Jesień życia

XI Europejski Kongres Samorządów w Mikołajkach 2026
Z życia wzięte. "Dzieci oddały mnie do domu opieki": Powiedziałam, iż tak będzie lepiej, by nie widziały moich łez
Walentynki w Nowej Hucie – Jeszcze Raz o Miłości
– Ja nie zamierzam dożywać z zrzędzącą staruszką! – wrzasnął mąż, pakując plecak po 32 latach wspólnego życia. Igora dusiła domowa atmosfera „szpitala”: chore stawy, leki, teściowa po udarze. Chciał żyć – kupił rower, farbował siwiznę, godzinami przesiadywał w garażu, a potem wprowadził się do młodszej sąsiadki, trzydziestopięcioletniej rozwódki z piątego piętra. Walentyna została z mamą, w pustym mieszkaniu i pytaniem: czy to już starość? Porady mamy, spacer do zrekonstruowanego parku, literacki klub, nowe znajomości pokazują, iż życie po rozstaniu dopiero się zaczyna. A Igor… Choć próbuje wrócić, odkrywa, iż dawnej Walentyny już nie ma. Teraz ona wybiera młodość – odwagę żyć dla siebie, niezależnie od wieku.
Z życia wzięte. "Zostawił mnie z dziećmi 20 lat temu": Teraz wrócił schorowany i żąda opieki, bo jest mężem
Bardzo chcę wrócić do domu, synku Pan Pietrowicz wyszedł na balkon, zapalił papierosa i usiadł na niskim stołku. W gardle czuł gorycz, starał się wziąć się w garść, ale ręce drżały mu coraz mocniej. Czy kiedykolwiek pomyślałby, iż nadejdzie taki moment, gdy zabraknie mu miejsca we własnym mieszkaniu… — Tato! Proszę, nie gniewaj się tak i nie denerwuj! — na balkon wybiegła Larysa, starsza córka pana Pietrowicza. — Przecież nie proszę o wiele… Oddaj nam tylko swój pokój i wszystko! jeżeli mnie nie żałujesz, pomyśl chociaż o swoich wnukach. Chłopcy już niedługo pójdą do szkoły, a muszą spać z nami w jednym pokoju… — Larysiu, nie pójdę do domu opieki — spokojnie powiedział staruszek. — jeżeli wam z dziećmi ciasno w moim mieszkaniu, wyprowadźcie się do mamy Michała. Mieszka sama w trzypokojowym. Pokój będzie i dla was, i dla chłopców. — Przecież wiesz, iż nigdy się z nią nie dogadam! — zawołała córka, po czym zatrzasnęła drzwi balkonowe. Pietrowicz pogłaskał starego psa, który od lat służył mu i jego zmarłej żonie, i wspominając Nadzieję, rozpłakał się. Zawsze łzy napływały mu do oczu, gdy o niej myślał. Odeszła pięć lat temu, zostawiając go samego. Od tamtej pory poczuł się jak sierota. Przez całe życie szli razem, jakże miał przewidzieć, iż w otoczeniu córki i wnuków spotka go samotna starość. Larysę wychowywali z miłością i dobrocią, starali się zaszczepić jak najlepsze wartości. Ale chyba coś z tego umknęło… Ich córka wyrosła na osobę bezwzględną, zapatrzoną w siebie. Bartek, pies, cicho zapiszczał i położył się u nóg pana. Pies wyczuwał jego stan duszy i cierpiał razem z nim. — Dziadku! Nie kochasz nas wcale? — do pokoju wszedł ośmioletni wnuk. — Co ty! Kto ci naopowiadał takich głupot? — zdziwił się staruszek. — Dlaczego nie chcesz od nas wyjechać? Szkoda ci oddać mi i Kostkiem pokój? Dlaczego jesteś taki skąpy? — spoglądał na dziadka z niechęcią i złością. Pietrowicz chciał to jakoś wyjaśnić, ale czuł, iż wnuk mówi słowami córki. Larysa już go nastawiła. — Dobrze. Wyjadę — powiedział bez życia. — Oddam wam pokój. Nie mógł