Jesień życia

Bezpieczny Senior i aktywna edukacja w Jedlińsku
Pięć lat bez odwiedzin od dzieci, ale zapowiedź zmiany w testamencie przywróciła ich do domu
Ten zasiłek z MOPS jest mało znany, a szkoda, bo może go otrzymać każdy. Wsparcie wynosi od kilkuset do choćby kilku tysięcy złotych
- czar wspomnień .. / Dobromir
Każdego popołudnia, wychodząc z liceum, Tomek przemierzał brukowane uliczki z plecakiem zwisającym z jednego ramienia i dzikim kwiatem delikatnie ukrytym w dłoni.
Łazienka dla seniora – jak urządzić?
Jak dbać o implanty zębów po zabiegu?
Ile komornik może zająć z wypłaty w 2026? W niektórych przypadkach wszystko
Ten mało znany zasiłek z MOPS może otrzymać każdy. A mało kto o nim wie. Można otrzymać od kilkuset do choćby kilku tysięcy złotych
Ten mało znany zasiłek z MOPS może otrzymać każdy. A mało kto o nim wie. Można dostać od kilkuset do choćby kilku tysięcy złotych
Mało kto wie o tym finansowym wsparciu. Może otrzymać je każdy, niezależnie od dochodu
Każdego popołudnia, wychodząc z liceum, Tomek szedł po brukowanych uliczkach z plecakiem przewieszonym przez jedno ramię i dzikim kwiatem delikatnie trzymanym w dłoni.
DZIECI -KWIATY🌼🌸🪷🎓🌼
Uwaga!!! ewidencja składek członkowskich🎓🎓🎓🎓🎓🎓
Mężczyzna był wychłodzony, w domu było bardzo zimno. Rozpalili w piecu, przynieśli opał na zapas
Mój brat nie chce, by mama trafiła do domu opieki, ale sam też nie chce jej zabrać do siebie – twierdzi, iż w jego mieszkaniu brakuje miejsca!
"Czy jesteś martwy?" Nowa aplikacja ma coraz więcej użytkowników
Każdego popołudnia, wychodząc z liceum, Tomek przemierzał brukowane uliczki z plecakiem zwisającym z jednego ramienia i dzikim kwiatem delikatnie schowanym między palcami.
TWÓJ PROCENT MA ZNACZENIE! PRZEKAŻ SWOJE 1,5% NA STOWARZYSZENIE MANKO – GŁOS SENIORA
Jak wybierać zdrowe przetwory i dania gotowe online? Poradnik dla świadomych konsumentów w Polsce
Gmina Zator
Elon Musk wieszczy koniec emerytur. „Pieniądze nie będą miały znaczenia”
Czy witamina D w tabletkach to najlepszy sposób na utrzymanie odporności i mocnych kości?
