zawsze mówiłeś, iż jesteśmy rodziną. Że nie ma różnicy, czy własna, czy nie. Mówił to. Że jest jego córką, i nieważne, biologicznie czy nie. – Znowu swoje… Leno, przecież wiesz, iż jesteś dla mnie jak córka. Kocham cię jak rodzoną. Ale Matwiej… Sam choćby nie zauważył, iż właśnie potwierdził jej słowa. – Matwiej to syn. A ja, najwyraźniej, tylko znajoma. – Leno, co ty! Przecież mówię ci, iż jesteś mi jak córka! – Jak córka… A mnie kiedyś zabrałeś nad morze? Przez te piętnaście lat, które nazywasz się moim ojcem? Nie zabrał. Artur często powtarzał, iż między nią a Matwiejem nie ma żadnej różnicy, ale Lena, słysząc, ile Artur robił dla syna, doskonale wiedziała – różnica ogromna. – Nie dało rady, Leno. Wiesz przecież, kiedyś z pieniędzmi było ciężko. Ty już dorosła, rozumiesz, ile kosztuje dwa tygodnie w pięciogwiazdkowym hotelu… Drogo. – Rozumiem – skinęła Lena – Wydatki. Za drogo mnie tam zabrać. Za to Matwiejowi, którego poznałeś pół roku temu, już chcesz kupić mieszkanie na kredyt, żeby “miał gdzie żonę sprowadzić”. To, rozumiem, żaden wydatek, gdy chodzi o syna? – Nie kupuję żadnego mieszkania. Kto ci powiedział? – Dobrzy ludzie. – Przekaż tym dobrym ludziom, żeby nie gadali bzdur. Lena trochę odżyła. – Naprawdę nie bierzesz? – Oczywiście, iż nie. O, a zgadnij, gdzie idziemy z nim w sobotę? – i sam sobie odpowiedział – Na gokarty! On na studiach choćby w wyścigach brał udział, a ja tak, dla towarzystwa. – Gokarty – powtórzyła Lena – Brzmi jak przygoda. – I to jaka! – Mogę pójść z wami? – pytanie wyrwało jej się szybciej, niż zdążyła się zastanowić. Artur, nie chcąc jej brać, zaczął się jąkać: – Eee… Leno… Tobie tam będzie nudno. Naprawdę. To taka… męska zabawa. My z Matwiejem po prostu chcemy pogadać, ojciec z synem. To boli… – Czyli… tobie tam może być ciekawie, a mnie – nie? – Nie do końca… – Artur nerwowo się kręcił. – Po prostu całe życie się nie widzieliśmy, chcemy nadrobić stracone lata. Chcemy iść sami. Rozumiesz? Rozumiesz. “Rozumiesz” to najbardziej okrutne słowo w ich nowym słowniku. Trzeba było rozumieć, iż rodzone jest ważniejsze niż przybrane. Trzeba było rozumieć, iż jej miejsce jest tam, za płotem. Matwiej naprawdę był fajny. Wychowany bez ojca, bo jego matka nie powiedziała Arturowi o dziecku, mimo wszystko doskonale sobie radził. Inteligentny, przystojny, dobry. – Tato, pomogłem w schronisku dla psów. Remontowałem kojce. – Tato, wiesz, iż mam czerwony dyplom? – Tato, patrz, naprawiłem ci telefon. Nie był po prostu synem. Był idealnym synem. Tego wieczoru, kiedy Artur, posiedziawszy chwilę u Leny, wrócił do siebie, ona przeglądała stare zdjęcia… Ślub Artura i jej mamy (mamy, która zmarła pięć lat temu, zostawiając Lenę i Artura razem). A tutaj na działce… A tutaj Lena po maturze… Już nigdy nie będzie jak dawniej. *** – Leno, nie śpisz? Mam pytanie. Pilne – ojczym przyjechał do niej aż o ósmej rano. – Co to za pilna sprawa? Lena poprawiła grzywkę opaską i uruchomiła ekspres