Jesień życia

Od 15 lat mieszka w ziemiance. Poprosił o pomoc z dokumentami
Dopóki żyjesz, nigdy nie jest za późno. Opowieść o Annie, którą syn zawiózł do luksusowego domu seniora pod Warszawą, by odpoczęła, a sąsiadki plotkowały o jej szczęściu. Wbrew wątpliwościom, tam poznaje MARIANNĘ, starszą damę z centrum Warszawy, i zaczyna rozumieć swoje błędy wobec syna, synowej i wnuczki za dawne osądy i samotność. Wszystko zmienia się, gdy ukochana wnuczka przyjeżdża po babcię z wieścią o obronionym dyplomie. Powrót do domu staje się szansą na nowe relacje rodzinne i odnowioną euforia życia – bo przecież nigdy nie jest za późno, by być szczęśliwym i dawać szczęście innym.
XXVIII Konferencja Naukowo-Szkoleniowa Opieki Paliatywnej i Zespołów Hospicyjnych
Rodzice męża postanowili wprowadzić się do nas na starość, nie pytając mnie o zdanie.
– Póki sprzedajemy mieszkanie, zamieszkaj w domu opieki – zaproponowała córka Ludmiła wyszła za mąż bardzo późno. Trzeba przyznać, iż długo jej się nie wiodło i czterdziestoletnia kobieta niemal straciła nadzieję na spotkanie – według własnych kryteriów – odpowiedniego mężczyzny. Czterdziestopięcioletni Edward okazał się prawdziwym „księciem”. Był już kilka razy żonaty i miał troje dzieci, którym – na „zalecenie” sądu – oddał swoje mieszkanie. Dlatego Ludmiła po kilku miesiącach tułaczki po wynajętych mieszkaniach musiała zabrać męża do swojego rodzinnego domu, do sześćdziesięcioletniej matki – Marii Andrzejewskiej. Edek od progu skrzywił się i zmarszczył nos, całym swoim wyglądem pokazując, iż przeszkadza mu zapach w mieszkaniu. – Śmierdzi tu starością – mruknął z dezaprobatą. – Przydałoby się wywietrzyć. Maria Andrzejewska doskonale usłyszała uwagi zięcia, ale udała, iż nie zwraca na nie uwagi. – A gdzie my będziemy mieszkać? – westchnął ciężko Edek, wyraźnie niezadowolony z nowego lokum. Ludmiła natychmiast zaczęła się krzątać, chcąc przypodobać się mężowi, i odciągnęła matkę na bok. – Mamo, my z Edkiem zajmiemy twój pokój – szepnęła córka – a ty na razie zamieszkaj w tym małym. Tego samego dnia pani Maria została bezceremonialnie przeniesiona do innego pomieszczenia, które trudno było nazwać nadającym się do zamieszkania. Co więcej, rzeczy musiała przenosić sama, ponieważ zięć odmówił pomocy. Od tego dnia życie kobiety stało się ciężkie. Edek był niezadowolony ze wszystkiego: z gotowanego jedzenia, sprzątania, koloru tapet. Ale najbardziej drażnił go zapach. Twierdził, iż w mieszkaniu czuć starością, przez co rozwinęła się u niego alergia. Edek udawał kaszel za każdym razem, gdy Ludmiła pojawiała się na progu domu. – Tak nie da się żyć! Trzeba coś zrobić! – oznajmił rozgniewany mąż Ludmile. – Nie mamy pieniędzy na wynajem – rozłożyła bezradnie ręce kobieta. – Oddaj gdzieś matkę – warknął mężczyzna, krzywiąc się. – Nie da się tu oddychać. – Gdzie mam ją oddać? – Nie wiem, coś wymyśl! Choć to mieszkanie już i tak do niczego się nie nadaje. Trzeba je sprzedać i kupić nowe – mamrotał Edek. – Tak, to dobry pomysł! Pogadaj z matką! – Co jej powiem? – zapytała zaniepokojona Ludmiła. – Wymyśl coś! Prędzej czy później i tak odziedziczysz to mieszkanie po jej śmierci. Po prostu przyspieszymy ten proces – odpowiedział beznamiętnie mężczyzna. – Trochę mi głupio… – Nie rozumiem, kto jest dla ciebie ważniejszy? Ona czy ja? Uratowałem cię w wieku czterdziestu lat. Komu byłabyś potrzebna, stara panna – naciskał Edek, dobrze wiedząc, jak ją podejść. – jeżeli odejdę, znowu zostaniesz sama i wątpię, żeby znalazł się ktoś, kto cię zechce. Ludmiła spod zmrużonych brwi spojrzała na męża i poszła do matki, do komórki, która stała się teraz jej pokojem. – Mamusiu, pewnie nie podoba ci się tu mieszkać? – zaczęła ostrożnie rozmowę córka. – Uwolniłyście już mój pokój? – zapytała zaniepokojona kobieta. – Nie, mam dla ciebie inną propozycję. Przecież i tak mi ten lokal przepiszesz? – z nadzieją zapytała Ludmiła. – Oczywiście. – To nie ma co zwlekać! Chcę sprzedać to mieszkanie i kupić inne, w lepszym bloku. – A może wyremontować to? – Nie, musimy zainwestować w coś większego. – A ja dokąd, córko? – usta Marii Andrzejewskiej zadrżały. – Przez jakiś czas zamieszkasz w domu opieki – Ludmiła radośnie przekazała matce porażającą nowinę – ale to tylko tymczasowo. Potem na pewno cię zabierzemy. – Naprawdę? – kobieta spojrzała na córkę z nadzieją. – Oczywiście. Wszystko załatwimy, zrobimy remont i zabierzemy cię – Ludmiła ujęła matkę za rękę. Marię Andrzejewską nie miała wyjścia, więc dała wiarę córce i przepisała na nią mieszkanie. Gdy dokumenty były gotowe, Edek z uśmiechem na twarzy zatarł ręce: – Pakuj rzeczy babci! Zawozimy ją do domu opieki. – Już? – zdziwiła się Ludmiła, dręczona wyrzutami sumienia za swój czyn. – Na co czekać? choćby z emeryturą nie jest mi potrzebna. Z niej więcej kłopotu niż pożytku. Swoje już przeżyła, niech pozwoli nam żyć – stwierdził