Jeszcze cały rok razem… Ostatnio Arkadiusz Janowicz nie wychodził sam z domu. Nie wychodził odkąd pewnego razu poszedł do przychodni i zapomniał, gdzie mieszka i jak się nazywa. Ruszył wtedy w zupełnie inną stronę, długo krążył po okolicy, aż dostrzegł dobrze znajomy budynek – okazało się, iż to zakład zegarmistrzowski, gdzie Arkadiusz przepracował prawie pięćdziesiąt lat. Patrzył na ten budynek i wiedział, iż go zna, ale dlaczego, i kim sam jest, nie mógł sobie przypomnieć, dopóki ktoś nie klepnął go w ramię, podchodząc od tyłu. – Panie Arku! Co pana tu sprowadza? Tęsknił pan? Wie pan, niedawno wspominaliśmy, jaki był z pana mistrz i nauczyciel. Nie poznaje mnie pan? To ja, Jurek Akulicki – pan ze mnie człowieka zrobił! W głowie Arkadiusza coś nagle przeskoczyło, znów wszystko sobie przypomniał. Jurek ucieszył się, objął dawnego mistrza. – Poznał pan? To ten wąs zgoliłem, zmieniłem się trochę. Może wpadnie pan do nas, chłopaki się ucieszą? – Innym razem, Jurek, zmęczony jestem – przyznał Arkadiusz. – Mam tu auto, podwiozę pana, pamiętam adres – ucieszył się Jurek. Podwiózł go do domu, a od tej pory żona, Natalia Lubomirska, już nigdzie nie puszczała męża samego, choć pamięć miała mu wrócić. Od wtedy chodzili wszędzie razem: do parku, do przychodni, po zakupy. Pewnego dnia Arkadiusz się rozchorował – gorączka i silny kaszel, więc żona sama pobiegła po leki i zakupy, choć i jej siły już nie te. Kupiła lekarstwa i kilka produktów, ale nagła słabość ją dopadła, zadyszka. Ciężka torba wydawała się niewyobrażalnie ciężka. Chwilę odpoczęła, podniosła ją i ruszyła dalej. Przeszła kilka kroków, zatrzymała się, położyła torbę na świeżym śniegu i… osunęła się na chodnik, tuż przed domem. Ostatnia jej myśl była, po co tyle naraz kupowała – na starość rozum chyba nie ten. Dobrze, iż sąsiedzi wyszli z klatki, zobaczyli starszą panią na śniegu, podbiegli i wezwali pogotowie… Natalia trafiła do szpitala, a sąsiedzi zabrali torbę i dzwonili do jej mieszkania. – Mąż chyba w domu został, może zachorował, nie widziałam go kilka dni – przypuszczała Nina Michalska. – Pewnie śpi, Natalia mówiła, iż jemu też sił brakuje. Ech, starość – potem wejdę… Arkadiusz słyszał dzwonek, ale kaszel dusił, chciał wstać, ale od słabości i gorączki zakręciło się w głowie, o mało nie upadł… Kaszel ustał, Arkadiusz zapadł w dziwny sen podobny do jawy. Gdzie ta Natalka, czemu tak długo nie wraca? Długo leżał półprzytomny, gdy nagle usłyszał delikatne kroki. Podeszła żona, Natalia! Co za ulga, iż wróciła. – Arkadiuszu, podaj rękę, oprzyj się, wstawaj! – wołała żona. Złapał jej dziwnie chłodną, słabą rękę, wstał. – A teraz otwórz drzwi, szybko! – wyszeptała Natalia. – Po co? – zdziwił się, ale drzwi otworzył, skoro prosiła. Do mieszkania weszła sąsiadka Nina i Jurek, młody kolega z pracy. – Panie Arku, nie otwiera pan, a my dzwonimy i pukamy! – Natalia… Gdzie Natalia? Przecież była tu przed chwilą! – spytał drżącymi wargami Arkadiusz, próbując pojąć, gdzie nagle zniknęła żona. – Przecież ona w szpitalu, na intensywnej – zdziwiła się Nina. – Chyba majaczy – rozpoznał Jurek i ledwo podtrzymał, gdy Arkadiusz omal nie zemdlał… Wezwali karetkę, to był omdlenie przy wysokiej gorączce… Po dwóch tygodniach wypisali Natalię ze szpitala. Jurek przywiózł ją samochodem, pomagał jej i Arkadiuszowi przez cały czas – także Nina pomagała. niedługo Arkadiusz wrócił do sił. Najważniejsze – są jeszcze razem. Gdy w końcu zostali