już wytrzymać tej atmosfery. Rozumiał, iż w tym domu nikt go nie kocha — od zięcia, który dawno przestał się odzywać, po wnuka, którego przekonano, iż dziadek „zabrał mu” pokój. — Tatusiu! Naprawdę się zgadzasz? — wbiegła szczęśliwa Larysa. — Naprawdę — cicho odpowiedział. — Obiecaj, iż nie skrzywdzisz Bartka. Czuję się jak zdrajca… — Przestań! Zaopiekujemy się nim, będziemy wychodzić z psem na spacer kilka razy dziennie. A w weekendy będziemy cię odwiedzać razem z Bartkiem, — zapewniła córka. — Wybrałam dla ciebie najlepszy dom opieki, zobaczysz, spodoba ci się tam. Po dwóch dniach Pietrowicz został odwieziony do domu spokojnej starości. Okazało się, iż córka dawno już wszystko załatwiła i tylko czekała, aż ojciec się podda. Gdy wszedł do dusznego pokoju, przesiąkniętego wilgocią i insektami, gorzko żałował swojej decyzji. Larysa go okłamała, mówiąc o wygodzie. Trafił nie do eleganckiego pensjonatu, ale do zwykłego domu opieki, pełnego nieszczęśliwych, odtrąconych ludzi. Rozpakował rzeczy, zszedł na dół, usiadł na ławce, z trudem powstrzymywał łzy. Widząc bezradnych staruszków, wyobrażał sobie, jak nędzne życie go jeszcze czeka. — Nowy jesteś? — zagadnęła sympatyczna starsza pani, siadając obok. — Tak… — westchnął ciężko. — Nie martw się tak… Ja też płakałam, cierpiałam, ale potem się przyzwyczaiłam. Jestem Walentyna. — Wiktor — przedstawił się. — Pani też dzieci tu „umieściły”? — Nie, siostrzeniec. Gdy nie mogłam mieć dzieci, postanowiłam, iż mieszkanie dostanie siostrzeniec. Chyba się pospieszyłam… Przejął mieszkanie, a mnie wysłał tu. Dobrze, iż chociaż nie na ulicę… Rozmawiali aż do wieczora, wspominali młodość, ukochanych. Następnego dnia znów razem poszli na spacer. Ta kobieta wniosła odrobinę euforii w życie Pietrowicza. Nie mógł siedzieć w środku, spędzał czas na dworze. Jedzenie w stołówce było paskudne — jadł niewiele, tylko byle przeżyć. Z utęsknieniem czekał córki, miał nadzieję, iż Larysa się w końcu rozmyśli, zatęskni za nim i zabierze go do siebie. ale czas mijał, a ona nie przyjeżdżała. Postanowił w końcu zadzwonić do domu, zapytać jak Bartek, ale nikt nie odbierał. Pewnego razu pod wejściem Pietrowicz zobaczył sąsiada, Stefana Ilskiego. Stefan też go zauważył — wyraźnie był zaskoczony, pospieszył w jego stronę. — Więc tu pan jest! — zdziwił się — A przecież pani Larysa mówiła, iż wyjechał pan na wieś. Od razu wiedziałem, iż coś tu nie gra. Wiedziałem, iż nie zostawiłby pan Bartka na ulicy. — O co chodzi? — nie rozumiał Wiktor Pietrowicz. — Co z moim psem? — Niech się pan nie martwi, trafił do schroniska. Nie wiem, co się stało. Widziałem, iż Bartek całymi dniami siedzi pod klatką, a pana nie widać. Zapytuję Larysę, czy coś się panu nie stało. Powiedziała, iż postanowił pan zamieszkać na wsi, a ona sprzedaje mieszkanie i przeprowadza się do męża. Co do psa, mówiła, iż jest stary i nie chce się nim zajmować. Panie Wiktorze, co tu się dzieje? — zapytał Stefan, widząc jak blady staje staruszek. Pietrowicz opowiedział mu wszystko. Wyjawił, iż oddałby wszystko, by móc cofnąć czas i nie popełnić tego błędu. Córka nie dość, iż odebrała mu normalne