rzeczowo Edek. – Przecież jeszcze nie sprzedaliśmy mieszkania… – Rób, co mówię, albo zostaniesz sama – odpowiedział stanowczo mąż. Po dwóch dniach rzeczy Marii Andrzejewskiej razem z nią wsadzono do samochodu i zawieziono do domu opieki. W drodze kobieta ukradkiem ocierała łzy. Serce przeczuwało nieszczęście. Edek nie pojechał z nimi. Stwierdził, iż musi wywietrzyć mieszkanie z „obcego” zapachu. Marię Andrzejewską gwałtownie przyjęto w domu opieki, a Ludmiła, żegnając ją pośpiesznie, wstydliwie opuściła to miejsce. – Córeczko, naprawdę po mnie wrócisz? – zapytała kobieta z nadzieją na pożegnanie. – Oczywiście, mamo – Ludmiła odwróciła wzrok. Wiedziała, iż Edek za nic nie pozwoli znów przyjąć Marii Andrzejewskiej do nowego mieszkania. Po przejęciu majątku para gwałtownie sprzedała mieszkanie i kupiła nowe. Co ciekawe, Edek postanowił zapisać je na siebie, tłumacząc, iż Ludmiła jest zbyt łatwowierna. Po kilku miesiącach kobieta postanowiła porozmawiać z mężem o matce. Jednak ten bardzo agresywnie zareagował na jej słowa. – Spróbuj jeszcze raz o niej wspomnieć – wyrzucę cię! – zagroził Edward, którego rozmowy o Marii Andrzejewskiej irytowały. Ludmiła ugryzła się w język, wiedząc, iż mąż nie żartuje. Tematu matki już nie poruszała. Kilka razy kobieta chciała odwiedzić matkę w domu opieki, ale za każdym razem, wyobrażając sobie jej łzy, rezygnowała. Maria Andrzejewska przez pięć lat codziennie czekała na powrót córki. Nigdy się jednak nie doczekała. Nie wytrzymała rozłąki i odeszła na tamten świat. O wszystkim Ludmiła dowiedziała się dopiero po roku, gdy Edek wyrzucił ją z mieszkania i przypomniała sobie o matce. Wyrzuty sumienia ściskały jej serce tak mocno, iż postanowiła wstąpić do klasztoru, by odpokutować swoją winę.
Ojca do domu spokojnej starości – Co ty, Liza, znowu wymyśliłaś? Jaki dom starców?! O nie, ja nigdzie z mojego domu nie pojadę! – Ojciec Elżbiety rzucił w córkę kubkiem, celując prosto w głowę. Kobieta odruchowo uskoczyła. Tak dłużej być nie może. Prędzej czy później ojciec wymyśli coś, by jej zaszkodzić, a ona już nie będzie wiedziała, czego się spodziewać. Mimo to, załatwiając formalności związane z umieszczeniem ojca w domu spokojnej starości, Elżbieta czuła jedynie wyrzuty sumienia. Chociaż to, co dla niego robiła, i tak było więcej, niż należało się za dawne krzywdy. Wsiadając do samochodu, ojciec wrzeszczał, bił się i złorzeczył wszystkim, którzy brali udział w jego przeprowadzce. Liza stała przy oknie, patrząc na oddalający się samochód. W jej życiu był już taki moment — wtedy była jednak tylko dziewczynką i nie wiedziała, co ją czeka. Elżbieta była jedynaczką. Mama nie odważyła się na kolejne dziecko – ojciec był domowym tyranem, zmieniającym życie w piekło. Ojciec Lizy – Jan Dymitrowicz – miał już dobrze po czterdziestce, gdy urodziła się córka. Ożenił się wyłącznie z wyrachowania. Małżeństwo z miłości czy z chęci posiadania dzieci nie leżało w jego planach. Nikogo nigdy nie kochał bardziej niż siebie. Aby zrobić karierę, potrzebował stworzyć wizerunek wzorowego rodzinnego człowieka. gwałtownie znalazł kandydatkę – młodziutką studentkę technikum, Marysię, córkę zwykłych robotników z fabryki. Idealna żona urzędnika. Dla rodziny dziewczyny małżeństwo z takim „kimś” było prestiżem. O zdanie panny młodej nikt nie pytał. Wesele było huczne i piękne – rodzice Marysi jednak nie przyjechali, nie byli z tej „ligi”. Po ślubie młoda żona zamieszkała w domu męża. Aby Marysia szybciej przemieniła się w żonę z klasą, ojciec przypisał jej „opiekunkę”, która miała nauczyć ją etykiety, milczenia i nie dostrzegania niepożądanego, jeżeli nie pozwolono jej go widzieć. – I co, jak minął dzień? – pytał Jan, siadając w fotelu. – Wszystko dobrze. Opanowałam zasady przy stole i zaczęłam uczyć się angielskiego. – Marysia już się nauczyła, iż nie wolno dać mężowi powodu do niezadowolenia. – I? To wszystko? A domem to kto się zajął? – Ja. Z kucharką ustaliłyśmy menu na tydzień, sama kupiłam produkty i posprzątałam dom. – No dobrze. Na dziś wystarczy. Ale pamiętaj – ręce zawsze mają być czyste, a ty sama zadbana. Nie wyglądaj mi jak jakaś chłopka! Jak się będziesz dobrze zachowywać, to może zatrudnię ci kierowcę i pokojówkę. Ale nie teraz, jeszcze nie zasłużyłaś. Jednak takich spokojnych dni nie było wiele. Najczęściej mąż wracał późno, wściekły i zmęczony. Jedyne, na kim mógł się wyładować, to żona. Służba nie mogła odpowiedzieć, ale zawsze mogła odejść lub roznieść plotki o rodzinie. Marysia nie miała komu się poskarżyć ani dokąd uciec. Po raz pierwszy Jan podniósł na żonę rękę miesiąc po ślubie. Nie za przewinienie – po prostu dla zasady, by wiedziała, kto rządzi. By zrozumiała, co ją czeka za nieposłuszeństwo. Później bicie stało się regularne. Jan robił to umiejętnie, żeby nie robić siniaków w widocznych miejscach, by nie było śladu. Marysia kryła pod ubraniem ślady