sami, oboje z trudem powstrzymywali łzy. – Dobrze, iż są jeszcze dobrzy ludzie, Arku – Nina dobra kobieta, pamiętasz, jak jej dzieci wpadały po lekcjach, obiady im dawaliśmy, razem odrabialiśmy zadania, a potem Nina zabierała ich do siebie? – Tak, nie każdy dobro pamięta, ona nie straciła wrażliwości, to takie miłe – przyznał Arkadiusz. – Jurek też, taki młody, byłam mu przewodnikiem, pomagałem stanąć na nogi. Młodzi gwałtownie zapominają o starszych, a on nie zostawił mnie. – Za kilka dni Nowy Rok, Arku, jak dobrze, iż znów jesteśmy razem – przytuliła się do niego Natalia. – Natalio, powiedz mi: jak to się stało, iż byłaś u mnie z tej szpitalnej sali? Przecież przez ciebie drzwi otworzyłem ratownikom! Mógłbym tu sam umrzeć – w końcu odważył się zapytać Arkadiusz. Bał się, iż znowu powie, iż coś mu się pomieszało, ale Natalia spojrzała zdumiona: – Więc naprawdę to się zdarzyło? Mówili mi, iż miałam śmierć kliniczną. A ja wtedy, jakby w półśnie, przyszłam do ciebie? Też to pamiętam – widziałam siebie w reanimacji, a potem z tego szpitala szłam do ciebie… – Niezwykłe cuda na stare lata, a przecież kocham cię, jak dawniej, albo i mocniej – Arkadiusz wziął jej ręce w swoje, długo milczeli, patrząc sobie w oczy. Jakby bali się, iż coś znowu im szczęście odbierze. Wieczorem, tuż przed Nowym Rokiem, wpadł Jurek, przywiózł słodkości – żona upiekła ciasta i rogaliki. Potem Nina przyniosła herbatę – pili razem przy cieście, robiło się ciepło na sercu. Nowy Rok Natalia z Arkadiuszem witali tylko we dwoje. – Wiesz, jeżeli razem w Nowy Rok, to nasz będzie. Jeszcze pożyjemy – powiedziała Natalia. Oboje roześmiali się z radości. Jeszcze cały rok razem – to przecież takie szczęście, prawdziwe szczęście.
Mój chłopak obiecał mi dom na wsi – ale gdy tam dotarłam, poczułam, jak ziemia usuwa mi się spod nóg.
Ten prawie nieznany zasiłek z MOPS może otrzymać każdy. Bez względu na dochód. To od kilkuset do choćby kilku tysięcy złotych wsparcia
Każdego popołudnia, po wyjściu z liceum, Tomek szedł po brukowanych uliczkach z plecakiem przewieszonym przez jedno ramię i dzikim kwiatem delikatnie chronionym w dłoni.
Mój brat nie chce oddać mamy do domu opieki i ani jej zabrać do siebie – twierdzi, iż w mieszkaniu żony nie ma dla niej miejsca!
Każdego popołudnia, wychodząc z liceum, Tomek przemierzał brukowane uliczki z plecakiem zwisającym na jednym ramieniu i dzikim kwiatem delikatnie chronionym w dłoni.
Rodzice męża postanowili wprowadzić się do nas na starość, nie pytając mnie o zdanie
Jak projektanci wnętrz mogą ułatwić codzienne życie seniorom?
Tu ceny są niższe niż w innych sklepach w Polsce. Chleb kosztuje tylko 1,50 zł. Jest jednak haczyk
Babciu, mama powiedziała, iż trzeba cię oddać do domu opieki”. Podsłuchałam rozmowę rodziców — dziecko by tego nie wymyśliło
Mój brat sprzeciwia się umieszczeniu mamy w domu spokojnej starości, ale sam nie chce jej zabrać do siebie – tłumaczy się brakiem miejsca!
Każdego popołudnia, po wyjściu z liceum, Tomek przemierzał brukowane uliczki z plecakiem przewieszonym przez jedno ramię i dzikim kwiatem delikatnie trzymanym w dłoni.
Ile w 2026 roku wynosi zasiłek pielęgnacyjny. Nie na takie wieści liczyli seniorzy
Ten prawie nieznany zasiłek z MOPS może otrzymać każdy. Bez względu na kryterium dochodowe. To od kilkuset do choćby kilku tysięcy złotych wsparcia
Fiul chciał odwieźć matkę z domu opieki. Zajrzał do pudełka przed wyjściem i wszystko się zmieniło.