życie, to jeszcze wyrzuciła Bartka na ulicę. — Bardzo chcę wrócić do domu, synku… — wyszeptał. — Przyszedłem właśnie z takiej sprawy. Jestem prawnikiem, więc często bronię starszych osób. Teraz prowadzę sprawę staruszka, któremu sąsiedzi zabrali dom. Proszę się nie martwić. Rozumiem, iż nie wymeldował się pan jeszcze? — zapytał Stefan. — Nie, chyba tylko jeżeli Larysa sama mnie wymeldowała. Nie wiem już, czego mogę się po niej spodziewać… — Pakuj się, czekam na pana w samochodzie — powiedział Stefan. — Nie można tak tego zostawić! To niegodne córki… Pietrowicz gwałtownie wrócił do pokoju, spakował się i zszedł na dół. Pod wejściem spotkał Walentynę. — Walentynko, wyjeżdżam. Sąsiad mi mówi, iż córka wyrzuciła mojego psa, a mieszkanie wynajmuje. Takie sprawy… — powiedział. — Jak to? — zmartwiła się kobieta. — A co ze mną? — Nie martw się. Gdy wszystko załatwię, wrócę po ciebie — obiecał Pietrowicz. — Ty to mówisz… Komu ja będę potrzebna… — powiedziała smutno. — Przepraszam. Czekają na mnie. Nie przejmuj się, dotrzymam słowa. Wiktor nie mógł już wrócić do domu — mieszkanie było zamknięte, a kluczy nie miał. Stefan zabrał go do siebie. Niedługo dowiedział się, iż Larysa już nie mieszka w mieszkaniu: wyprowadziła się do teściowej, a mieszkanie wynajęła obcym. Dzięki Stefanowi udało się staruszkowi odzyskać prawa do mieszkania. — Dziękuję ci — podziękował sąsiadowi. — Ale nie wiem, jak dalej żyć. Przecież ona nie spocznie, dopóki mnie całkiem nie wymaże… — Jest tylko jedno wyjście — powiedział Stefan — Możemy sprzedać mieszkanie, oddać Larysie jej część, a za resztę kupimy panu dom. Pewnie uda się zdobyć mały domek na wsi. — Świetnie! — ucieszył się Pietrowicz. — To idealne rozwiązanie. Po trzech miesiącach Wiktor Pietrowicz przeprowadził się do nowego domu. Stefan pomógł we wszystkim, teraz zaproponował, iż zawiezie go razem z Bartkiem. — Tylko wstąpmy jeszcze w jedno miejsce — poprosił Pietrowicz. Z daleka dostrzegł Walentynę. Siedziała na ich ławce i z tęsknotą patrzyła w dal. — Walentynko! — zawołał — Jedziemy po ciebie z Bartkiem. Teraz mamy domek na wsi. Świeże powietrze, ryby, jagody, grzyby — wszystko blisko. Pójdziesz z nami? — uśmiechnął się. — Ale jak mam tam pojechać? — zawahała się. — Po prostu wstań z ławki i chodź z nami! — zaśmiał się — Zdecyduj się! Tu nie ma dla nas przyszłości. — Dobrze! Poczekaj dziesięć minut? — uśmiechała się przez łzy. — Oczywiście! — odpowiedział z pogodą. Mimo podłości ludzi, ci dwoje odzyskali szansę na szczęście. Oboje zrozumieli, iż świat nie jest pozbawiony dobrych ludzi. Jakby nie było, dobrych jest więcej niż złych. Wiktor i Walentyna przekonali się o tym na własnej skórze. Zdołali powalczyć o siebie i wreszcie odnaleźli spokój oraz szczęście w życiu…
„Nie zamierzam dożywać przy starej ruinie! – krzyknął mąż, pakując do plecaka nasze trzydzieści dwa lata życia. A ja, mając zaledwie pięćdziesiąt trzy lata, zostałam z mamą po udarze i myślą: czy to już naprawdę starość? Ale wtedy mama przypomniała mi, iż młodość kryje się w sercu, a los może podarować nam nowy początek – choćby w literackim klubie i z nową pasją do życia.”