przemocy, do gości męża uśmiechała się promiennie. Minął pierwszy rok małżeństwa. Znajomi i współpracownicy zaczęli wypytywać, czemu w młodej rodzinie nie ma jeszcze dzieci. – Jan, ty taki zdrowy chłop, a twoja młoda żona – nie w ciąży? Może coś z nią nie tak? Powinieneś pokazać ją lekarzowi, po co czas marnować na pusty kwiat. – Nie planujemy jeszcze. Kończy technikum – odparł sucho Jan. – Kończy?! Kobiecie to niepotrzebne! Dzieci, dom, mąż – to jej życie. Powinna rzucić szkołę i iść do lekarza. Zresztą, dzieci muszą być w rodzinie. Po co się żenić inaczej? Przykład powinieneś dawać! Rozpoczął się dla Marysi okres ciągłych badań. Jan musiał choćby przestać ją bić, by nie było śladów. Minęło kilka miesięcy, wszyscy lekarze uznali – Marysia zdrowa jest, gotowa być matką choćby jutro. Problem musiał być w Janku. Delikatnie zasugerował to specjalista, każąc mu się przebadać. Po niezbędnych badaniach Jan otrzymał nieprzyjemny werdykt – jego szanse na ojcostwo są mizerne. Zostało tylko liczyć na cud. Od aluzji kolegów i widoku zdrowej żony Jan robił się wściekły. Na żonie nie miał co się już wyżywać, jej już nie ruszały ciosy. By ją zagłuszyć, znalazł sobie kochankę. Po dwóch i pół roku Marysia zaszła w ciążę. Urodziła się Liza – cała ojca. Jednak Jan nie miał dla dziecka żadnych ciepłych uczuć. Wychowaniem córki zajmowała się matka i niania. Ojcic mógł tygodniami nie widzieć córki. Im starsza była Liza, tym bardziej denerwowała ojca. Pierwszy raz uderzył ją, gdy miała pięć lat. Kaprysiła, a on wrócił wściekły z pracy – wtedy rzucił ją przez pół pokoju na ścianę. Dziewczynka nie zapłakała ze strachu. Ojciec włączył telewizor. Liza zapamiętała lekcję – nie drażnić ojca. Ale Jan już się nie powstrzymywał. Obelgi, policzki, poniżanie – choćby przy gościach. Był wtedy ważny, nie musiał grać wzorowego ojca. Wyśmiewał córkę publicznie, czerpiąc z tego satysfakcję. – Panie Janie, słyszałam, iż pańska Liza pięknie gra na skrzypcach! Może zagra gościom? – Skrzypaczka? Ta niezdara ledwo wie, jak trzymać instrument! Chcecie, to poproście ją, ale ja bym się oszczędził! Lizka! Słyszysz? Przynieś swoją „bałałajkę” i zagraj! Liza, czerwona ze wstydu, szła grać. Bała się grać przy gościach, ale bardziej bała się zezłościć ojca. Strach przed grą publiczną pozostał z nią na zawsze. Mimo wielkich umiejętności nigdy nie zrobiła kariery, nie wzięła już skrzypiec do ręki po szkole muzycznej. Wiedziała tylko, iż w jej rodzinie tak jest, nie rozumiała – czy tak wygląda każda rodzina? W książkach widziała szczęśliwe obrazki, ale jej przypadło dorastać przy człowieku, który nienawidził wszystkich wokół. Mama też nie była wzorem szczęścia. Nie potrafiła pokochać dziecka znienawidzonego męża. Gdy Liza miała trzynaście lat, matka zginęła w wypadku samochodowym. Oficjalnie – wypadek. Liza do końca nie wiedziała, co naprawdę się stało. Zamknęła się w sobie jeszcze bardziej. Po maturze Liza poszła na studia wybrane przez ojca – ostatnią decyzję, jaką za nią podjął. W pracy Jan ugrzązł w kłopotach, przestał zajmować się córką. Gdy Liza skończyła studia, ojciec utracił wpływy i majątek. Większość oszczędności przepuścił, by nie trafić do więzienia za nadużycia na wysokim stanowisku. Udało się wyciszyć aferę i spokojnie odejść na emeryturę do domku na działce. Liza nie odwiedzała ojca – nie miała o czym z nim rozmawiać, nie zamierzała słuchać wyzwisk. Samotny, Jan nie miał na kim wyładować swojej agresji, co wpłynęło na jego psychikę. Sąsiedzi coraz częściej dzwonili do Lizy, informując, iż ojciec dziwnie się zachowuje. Musiała się zebrać na odwagę i zabrać ojca do siebie. Mogąc znów pastwić się nad córką, Jan poczuł się lepiej. Codzienne awantury, krzyki, obelgi, potrafił zdemolować mieszkanie. W końcu Liza zdecydowała się zamknąć go w pokoju z zamkiem. Gdy i to nie pomogło, a objawy demencji się nasiliły, Liza musiała podjąć jeszcze trudniejszą decyzję – oddać ojca do prywatnego domu spokojnej starości. Nie miała nigdy własnej rodziny. Z ranami duszy, niepewna siebie, bała się ludzi. W pracy nie zawiązała bliższych znajomości. Jednak gdy decydowała o oddaniu ojca, przepełniała ją wstyd i poczucie winy. Trzymanie ojca w domu było zagrożeniem dla jej życia – badania wykazały początki demencji, Jan nie panował nad sobą. Ale złość i nienawiść do córki pozostały choćby wtedy, gdy przestał ją rozpoznawać. Liza odwiedzając domy opieki, wybrała najlepszy, choć był bardzo drogi. Połowę pensji oddawała na opłaty, musiała dorabiać. Po wyjeździe ojca przez kilka dni była w szoku. Przypominała sobie, jak kiedyś z mamą też próbowały uciec. Wtedy Jan je odzyskał, a niedługo potem matka zginęła. Mimo wszystkiego, za każdym razem odwiedzając ojca Liza płakała – z żalu i poczucia winy. Jakby takich tylko uczuć nauczyli ją rodzice. Oprócz gryzących wyrzutów sumienia, Liza zaczęła odczuwać poważne problemy zdrowotne.