Jak wybrać idealne łóżko tapicerowane do sypialni?
Zapraszamy na wykład
Od 15 lat mieszka w ziemiance. Poprosił o pomoc z dokumentami
Dopóki żyjesz, nigdy nie jest za późno. Opowieść o Annie, którą syn zawiózł do luksusowego domu seniora pod Warszawą, by odpoczęła, a sąsiadki plotkowały o jej szczęściu. Wbrew wątpliwościom, tam poznaje MARIANNĘ, starszą damę z centrum Warszawy, i zaczyna rozumieć swoje błędy wobec syna, synowej i wnuczki za dawne osądy i samotność. Wszystko zmienia się, gdy ukochana wnuczka przyjeżdża po babcię z wieścią o obronionym dyplomie. Powrót do domu staje się szansą na nowe relacje rodzinne i odnowioną euforia życia – bo przecież nigdy nie jest za późno, by być szczęśliwym i dawać szczęście innym.
XXVIII Konferencja Naukowo-Szkoleniowa Opieki Paliatywnej i Zespołów Hospicyjnych
Rodzice męża postanowili wprowadzić się do nas na starość, nie pytając mnie o zdanie.
„La Grazia” – Paolo Sorrentino o miłości, odpowiedzialności i wątpliwości [w kinach od 6 lutego]
– Póki sprzedajemy mieszkanie, zamieszkaj w domu opieki – zaproponowała córka Ludmiła wyszła za mąż bardzo późno. Trzeba przyznać, iż długo jej się nie wiodło i czterdziestoletnia kobieta niemal straciła nadzieję na spotkanie – według własnych kryteriów – odpowiedniego mężczyzny. Czterdziestopięcioletni Edward okazał się prawdziwym „księciem”. Był już kilka razy żonaty i miał troje dzieci, którym – na „zalecenie” sądu – oddał swoje mieszkanie. Dlatego Ludmiła po kilku miesiącach tułaczki po wynajętych mieszkaniach musiała zabrać męża do swojego rodzinnego domu, do sześćdziesięcioletniej matki – Marii Andrzejewskiej. Edek od progu skrzywił się i zmarszczył nos, całym swoim wyglądem pokazując, iż przeszkadza mu zapach w mieszkaniu. – Śmierdzi tu starością – mruknął z dezaprobatą. – Przydałoby się wywietrzyć. Maria Andrzejewska doskonale usłyszała uwagi zięcia, ale udała, iż nie zwraca na nie uwagi. – A gdzie my będziemy mieszkać? – westchnął ciężko Edek, wyraźnie niezadowolony z nowego lokum. Ludmiła natychmiast zaczęła się krzątać, chcąc przypodobać się mężowi, i odciągnęła matkę na bok. – Mamo, my z Edkiem zajmiemy twój pokój – szepnęła córka – a ty na razie zamieszkaj w tym małym. Tego samego dnia pani Maria została bezceremonialnie przeniesiona do innego pomieszczenia, które trudno było nazwać nadającym się do zamieszkania. Co więcej, rzeczy musiała przenosić sama, ponieważ zięć odmówił pomocy. Od tego dnia życie kobiety stało się ciężkie. Edek był niezadowolony ze wszystkiego: z gotowanego jedzenia, sprzątania, koloru tapet. Ale najbardziej drażnił go zapach. Twierdził, iż w mieszkaniu czuć starością, przez co rozwinęła się u niego alergia. Edek udawał kaszel za każdym razem, gdy Ludmiła pojawiała się na progu domu. – Tak nie da się żyć! Trzeba coś zrobić! – oznajmił rozgniewany mąż Ludmile. – Nie mamy pieniędzy na wynajem – rozłożyła bezradnie ręce kobieta. – Oddaj gdzieś matkę – warknął mężczyzna, krzywiąc się. – Nie da się tu oddychać. – Gdzie mam ją oddać? – Nie wiem, coś wymyśl! Choć to mieszkanie już i tak do niczego się nie nadaje. Trzeba je sprzedać i kupić nowe – mamrotał Edek. – Tak, to dobry pomysł! Pogadaj z matką! – Co jej powiem? – zapytała zaniepokojona Ludmiła. – Wymyśl coś! Prędzej czy później i tak odziedziczysz to mieszkanie po jej śmierci. Po prostu przyspieszymy ten proces – odpowiedział beznamiętnie mężczyzna. – Trochę