Bardzo chcę wrócić do domu, synku Pan Wiktor Petrowicz wyszedł na balkon, zapalił papierosa i usiadł na niskim stołeczku. W gardle ścisnął go gorzki żal, próbował się opanować, ale ręce zdradziecko zaczęły drżeć. Nigdy nie pomyślałby, iż nadejdzie taki czas, kiedy zabraknie mu miejsca we własnym mieszkaniu… — Tata! Nie obrażaj się i nie denerwuj! — wpadła na balkon Larysa, najstarsza córka Wiktora Petrowicza. — Nie proszę o wiele… Oddaj nam swój pokój i wszystko będzie dobrze! jeżeli mnie nie żałujesz, pomyśl choć o swoich wnukach. Chłopaki zaraz pójdą do szkoły, a musimy spać wszyscy razem w jednym pokoju… — Larysa, nie pójdę mieszkać do domu opieki, — spokojnie powiedział staruszek. — jeżeli Wam z dziećmi ciasno w moim mieszkaniu, to przeprowadźcie się do mamy Michała. Ona mieszka sama w trzypokojowym. Będzie osobny pokój i dla Was i dla dzieciaków. — Przecież wiesz, iż nigdy się z nią nie dogadam! — krzyknęła córka, trzaskając balkonowymi drzwiami. Wiktor pogłaskał starą suczkę, która przez lata była wierną towarzyszką jego i żony, wspomniał swoją Nadzieję — i rozpłakał się. Łzy zawsze cisnęły mu się do oczu, gdy o niej myślał. Odeszła pięć lat temu, pozostawiając go samego. Poczuł się sierotą, choć miał córkę i wnuki. Przez całe życie szli ramię w ramię — jak mógłby wtedy przypuszczać, iż na starość, przy rodzinie, czeka go samotność? Larysę wychowywali z miłością i dobrocią, starali się przekazać jej wszystko, co najlepsze. Widocznie coś przegapili… Ich córka wyrosła na egoistyczną i zimną osobę. Sara cicho zaskomlała i położyła się przy jego nogach — pies wyczuwał smutek pana i cierpiał razem z nim. — Dziadku, Ty nas nie kochasz? — do pokoju wszedł ośmioletni wnuk. — Co Ty, skąd taki pomysł? — zdziwił się staruszek. — Czemu nie chcesz się od nas wyprowadzić? Nie chcesz mi oddać pokoju z Kostkiem? Dlaczego jesteś taki skąpy? — chłopiec patrzył z pogardą i złością. Wiktor chciał wytłumaczyć, ale zrozumiał, iż to nie jego słowa — dziecko powtarzało to, czego nauczyła je Larysa. — Dobrze, wyprowadzę się, — powiedział niewyraźnym głosem. — Oddam Wam pokój. Nie mógł już wytrzymać tej atmosfery. Wiedział, iż nikt go tu nie chce — zaczynając od zięcia, który od dawna go ignorował, a kończąc na wnuku, któremu wmówiono, iż dziadek zabrał mu pokój. — Tato, naprawdę się zgodzisz? — wpadła zadowolona Larysa. — Naprawdę, — odparł cicho. — Obiecaj tylko, iż nie skrzywdzisz Sary. Czuję się jak zdrajca… — Przestań, będziemy o nią dbać, wychodzić z nią na spacery, a w weekendy będziemy Was odwiedzać, razem z Sarą — obiecywała córka. — Znalazłam świetny pensjonat dla seniorów, zobaczysz, spodoba Ci się tam. Dwa dni później Wiktor trafił do domu opieki. Okazało się, iż córka wszystko załatwiła wcześniej, czekała tylko, aż ojciec się podda. Gdy wszedł do dusznego pokoju, przesiąkniętego wilgocią i pluskwami, pożałował decyzji. Larysa okłamała go, zachwalając warunki. Trafił do zwykłego domu opieki, w którym mieszkali nieszczęśni, opuszczeni ludzie. Rozpakował rzeczy i zszedł na dół. Usiadł na ławce i prawie się rozpłakał. Patrząc na bezradnych staruszków, wyobrażał sobie, jak marnie będzie tu żył przez kolejne lata. — Nowy? — zagadnęła sympatyczna starsza kobieta, siadając