Po siedemdziesiątce została zapomniana przez wszystkich – choćby własny syn i córka nie złożyli jej życzeń urodzinowych. Samotna Lidia płacze na ławce w szpitalnym parku, podczas gdy jej dzieci zagarnęły mieszkanie i zostawiły ją samą. Jednak niespodziewane spotkanie z córką odmienia jej los, dając nadzieję, iż jeszcze może poczuć się kochana.
Rodzice męża postanowili wprowadzić się do nas na stare lata, nie pytając mnie o zdanie
Jak procesy starzenia wpływają na strukturę włosów?
ADHD u dorosłych: Odkryj najważniejsze informacje na wykładzie w Aninie
Najnowszy 81. numer Głosu Seniora już dostępny
Konkurs Kolęd i Pastorałek „Od Juniora do Seniora – Bracia, patrzcie jeno…”
Moje dzieci są dobrze ustawione, mam oszczędności, będę pobierał polską emeryturę – historia pana Fedora, cenionego mechanika z małego miasta, którego rodzina zmierzyła się z ciężarem późnej starości
— Ludko, co z tobą? Przecież masz już wnuki w szkole! Jakie to wesele? — takie słowa usłyszałam od siostry, kiedy oznajmiłam, iż wychodzę za mąż.
Każdego popołudnia, wychodząc z liceum, Tomek przemierzał brukowane uliczki z plecakiem zwisającym na jednym ramieniu i dzikim kwiatem delikatnie schowanym między palcami.
Mieliśmy wielkie nadzieje, iż moja mama po przejściu na emeryturę zamieszka na wsi i odda mi oraz mojemu mężowi swoje trzypokojowe mieszkanie w Warszawie!
Każdego popołudnia, wychodząc z liceum, Tomek przemierzał brukowane uliczki z plecakiem zwisającym z jednego ramienia i dzikim kwiatem delikatnie chronionym między palcami.
Siedmioletni chłopiec cały w siniakach wszedł na SOR, niosąc na rękach swoją siostrzyczkę… To, co powiedział później, złamało wszystkim serca
Wsparcie rozwoju na każdym etapie – jak mądrze wybierać pomoce terapeutyczne?
Z życia wzięte. "Napisaliśmy z mężem testamenty": Dzieci nie otrzymają ani złotówki
Ten nieznany zasiłek z MOPS przysługuje każdemu. Zapomnij o kryterium dochodowym. Możesz zyskać od kilkuset do choćby kilku tysięcy złotych
Z życia wzięte. "Jestem już stara i nie chcę być ciężarem": Rozważałam różne wyjścia, ale dzieci postanowiły za mnie
Każdego popołudnia, wychodząc z liceum, Tomek szedł po brukowanych uliczkach z plecakiem przewieszonym przez jedno ramię i dzikim kwiatem ostrożnie trzymanym w dłoni.
Przyjazd dawnej przyjaciółki: Nigdy nie chciała mieć dzieci, wybrała życie tylko dla siebie i niczego nie żałuje – szczera rozmowa po latach w naszym polskim miasteczku
Syn porzucił mnie w domu opieki… a teraz prosi o pieniądze na swój ślub!
Druga emerytura co miesiąc zamiast jednej trzynastki. Czy jesteś na liście uprawnionych
Kiedy moja córka wcisnęła mnie w ścianę kuchni i powiedziała: „Idziesz do domu opieki.”
Kiedy moja córka wcisnęła mnie w ścianę kuchni i powiedziała: „Idziesz do domu opieki.
Ta Hiszpanka dożyła 117 lat. Naukowcy mogli odkryć, dlaczego tak się stało
Emerytka wyznaje: „Syna nie widziałam od ponad sześciu lat” – Odkąd mój syn przestał ze mną rozmawiać? – zapytałam sąsiadkę… Wtedy pękło mi serce. – Ostatni raz zobaczyłam go sześć lat temu, odkąd wyprowadził się z żoną, przestał dzwonić. choćby na jego urodziny, kiedy przyszłam z ciastem, usłyszałam od synowej: „Nie jest pani tu mile widziana.” Syn milczał. Potem już więcej się ze mną nie skontaktował, choć pomogłam mu finansowo przy sprzedaży mieszkania. Czy samotność bardzo doskwiera? Przyzwyczaiłam się. Sama wychowałam syna po tym, jak mąż mnie zostawił. Marzyłam, by starość spędzić wśród bliskich, ale chyba nie było mi to pisane. Zwierzak? choćby koty odchodzą, a ja nie mogę wziąć psa, bo nie wiem, czy jutro się obudzę. Proszę, nie porzucajcie swoich rodziców – bo oni żyją dla was, a gdy odejdą, tej pustki już się nie wypełni!