mi głupio… – Nie rozumiem, kto jest dla ciebie ważniejszy? Ona czy ja? Uratowałem cię w wieku czterdziestu lat. Komu byłabyś potrzebna, stara panna – naciskał Edek, dobrze wiedząc, jak ją podejść. – jeżeli odejdę, znowu zostaniesz sama i wątpię, żeby znalazł się ktoś, kto cię zechce. Ludmiła spod zmrużonych brwi spojrzała na męża i poszła do matki, do komórki, która stała się teraz jej pokojem. – Mamusiu, pewnie nie podoba ci się tu mieszkać? – zaczęła ostrożnie rozmowę córka. – Uwolniłyście już mój pokój? – zapytała zaniepokojona kobieta. – Nie, mam dla ciebie inną propozycję. Przecież i tak mi ten lokal przepiszesz? – z nadzieją zapytała Ludmiła. – Oczywiście. – To nie ma co zwlekać! Chcę sprzedać to mieszkanie i kupić inne, w lepszym bloku. – A może wyremontować to? – Nie, musimy zainwestować w coś większego. – A ja dokąd, córko? – usta Marii Andrzejewskiej zadrżały. – Przez jakiś czas zamieszkasz w domu opieki – Ludmiła radośnie przekazała matce porażającą nowinę – ale to tylko tymczasowo. Potem na pewno cię zabierzemy. – Naprawdę? – kobieta spojrzała na córkę z nadzieją. – Oczywiście. Wszystko załatwimy, zrobimy remont i zabierzemy cię – Ludmiła ujęła matkę za rękę. Marię Andrzejewską nie miała wyjścia, więc dała wiarę córce i przepisała na nią mieszkanie. Gdy dokumenty były gotowe, Edek z uśmiechem na twarzy zatarł ręce: – Pakuj rzeczy babci! Zawozimy ją do domu opieki. – Już? – zdziwiła się Ludmiła, dręczona wyrzutami sumienia za swój czyn. – Na co czekać? choćby z emeryturą nie jest mi potrzebna. Z niej więcej kłopotu niż pożytku. Swoje już przeżyła, niech pozwoli nam żyć – stwierdził rzeczowo Edek. – Przecież jeszcze nie sprzedaliśmy mieszkania… – Rób, co mówię, albo zostaniesz sama – odpowiedział stanowczo mąż. Po dwóch dniach rzeczy Marii Andrzejewskiej razem z nią wsadzono do samochodu i zawieziono do domu opieki. W drodze kobieta ukradkiem ocierała łzy. Serce przeczuwało nieszczęście. Edek nie pojechał z nimi. Stwierdził, iż musi wywietrzyć mieszkanie z „obcego” zapachu. Marię Andrzejewską gwałtownie przyjęto w domu opieki, a Ludmiła, żegnając ją pośpiesznie, wstydliwie opuściła to miejsce. – Córeczko, naprawdę po mnie wrócisz? – zapytała kobieta z nadzieją na pożegnanie. – Oczywiście, mamo – Ludmiła odwróciła wzrok. Wiedziała, iż Edek za nic nie pozwoli znów przyjąć Marii Andrzejewskiej do nowego mieszkania. Po przejęciu majątku para gwałtownie sprzedała mieszkanie i kupiła nowe. Co ciekawe, Edek postanowił zapisać je na siebie, tłumacząc, iż Ludmiła jest zbyt łatwowierna. Po kilku miesiącach kobieta postanowiła porozmawiać z mężem o matce. Jednak ten bardzo agresywnie zareagował na jej słowa. – Spróbuj jeszcze raz o niej wspomnieć – wyrzucę cię! – zagroził Edward, którego rozmowy o Marii Andrzejewskiej irytowały. Ludmiła ugryzła się w język, wiedząc, iż mąż nie żartuje. Tematu matki już nie poruszała. Kilka razy kobieta chciała odwiedzić matkę w domu opieki, ale za każdym razem, wyobrażając sobie jej łzy, rezygnowała. Maria Andrzejewska przez pięć lat codziennie czekała na powrót córki. Nigdy się jednak nie doczekała. Nie wytrzymała rozłąki i odeszła na tamten świat. O wszystkim Ludmiła dowiedziała się dopiero po roku, gdy Edek wyrzucił ją z mieszkania i przypomniała sobie o matce. Wyrzuty sumienia ściskały jej serce tak mocno, iż postanowiła wstąpić do klasztoru, by odpokutować swoją winę.