do kawy. – O mieszkanie dla Matwieja. – Czyli jednak prawda? – wykrztusiła. – Przepraszam, ale tak… prawda. – A mnie okłamałeś. – Nie chciałem cię martwić. Ale potrzebuję rady! Myślę, iż trzeba się pospieszyć. Prędzej czy później się ożeni. Trzeba mu kupić jakiś kąt, póki młody. Wiesz, jak to było ze mną… – To weź kredyt – syknęła Lena, której zupełnie nie chciało się rozmawiać o kupowaniu mieszkania dla Matwieja. Ładnie się ten Matwiej ustawił! – Tak, tak, wiem. Ale sama wiesz, jaką mam historię kredytową… A Matwiejowi trzeba pomóc. Zasłużył na to, żeby ojciec, którego nie miał całe życie, kupił mu mieszkanie. – I do czego zmierzasz? – Pomożesz mi? jeżeli poproszę? – Zależy w czym. – Już tłumaczę. Mam dwa miliony. To wystarczy na wkład własny. Ale bank mi kredytu nie da. Tobie da. Masz czystą kartę. Weźmiemy na ciebie, weźmiemy kredyt hipoteczny. Spłacać będę ja. Oczywiście. Iluzja, iż “nie ma żadnej różnicy między wami”, rozpadła się całkowicie. Jest różnica. To nie Matwieja pchają na minę. – Czyli Matwiej dostaje mieszkanie, a ja – kredyt? Tak wychodzi? Artur pokręcił głową z taką szczerą przykrością, jakby to Lena mu coś proponowała. – Co ty mówisz! Przecież to ja będę spłacał… Nie proszę cię o spłatę. Wystarczy, iż będzie na ciebie. Przemyśl to… – Wiesz, Artur, nie o to się zastanawiam, czy brać kredyt. Myślę o tym, iż już choćby nie uważasz mnie za córkę. Teraz masz syna. Tego, którego znasz pół roku, a mnie – piętnaście lat, ale dla ciebie to nieistotne, ważne, iż on jest rodzony. – Nieprawda! – Artur się zagotował. – Kocham was tak samo! – Nie. Nie tak samo. – Leno, to nie fair! On jest przecież… mój własny… Koniec. Nie była już jego córką. Była przybraną, wygodną, do czasu, aż w jego życiu pojawił się ten prawdziwy. – Jasne – Lena starała się być uprzejma – Nie mogę, Artur. Sama będę kiedyś musiała kupić mieszkanie. Drugi kredyt na pewno mi nie dadzą. Jakby dopiero teraz Artur sobie przypomniał, iż ona też nie ma swojego kąta. – Ach tak, przecież też będziesz potrzebować… – poprawił zegarek. – Ale póki nie planujesz kupować, możesz mi pomóc. Mam dwa miliony. Tylko trochę trzeba dołożyć. To na parę lat. – Nie. Nic na siebie nie wezmę. Nie miała nadziei, iż Artur ją zrozumie. – Dobrze – powiedział – jeżeli nie możesz pomóc jak córka… to trudno. Poradzę sobie. Czy naprawdę był dla niej kiedyś ojcem, teraz już nieważne. Od tej chwili widywała Artura tylko na zdjęciach. Pewnego wieczoru, przeglądając sieć, zobaczyła to. Zdjęcie zrobione na lotnisku. Artur i Matwiej. Obaj w jasnych kurtkach. Artur stoi z ręką na ramieniu Matwieja, a pod spodem podpis: “Lecimy z tatą do Dubaju. Rodzina to najważniejsze”. Rodzina. Lena odłożyła telefon. Przypomniała sobie wtedy jeden moment z dzieciństwa, jeszcze zanim mama wyszła za Artura. Miała wtedy pięć lat. Żyli bardzo skromnie i popsuła się jej lalka, którą dała jej babcia. Lena płakała, a jej biologiczny ojciec powiedział wtedy: “Lena, po co płaczesz