Moje dzieci są zabezpieczone, mam odłożone pieniądze, niedługo przejdę na emeryturę. Kilka miesięcy temu pożegnaliśmy naszego sąsiada, Zbyszka. Przyjaźniliśmy się ponad dekadę, mieszkając drzwi w drzwi. Nasze relacje wykraczały poza zwykłą sąsiedzką uprzejmość – byliśmy blisko, nasze dzieci dorastały razem na tym samym osiedlu. Zbyszek i Grażyna wychowali piątkę dzieci. Rodzice kupili mieszkania każdemu z nich, pracując bardzo ciężko – szczególnie Zbyszek, który był cenionym mechanikiem w naszym mieście. W warsztacie zawsze było pełno chętnych, a właściciel nowoczesnego serwisu modlił się o porządnych fachowców – Zbyszek potrafił rozpoznać każdą usterkę po samej pracy silnika, był klasą samą w sobie. Na krótko przed śmiercią, po weselu najmłodszej córki, Zbyszek jeździł rowerem po okolicy i odpoczywał. Jego sprężysty chód zmienił się w powolny i ostrożny, jakby przemykał przez życie jak staruszek, choć dopiero co skończył 59 lat. Wziął urlop, chociaż szef bardzo prosił, żeby wrócił za dziesięć dni, bo klienci czekają. Ale Zbyszek nie zamierzał już wracać – dzień przed planowanym wyjazdem poszedł do szefa i poprosił o spokojne zwolnienie, obiecując, iż jeżeli trzeba będzie, czasem pomoże. Z jakiegoś powodu nie powiedział nic Grażynie, a rano, gdy miał wychodzić do pracy, przewrócił się na drugi bok i zasnął ponownie. Żona, zastawiając już śniadanie w kuchni, przybiegła zaniepokojona: – Zbyszek, ty przez cały czas śpisz? Komu ja zrobiłam jajecznicę? Zaraz wystygnie! – Zjem zimną, nie idę dziś do warsztatu… – Jak to nie idziesz do pracy? Czekają na ciebie! – Nie idę, wczoraj się zwolniłem… – Nie żartuj, Zbyszek! Wstawaj! Grażyna ściągnęła z niego kołdrę, ale Zbyszek choćby nie próbował wstać – skulił się i schował twarz. – Jestem zmęczony, Grażynko, wyczerpałem moją życiową energię… Jak ten silnik po trzeciej regeneracji… Dzieci dobrze sobie radzą, mam trochę zaoszczędzone, będę pobierał emeryturę… – Jaką emeryturę, dzieci mają tyle na głowie – remonty, rozbudowy, zmiany mebli, Jacek chce kupić samochód. Kto im pomoże? – Niech sami sobie radzą, my swoje już zrobiliśmy… Grażyna była w kompletnym rozterce i przyszła do mnie po radę, opowiedziała mi ten poranny dialog. – On naprawdę jest wykończony, jak sam mówi. Nie zmuszaj go do pracy, niech odpocznie – Zbyszek już nie ten sam, niedawno go nie poznałam na ulicy. Chodzi jak staruszek, powłóczy nogami, a gdy powiedziałam, iż go nie poznaję, odpowiedział: “Jestem zmęczony…” Ale Grażyna nie uwierzyła: – Udaje, to wszystko zmęczenie! Zwołam dzieci, niech powiedzą, ile pracy przed nimi! – Grażynko, nie możesz wymagać od siebie i Zbyszka wszystkiego. Twój najstarszy syn ma już chyba 45 lat? Niedługo sam będzie dziadkiem, niech dzieci wam pomogą – starość czeka u progu. Obraziła się na mnie i wyszła. Tydzień później cała piątka dzieci zebrała się u Zbyszka i Grażyny przy wielkim stole. Było głośno, ale czuło się napięcie. Wszyscy wiedzieli, iż to spotkanie nie jest zwyczajne. Grażyna rozpoczęła rodzinną naradę: – Tata chce przejść na emeryturę, co o tym sądzicie, musimy się zastanowić, bo gdy już nie będzie pracował, to sami musicie się zorganizować… Zbyszek wtrącił: – Po co się zamartwiać, popatrzcie na siebie – piątka dzieci, wszyscy pracują, czy naprawdę nie możecie pomóc nam dwojgu? My to was wychowaliśmy, wyremontowaliśmy tyle mieszkań… nikt nie cierpi biedy. Teraz to raczej my potrzebujemy pomocy, mnie już trudno pracować – boję się, iż zjadę windą w warsztacie i skończę źle… Padła cisza, a potem najstarszy syn, Janek, zaczął wymieniać własne sprawy i problemy: – Przykro mi, ale nie mamy teraz pieniędzy, może kiedyś… Wszystkie dzieci mówiły w tym tonie – każdemu brakowało czegoś, jedni potrzebowali nowego mieszkania, inni samochodu, a wszyscy liczyli, iż rodzice jeszcze pomogą. Nikt nie pytał o zdrowie ojca czy matki. W końcu Zbyszek wstał i powiedział smutno: – No to skoro wszyscy każe mi chodzić do pracy, to będę pracował, póki sił starczy… Następnego dnia Grażyna przyszła do mnie i powiedziała: – Widzisz, dzieci przyszły, pogadały, wróciły do własnych spraw, a potem tylko “zmęczony, zmęczony”! Ja też jestem zmęczona, i co z tego? Zbyszek pracował jeszcze trzy dni. Z warsztatu zabrała go karetka. Serce odmówiło posłuszeństwa, a dzieci znów spotkały się na pogrzebie i stypie. Wspominali ojca, opowiadali, jakim był człowiekiem i dziadkiem… Bardzo chciałam zapytać: “Dlaczego nie zadbaliście o niego, przecież o to was prosił!” Na tym zakończyła się smutna historia moich sąsiadów. Grażyna została sama, oszczędza na wszystkim, bo dzieci mają swoje problemy…
Dopóki żyjesz, nigdy nie jest za późno. Opowieść o Annie, której troskliwy syn Venio postanawia wysłać ją do luksusowego domu seniora pod Warszawą. Tam spotyka elegancką Mariannę, odkrywa nowe prawdy o sobie i swojej rodzinie, by w końcu odnaleźć prawdziwe szczęście wśród najbliższych.