Ojca do domu spokojnej starości – Co ty, Liza, znowu wymyśliłaś? Jaki dom starców?! O nie, ja nigdzie z mojego domu nie pojadę! – Ojciec Elżbiety rzucił w córkę kubkiem, celując prosto w głowę. Kobieta odruchowo uskoczyła. Tak dłużej być nie może. Prędzej czy później ojciec wymyśli coś, by jej zaszkodzić, a ona już nie będzie wiedziała, czego się spodziewać. Mimo to, załatwiając formalności związane z umieszczeniem ojca w domu spokojnej starości, Elżbieta czuła jedynie wyrzuty sumienia. Chociaż to, co dla niego robiła, i tak było więcej, niż należało się za dawne krzywdy. Wsiadając do samochodu, ojciec wrzeszczał, bił się i złorzeczył wszystkim, którzy brali udział w jego przeprowadzce. Liza stała przy oknie, patrząc na oddalający się samochód. W jej życiu był już taki moment — wtedy była jednak tylko dziewczynką i nie wiedziała, co ją czeka. Elżbieta była jedynaczką. Mama nie odważyła się na kolejne dziecko – ojciec był domowym tyranem, zmieniającym życie w piekło. Ojciec Lizy – Jan Dymitrowicz – miał już dobrze po czterdziestce, gdy urodziła się córka. Ożenił się wyłącznie z wyrachowania. Małżeństwo z miłości czy z chęci posiadania dzieci nie leżało w jego planach. Nikogo nigdy nie kochał bardziej niż siebie. Aby zrobić karierę, potrzebował stworzyć wizerunek wzorowego rodzinnego człowieka. gwałtownie znalazł kandydatkę – młodziutką studentkę technikum, Marysię, córkę zwykłych robotników z fabryki. Idealna żona urzędnika. Dla rodziny dziewczyny małżeństwo z takim „kimś” było prestiżem. O zdanie panny młodej nikt nie pytał. Wesele było huczne i piękne – rodzice Marysi jednak nie przyjechali, nie byli z tej „ligi”. Po ślubie młoda żona zamieszkała w domu męża. Aby Marysia szybciej przemieniła się w żonę z klasą, ojciec przypisał jej „opiekunkę”, która miała nauczyć ją etykiety, milczenia i nie dostrzegania niepożądanego, jeżeli nie pozwolono jej go widzieć. – I co, jak minął dzień? – pytał Jan, siadając w fotelu. – Wszystko dobrze. Opanowałam zasady przy stole i zaczęłam uczyć się angielskiego. – Marysia już się nauczyła, iż nie wolno dać mężowi powodu do niezadowolenia. – I? To wszystko? A domem to kto się zajął? – Ja. Z kucharką ustaliłyśmy menu na tydzień, sama kupiłam produkty i posprzątałam dom. – No dobrze. Na dziś wystarczy. Ale pamiętaj – ręce zawsze mają być czyste, a ty sama zadbana. Nie wyglądaj mi jak jakaś chłopka! Jak się będziesz dobrze zachowywać, to może zatrudnię ci kierowcę i pokojówkę. Ale nie teraz, jeszcze nie zasłużyłaś. Jednak takich spokojnych dni nie było wiele. Najczęściej mąż wracał późno, wściekły i zmęczony. Jedyne, na kim mógł się wyładować, to żona. Służba nie mogła odpowiedzieć, ale zawsze mogła odejść lub roznieść plotki o rodzinie. Marysia nie miała komu się poskarżyć ani dokąd uciec. Po raz pierwszy Jan podniósł