z byle powodu? Nie przeszkadzaj!” Nigdy nie można było mu przeszkadzać. Najbardziej interesowała go butelka. Można powiedzieć, iż ojca Lena nigdy nie miała. Ale myślała, iż Artur jej go zastąpił… niedługo Artur podjął jeszcze jedną próbę przekonania jej. – Leno, pomyślałem, musimy coś zrobić z twoim brakiem zaufania… – Jakim brakiem zaufania, Artur? Wyraźnie powiedziałam: nie. – Po prostu nie rozumiesz sytuacji. Matwiej… nigdy mnie nie znał. Nie miał ojca. Trzeba jakoś to nadrobić. Dorosły facet potrzebuje własnego miejsca. A od ciebie tylko formalność, gwarantuję, nic nie zapłacisz. – Kto by mi moje braki nadrobił… To go niespodziewanie zirytowało. – Lena, dość! Nie chcę kłótni. Kocham cię, naprawdę! Ale zrozum… Matwiej to moja prawdziwa rodzina. Jak będziesz miała własne dzieci, zrozumiesz. Tak, kocham was inaczej, ale to nie znaczy, iż nie jesteś mi potrzebna. – Potrzebna. Jako narzędzie. – Leno, ochłoń! Przesadzasz. – Skupiłeś się na nim w pół roku, Artur – powiedziała Lena – Nie każę ci wybierać. Zresztą ten wybór jest oczywisty. Powiedziałeś prawdę: Matwiej jest ci rodzoną rodziną. Ja… nigdy nie byłam. Minęło pół roku. Artur nie dzwonił. Ani razu. Pewnego dnia, scrollując media, zobaczyła nowe zdjęcie. Artur i Matwiej. Stoją wśród gór. Artur w modnym stroju narciarskim. Podpis: “Uczymy tatę jeździć na snowboardzie! Trochę za stary, ale z synem wszystko można!” Lena długo patrzyła na zdjęcie. Zabrała się za raport do pracy, kiedy na jej telefon przyszła wiadomość. Nieznany numer. “Cześć, Lena. Tu Matwiej. Tata dał mi twój numer, ale sam nie ma odwagi zadzwonić. Prosił, żebym przekazał: znalazł sposób na mieszkanie bez ciebie i bardzo się o ciebie martwi. A także bardzo chciałby, żebyś przyjechała do nich na majówkę. Nie umie wyjaśnić dlaczego, ale bardzo prosi”. Napisała odpowiedź, kasując i poprawiając ją kilka razy. “Cześć, Matwiej. Przekaż Arturowi, iż bardzo się cieszę, iż u niego wszystko dobrze. Ja też o nim myślę. Ale nie przyjadę. Mam swoje plany na majówkę. Jadę nad morze”. Nie dodała, iż bilety kupiła sobie sama, i iż to morze było nie w Turcji, ale w Sopocie. I jedzie nie z ojcem, a z przyjaciółką. Lena wcisnęła “wyślij”. I pomyślała, iż może być szczęśliwa choćby bez niego.
Najlepsze filmy na randkę w 2026 roku – od napięcia po flirt. Co obejrzeć we dwoje?
Pasierb – Nielegalny Potomek
Matka jednego z dzieci Muska pozywa jego firmę. Szokujące zdjęcia z AI
Pasierb w Nowym Świecie
Amerykańscy senatorowie żądają raportu od gigantów technologicznych w sprawie seksualnych deepfake’ów.
Pasierb
Dorota i Dawid z "Żony dla Polaka" zostali sam na sam. "Było gorąco"
Chcieli zmusić córkę do zrobienia testu na dziewictwo. Stanęli przed sądem
Koniec z tym w blokach. Sąsiedzi coraz częściej dzwonią. Policja wlepia 500 złotych mandatu, a sądy choćby 5000 złotych
Seks nie ma daty ważności. Ale choroby weneryczne również
Pierwsza Miłość: Opowieść o pierwszych uczuciach i niezapomnianych chwilach