Mój syn umieścił mnie w domu opieki… a teraz prosi o pieniądze na swój ślub!
W Polsce ludzie zabierają dzieci z domów dziecka, a ja postanowiłam zabrać babcię z domu opieki – wszyscy znajomi i sąsiedzi byli w szoku, wytykali mnie palcami i mówili: „Czasy są ciężkie, a ty masz taką osobę w domu!” Ale wiem, iż to była słuszna decyzja. Nasza rodzina była kiedyś czteroosobowa: ja, dwie córki i mama. Gdy mama odeszła, poczułyśmy pustkę – wtedy wzięłam pod opiekę mamę mojego dawnego przyjaciela, którą znałam od dzieciństwa. Zawsze odwiedzałyśmy ją w placówce, aż pewnego dnia uznałam: „Dlaczego nie zabrać babci do siebie?” Moje córki były zachwycone, a ta starsza pani rozpłakała się ze szczęścia. Minęły dwa miesiące naszego wspólnego życia, a my nie przestajemy się dziwić, skąd nasza babcia – mająca już ponad 70 lat – czerpie tyle energii; codziennie budzi nas zapachem świeżych racuchów lub naleśników.
– Dopóki sprzedajemy mieszkanie, zamieszkaj w domu spokojnej starości – powiedziała córka Ludmiła wyszła za mąż bardzo późno. Warto dodać, iż długo jej się nie wiodło i czterdziestoletnia kobieta już nie wierzyła, iż spotka – według swoich standardów – odpowiedniego mężczyznę. Czterdziestopięcioletni Edward okazał się nie lada księciem. Był już kilkakrotnie żonaty i miał troje dzieci, którym – zgodnie z decyzją sądu – przekazał swoje mieszkanie. Dlatego Ludmiła, po kilku miesiącach tułaczki po wynajmowanych kawalerkach, musiała przyprowadzić męża do sześćdziesięcioletniej matki – Marii Andrzejewnej. Edzio już od progu skrzywił się i zmarszczył nos, wyraźnie pokazując, iż przeszkadza mu zapach w mieszkaniu. – Zalatuje tu starzyzną – mruknął z niesmakiem. – Przydałoby się przewietrzyć. Maria Andrzejewna doskonale usłyszała słowa zięcia, ale udała, iż nie zwraca na nie uwagi. – Gdzie będziemy mieszkać? – westchnął ciężko Edzio, któremu nowe lokum ewidentnie nie przypadło do gustu. Ludmiła natychmiast zaczęła się krzątać, chcąc przypodobać się mężowi, i odciągnęła matkę na bok. – Mamo, my z Edziem zajmiemy twój pokój – szepnęła córka – a ty na razie pomieszkasz w tym małym. Tego samego dnia Maria Pani Maria została bezceremonialnie przeprowadzona do innego pomieszczenia, które ledwo nadawało się do mieszkania. Przeprowadzać rzeczy musiała sama, bo zięć od razu odmówił pomocy. Od tamtej pory życie kobiety bardzo się skomplikowało. Edzio był niezadowolony ze wszystkiego: obiadu, sprzątania, koloru tapet. Najbardziej jednak przeszkadzał mu zapach. Twierdził, iż w mieszkaniu cuchnie starością, przez co nabawił się alergii. Edzio teatralnie kaszlał za każdym razem, gdy Ludmiła pojawiała się w progu. – Tak się nie da żyć! Trzeba coś z tym zrobić! – oświadczył wzburzony mąż Ludmile. – Nie mamy pieniędzy na wynajem mieszkania – rozłożyła ręce kobieta. – Wyślij gdzieś matkę – burknął mężczyzna, krzywiąc się. – Nie da się oddychać. – Ale gdzie ją oddam? – Wymyśl coś! Tak czy siak, po śmierci mieszkanie będzie twoje. Po prostu przyspieszymy ten proces – odpowiedział bezceremonialnie Edzio. – Trochę mi niezręcznie… – Nie rozumiem, kto jest dla ciebie ważniejszy? Ona czy ja? Przygarnąłem cię po czterdziestce. Komu byś jeszcze była potrzebna, stara panna – naciskał Edzio, doskonale wiedząc, gdzie uderzyć. – Odejdziesz, znowu zostaniesz sama i nikt cię już nie przygarnie. Ludmiła spoglądała ponuro na męża i ruszyła do matczynej klitki. – Mamo, pewnie nie jest ci tu dobrze? – zaczęła niepewnie. – Czy zwolniliście już mój pokój? – zapytała z niepokojem kobieta. – Nie, mamy inną propozycję. I tak przepiszesz na mnie mieszkanie, prawda? – zapytała z nadzieją Ludmiła. – Oczywiście. – To po co zwlekać! Chcę sprzedać to mieszkanie i kupić nowe, w porządnym bloku. – Może to odremontować? – Nie, trzeba kupić coś większego. – A ja gdzie, córko? – ust Marii Andrzejewnej zaczęły drżeć. – Zamieszkasz na razie w domu spokojnej starości – Ludmiła ucieszona przekazała matce szokującą wiadomość – ale to tylko tymczasowe rozwiązanie. Potem cię na pewno