na żonę rękę miesiąc po ślubie. Nie za przewinienie – po prostu dla zasady, by wiedziała, kto rządzi. By zrozumiała, co ją czeka za nieposłuszeństwo. Później bicie stało się regularne. Jan robił to umiejętnie, żeby nie robić siniaków w widocznych miejscach, by nie było śladu. Marysia kryła pod ubraniem ślady przemocy, do gości męża uśmiechała się promiennie. Minął pierwszy rok małżeństwa. Znajomi i współpracownicy zaczęli wypytywać, czemu w młodej rodzinie nie ma jeszcze dzieci. – Jan, ty taki zdrowy chłop, a twoja młoda żona – nie w ciąży? Może coś z nią nie tak? Powinieneś pokazać ją lekarzowi, po co czas marnować na pusty kwiat. – Nie planujemy jeszcze. Kończy technikum – odparł sucho Jan. – Kończy?! Kobiecie to niepotrzebne! Dzieci, dom, mąż – to jej życie. Powinna rzucić szkołę i iść do lekarza. Zresztą, dzieci muszą być w rodzinie. Po co się żenić inaczej? Przykład powinieneś dawać! Rozpoczął się dla Marysi okres ciągłych badań. Jan musiał choćby przestać ją bić, by nie było śladów. Minęło kilka miesięcy, wszyscy lekarze uznali – Marysia zdrowa jest, gotowa być matką choćby jutro. Problem musiał być w Janku. Delikatnie zasugerował to specjalista, każąc mu się przebadać. Po niezbędnych badaniach Jan otrzymał nieprzyjemny werdykt – jego szanse na ojcostwo są mizerne. Zostało tylko liczyć na cud. Od aluzji kolegów i widoku zdrowej żony Jan robił się wściekły. Na żonie nie miał co się już wyżywać, jej już nie ruszały ciosy. By ją zagłuszyć, znalazł sobie kochankę. Po dwóch i pół roku Marysia zaszła w ciążę. Urodziła się Liza – cała ojca. Jednak Jan nie miał dla dziecka żadnych ciepłych uczuć. Wychowaniem córki zajmowała się matka i niania. Ojcic mógł tygodniami nie widzieć córki. Im starsza była Liza, tym bardziej denerwowała ojca. Pierwszy raz uderzył ją, gdy miała pięć lat. Kaprysiła, a on wrócił wściekły z pracy – wtedy rzucił ją przez pół pokoju na ścianę. Dziewczynka nie zapłakała ze strachu. Ojciec włączył telewizor. Liza zapamiętała lekcję – nie drażnić ojca. Ale Jan już się nie powstrzymywał. Obelgi, policzki, poniżanie – choćby przy gościach. Był wtedy ważny, nie musiał grać wzorowego ojca. Wyśmiewał córkę publicznie, czerpiąc z tego satysfakcję. – Panie Janie, słyszałam, iż pańska Liza pięknie gra na skrzypcach! Może zagra gościom? – Skrzypaczka? Ta niezdara ledwo wie, jak trzymać instrument! Chcecie, to poproście ją, ale ja bym się oszczędził! Lizka! Słyszysz? Przynieś swoją „bałałajkę” i zagraj! Liza, czerwona ze wstydu, szła grać. Bała się grać przy gościach, ale bardziej bała się zezłościć ojca. Strach przed grą publiczną pozostał z nią na zawsze. Mimo wielkich umiejętności nigdy nie zrobiła kariery, nie wzięła już skrzypiec do ręki po szkole muzycznej. Wiedziała tylko, iż w jej rodzinie tak jest, nie rozumiała – czy tak wygląda