zabierzemy. – Naprawdę? – zapytała kobieta z nadzieją. – Jasne. Wszystko załatwimy, zrobimy remont i cię odbierzemy – Ludmiła chwyciła matkę za dłoń. Marię Andrzejewną nie pozostało nic innego, jak uwierzyć córce i przepisać mieszkanie. Gdy dokumenty były gotowe, Edzio z euforią w głosie oświadczył: – Pakuj rzeczy babci, wieziemy ją do domu seniora! – Tak szybko? – zdziwiła się Ludmiła. – Po co czekać? choćby z emeryturą nie jest mi potrzebna. Same z nią kłopoty. Przeżyła swoje, niech nam da pożyć – powiedział rzeczowo Edzio. – Przecież jeszcze nie sprzedaliśmy mieszkania… – Rób jak mówię, bo zostaniesz sama – powiedział Edzio z powagą. Po dwóch dniach rzeczy Marii Andrzejewnej wraz z nią samą zostały zapakowane do auta i zawiezione do domu spokojnej starości. Po drodze kobieta ukradkiem ocierała łzy. Serce czuło, iż czeka ją niedola. Edzio nie pojechał. Stwierdził, iż musi przewietrzyć mieszkanie po „nieprzyjemnym zapachu”. Marię Andrzejewną gwałtownie zameldowano w domu opieki, a Ludmiła, śpiesznie się żegnając, opuściła miejsce. – Córko, na pewno do mnie wrócisz? – zapytała z nadzieją kobieta. – Oczywiście, mamo – Ludmiła odwróciła wzrok. Wiedziała doskonale, iż Edzio nigdy nie pozwoli jej odebrać matki do nowego mieszkania. Kiedy już przejęli nieruchomość, błyskawicznie ją sprzedali i kupili nowe mieszkanie. W dodatku Edzio wszystko przepisał na siebie, twierdząc, iż Ludmile nie można ufać. Po kilku miesiącach kobieta próbowała podjąć temat matki, ale Edzio zareagował agresywnie. – Jeszcze raz zacznij o niej mówić, wyrzucę cię! – zagroził Edward. Ludmiła ugryzła się w język, wiedząc, iż nie żartuje. O matce już więcej nie wspominała. Kilka razy chciała odwiedzić ją w domu opieki, ale za każdym razem, wyobrażając sobie jej łzy, rezygnowała. Maria Andrzejewna przez pięć lat codziennie czekała, iż Ludmiła wróci po nią. Nie doczekała się jednak córki. Tęsknoty nie zniosła, odeszła na zawsze. Ludmiła dowiedziała się o tym dopiero rok później, gdy Edzio wyrzucił ją z mieszkania i przypomniała sobie o matce. Poczucie winy tak ją przytłoczyło, iż wstąpiła do klasztoru, by odpokutować swój grzech.
Z życia wzięte. "Przepisałam dom na wnuka": Teraz on chce mnie oddać do domu opieki
Ojca oddać do domu opieki? Tego jeszcze brakowało! – Historia Elżbiety, która zmagając się z wyrzutami sumienia, decyduje się oddać swojego apodyktycznego ojca, Ivana, do domu spokojnej starości, mimo bolesnych wspomnień i trudnej przeszłości rodzinnej
Młoda dziewczyna uwiodła mojego 63-letniego męża i odeszła z nim z rodziny: ale wtedy choćby nie przypuszczali, jaki niespodziankę dla nich przygotowałam.
Każdego popołudnia, wychodząc z liceum, Tomek przemierzał brukowane uliczki z plecakiem przewieszonym przez jedno ramię i dzikim kwiatem delikatnie trzymanym w dłoni.
Odejście od męża po 40 latach: Odważyłam się na życie według własnych zasad!
Przyjechała dawna przyjaciółka z podstawówki – nigdy nie chciała mieć dzieci, wybrała życie dla siebie i podróże. Teraz, po sześćdziesiątce, opowiada, dlaczego nie żałuje tej decyzji i patrzy z dystansem na tradycyjne oczekiwania wobec kobiet w Polsce
Mój syn zostawił mnie w domu opieki… a teraz prosi o pieniądze na ślub! Jak powinnam zareagować?
Płk Otton Hulacki – bohater spod Monte Cassino
Każdego popołudnia, wychodząc z liceum, Tomek szedł po brukowanych uliczkach z plecakiem przewieszonym przez jedno ramię i dzikim kwiatem delikatnie chronionym w dłoni.
Robiłam mężowi wyrzuty, iż mieszka w moim mieszkaniu – aż pewnego weekendu spakował walizki i wyjechał bez słowa
Przyjechała przyjaciółka z dawnych lat – nigdy nie miała dzieci, zdecydowała się żyć dla siebie i teraz opowiada, dlaczego nie żałuje swojej decyzji, choć wielu tego nie rozumie
Dopóki żyjemy, nigdy nie jest za późno. Opowieść o Annie i jej drodze do szczęścia w polskim domu spokojnej starości
Szczerze wierzyliśmy, iż mama przejdzie na emeryturę, wyprowadzi się na wieś i zostawi nam z mężem swoje trzypokojowe mieszkanie w Warszawie!
– „Póki sprzedajemy mieszkanie, zamieszkaj w domu spokojnej starości” – powiedziała córka Ludmiła wyszła za mąż bardzo późno. Trzeba przyznać, długo nie miała szczęścia, a czterdziestoletnia kobieta już nie wierzyła, iż spotka – jej zdaniem – godnego człowieka. Czterdziestopięcioletni Edward okazał się nie lada księciem. Był kilka razy żonaty i miał trójkę dzieci, którym – na polecenie sądu – oddał swoje mieszkanie. Dlatego Ludmiła, po kilku miesiącach tułaczki po wynajmowanych mieszkaniach, musiała zamieszkać z mężem u swej sześćdziesięcioletniej mamy, Marii Andriejewny. Edek od progu skrzywił się i przybrał minę, okazując, jak bardzo przeszkadza mu zapach w mieszkaniu. – Starym tu zalatuje – mruknął z dezaprobatą. – Przydałoby się przewietrzyć. Maria Andriejewna doskonale usłyszała słowa zięcia, ale udawała, iż ich nie słyszała. – Gdzie będziemy mieszkać? – westchnął ciężko Edek, najwyraźniej niezadowolony z nowego lokum. Ludmiła od razu zaczęła się krzątać, chcąc przypodobać się mężowi, i odciągnęła mamę na bok. – Mamo, ja z Edkiem zajmiemy twój pokój – wyszeptała córka – a ty na razie zamieszkaj w tym małym. Tego samego dnia Maria Andriejewna została bezceremonialnie przeniesiona do innego pomieszczenia, które ledwie nadawało się do zamieszkania. W dodatku rzeczy musiała przenosić sama, bo zięć odmówił pomocy. Od tego dnia życie kobiety stało się bardzo trudne. Edek był niezadowolony ze wszystkiego: z gotowanych potraw, sprzątania, koloru tapet. Ale najbardziej drażnił go zapach. Twierdził, iż w mieszkaniu śmierdzi starością, przez co nabawił się alergii. choćby udawanie kaszlu stawało się u Edka normą, gdy tylko Ludmiła pojawiała się w mieszkaniu. – Tak nie da się żyć! Trzeba coś z tym zrobić! – oznajmił Ludmi kończący się już cierpliwości mąż. – Nie mamy pieniędzy na wynajem – rozłożyła ręce kobieta. – Oddaj gdzieś matkę – warknął, marszcząc nos. – Nie da się tu oddychać. – A gdzie ją oddam? – Nie wiem, wymyśl coś! Ta mieszkanie i tak śmierdzi, trzeba je sprzedać i kupić nowe. Tak, to jest myśl! Porozmawiaj z matką! – Co jej powiem? – zaniepokojona podpytała Ludmiła. – Wymyśl coś! I tak po jej śmierci mieszkanie przypadnie tobie. Po prostu przyspieszymy sprawy – odpowiedział bez zmieszania. – Głupio trochę… – Kto jest dla ciebie ważniejszy? Ona czy ja? Wziąłem cię, gdy miałaś czterdzieści lat. Komu byś była potrzebna, stara panna – naciskał Edek, wiedząc, gdzie uderzyć. – Odejdę, znowu zostaniesz sama i już nikt cię nie zechce. Ludmiła kątem oka zerknęła na męża i poszła do matki do jej kanciapy, która ledwie służyła za pokój. – Mamusiu, na pewno źle ci się tu mieszka, prawda? – zaczęła z daleka. – Oddaliście już mój pokój? – dopytała, pełna nadziei. – Nie, mamy inny pomysł. Przecież i tak mi przepiszesz mieszkanie, prawda? – upewniła się jeszcze córka. – Oczywiście. – To po co zwlekać! Chcę je sprzedać i kupić inne, w lepszym miejscu. – Może lepiej wyremontować to? – Nie, kupimy większe. – A ja gdzie, córciu? – usta Marii Andriejewny zadrżały. – Tymczasem zamieszkasz w domu spokojnej starości – Ludmiła z euforią przekazała matce zaskakującą wiadomość – ale to tylko na chwilę. Potem cię stamtąd na pewno zabierzemy. – Naprawdę? – kobieta spojrzała z nadzieją. – Jasne. Wszystko załatwimy, zrobimy remont i cię odbierzemy – obiecywała córka. Mari Andriejewnej nie pozostało nic innego, jak uwierzyć i przepisać mieszkanie. Gdy formalności były gotowe, Edek z zadowoleniem powiedział: – Pakuj rzeczy mamy! Wieziemy ją do domu spokojnej starości. – Już? – przeraziła się Ludmiła, dręczona wyrzutami sumienia. – A na co czekać? choćby jej emerytura mnie nie interesuje. Z matki tylko kłopot. Przeżyła swoje, niech da nam teraz pożyć – oświadczył Edek. – Przecież jeszcze nie sprzedaliśmy mieszkania! – Rób, co mówię, inaczej zostaniesz sama – powiedział z istotną miną. Dwa dni później rzeczy Marii Andriejewny razem z nią zapakowano do samochodu i odwieziono do domu opieki. Po drodze kobieta ukradkiem ocierała łzy. Przeczuwała nieszczęście. Edek nie pojechał. Powiedział, iż musi porządnie wywietrzyć mieszkanie. Marię Andriejewną gwałtownie przyjęto w domu spokojnej starości, a Ludmiła, żegnając się pośpiesznie, zawstydzona opuściła miejsce. – Córciu, na pewno po mnie wrócisz? – zapytała na pożegnanie z nadzieją kobieta. – Oczywiście, mamo – Ludmiła odwróciła wzrok. Wiedziała, iż Edek nigdy nie pozwoli zabrać Marii Andriejewny do nowego mieszkania. Po zdobyciu mieszkania, para gwałtownie je sprzedała i kupiła nowe. Edek kazał je przepisać na siebie, twierdząc, iż Ludmile ufać nie można. Po kilku miesiącach Ludmiła próbowała porozmawiać o mamie, ale Edek zareagował agresją. – Spróbuj jeszcze raz wspomnieć o niej, a wylecisz! – zagroził, nie znosząc rozmów o Marii Andriejewnie. Ludmiła zamilkła, wiedząc, iż nie żartuje. Przestała wracać do tematu. Kilka razy chciała odwiedzić mamę w domu opieki, ale za każdym razem, wyobrażając sobie jej łzy, rezygnowała. Maria Andriejewna przez pięć lat codziennie czekała, aż córka po nią wróci. Niestety, doczekać się nie zdołała. Nie wytrzymując rozłąki, odeszła z tego świata. Ludmiła dowiedziała się o tym dopiero po roku, gdy Edek wyrzucił ją z mieszkania, a ona przypomniała sobie o matce. Poczucie winy tak ją przytłoczyło, iż wstąpiła do klasztoru pokutować za swój grzech.
Z życia wzięte. "Mam 60 lat i zostałam sama w czterech ścianach": Nie tego się spodziewałam