każda rodzina? W książkach widziała szczęśliwe obrazki, ale jej przypadło dorastać przy człowieku, który nienawidził wszystkich wokół. Mama też nie była wzorem szczęścia. Nie potrafiła pokochać dziecka znienawidzonego męża. Gdy Liza miała trzynaście lat, matka zginęła w wypadku samochodowym. Oficjalnie – wypadek. Liza do końca nie wiedziała, co naprawdę się stało. Zamknęła się w sobie jeszcze bardziej. Po maturze Liza poszła na studia wybrane przez ojca – ostatnią decyzję, jaką za nią podjął. W pracy Jan ugrzązł w kłopotach, przestał zajmować się córką. Gdy Liza skończyła studia, ojciec utracił wpływy i majątek. Większość oszczędności przepuścił, by nie trafić do więzienia za nadużycia na wysokim stanowisku. Udało się wyciszyć aferę i spokojnie odejść na emeryturę do domku na działce. Liza nie odwiedzała ojca – nie miała o czym z nim rozmawiać, nie zamierzała słuchać wyzwisk. Samotny, Jan nie miał na kim wyładować swojej agresji, co wpłynęło na jego psychikę. Sąsiedzi coraz częściej dzwonili do Lizy, informując, iż ojciec dziwnie się zachowuje. Musiała się zebrać na odwagę i zabrać ojca do siebie. Mogąc znów pastwić się nad córką, Jan poczuł się lepiej. Codzienne awantury, krzyki, obelgi, potrafił zdemolować mieszkanie. W końcu Liza zdecydowała się zamknąć go w pokoju z zamkiem. Gdy i to nie pomogło, a objawy demencji się nasiliły, Liza musiała podjąć jeszcze trudniejszą decyzję – oddać ojca do prywatnego domu spokojnej starości. Nie miała nigdy własnej rodziny. Z ranami duszy, niepewna siebie, bała się ludzi. W pracy nie zawiązała bliższych znajomości. Jednak gdy decydowała o oddaniu ojca, przepełniała ją wstyd i poczucie winy. Trzymanie ojca w domu było zagrożeniem dla jej życia – badania wykazały początki demencji, Jan nie panował nad sobą. Ale złość i nienawiść do córki pozostały choćby wtedy, gdy przestał ją rozpoznawać. Liza odwiedzając domy opieki, wybrała najlepszy, choć był bardzo drogi. Połowę pensji oddawała na opłaty, musiała dorabiać. Po wyjeździe ojca przez kilka dni była w szoku. Przypominała sobie, jak kiedyś z mamą też próbowały uciec. Wtedy Jan je odzyskał, a niedługo potem matka zginęła. Mimo wszystkiego, za każdym razem odwiedzając ojca Liza płakała – z żalu i poczucia winy. Jakby takich tylko uczuć nauczyli ją rodzice. Oprócz gryzących wyrzutów sumienia, Liza zaczęła odczuwać poważne problemy zdrowotne.
Po siedemdziesiątce została zapomniana przez wszystkich – choćby własny syn i córka nie złożyli jej życzeń urodzinowych. Samotna Lidia płacze na ławce w szpitalnym parku, podczas gdy jej dzieci zagarnęły mieszkanie i zostawiły ją samą. Jednak niespodziewane spotkanie z córką odmienia jej los, dając nadzieję, iż jeszcze może poczuć się kochana.
Rodzice męża postanowili wprowadzić się do nas na stare lata, nie pytając mnie o zdanie