obok. — Tak…, — westchnął ciężko. — Nie przejmuj się… Ja też na początku płakałam, ale potem się przyzwyczaiłam. Jestem Walentyna. — Wiktor — przedstawił się. — Też dzieci oddały Panią tutaj? — Nie, siostrzeniec. Nie mam dzieci, zostawiłam mu mieszkanie, ale chyba za szybko… Przejął je, a mnie oddał tutaj. Dobrze, iż chociaż nie wyrzucił na ulicę… Rozmawiali aż do wieczora, wspominając młode lata i swoje drugie połowy. Następnego dnia poszli razem na spacer. Ta kobieta wnosiła choć odrobinę euforii w życie pana Wiktora. Nie umiał wytrzymać w tym pomieszczeniu i całe dnie spędzał na dworze. Jedzenie w stołówce było okropne, jadł tylko tyle, by nie opaść z sił. Wiktor czekał na córkę. Miał nadzieję, iż Larysa zatęskni za nim i zabierze go do domu. Ale czas mijał, a ona nie przyjeżdżała. Postanowił kiedyś zadzwonić i zapytać o Sarę — nikt jednak nie odebrał. Pewnego dnia u wejścia zobaczył sąsiada, pana Stefana Ilinę. Stefan rozpoznał go, zdziwił się i podbiegł: — To tu Pan jest? A Pani córka mówi, iż wyjechał Pan na wieś! Od razu wiedziałem, iż coś się nie zgadza. Przecież nie zostawiłby Pan Sary na ulicy. — O czym Pan mówi? — nie rozumiał Wiktor. — Gdzie jest moja suka? — Niech się Pan nie martwi, oddaliśmy ją do schroniska. Sam nie wiem, co się u Was wydarzyło. Patrzę, Sara codziennie siedzi pod klatką, a Pana nie widu. Spotkałem Larysę, zapytałem o Pana. Powiedziała, iż wyjechał Pan na wieś, a ona sprzedaje mieszkanie i przeprowadzi się do męża. O psie powiedziała, iż staruszek już się nim nie zajmie. Panie Wiktorze, co się dzieje? — dopytywał Stefan, widząc jak staruszek pobladł. Wiktor wszystko mu opowiedział. Powiedział, iż oddałby wszystko, by cofnąć czas i nie popełnić tego błędu. Najpierw córka odebrała mu normalne życie, potem jeszcze wyrzuciła Sarę na ulicę. — Bardzo chcę wrócić do domu, synku — wyszeptał staruszek. — Właśnie w podobnej sprawie tu jestem. Jestem prawnikiem, często pomagam starszym. Teraz prowadzę sprawę pewnego pana, którego sąsiedzi pozbawili domu. Proszę się nie martwić. Nie wymeldował się Pan z mieszkania? — Nie, chyba iż ona zrobiła to za mnie… Już nie wiem, czego jeszcze się po niej spodziewać… — Proszę się gwałtownie pakować, czekam w samochodzie. Na to nie można pozwalać! Po czym ona córka?… Wiktor błyskawicznie zabrał rzeczy i spakował je do torby, schodząc na dół. Spotkał Walentynę. — Walentynko, wyjeżdżam. Spotkałem sąsiada, mówi, iż córka wyrzuciła moją suczkę i sprzedaje mieszkanie. Takie niestety mamy czasy — powiedział. — Jak to? — zmartwiła się kobieta. — A ja? — Nie martw się, jak załatwię wszystko, wrócę po Ciebie — obiecał. — Ładne rzeczy… Kto mnie tutaj zechce? — powiedziała ze smutkiem. — Przepraszam. Muszę już iść. Nie smuć się, dotrzymam słowa. Wiktor nie mógł wrócić do domu — mieszkanie było zamknięte, a kluczy nie miał. Stefan zabrał go do siebie. Okazało się, iż Larysa już nie mieszka w mieszkaniu, kilka dni wcześniej przeprowadziła się do teściowej, a mieszkanie wynajęła. Dzięki Stefanowi staruszek wywalczył prawo do swojego lokalu. — Dziękuję Ci — podziękował sąsiadowi. — Ale nie wiem, jak mam dalej żyć. Ona przecież nie odpuści, póki mnie nie wykończy… — Jest jedno wyjście — powiedział Stefan. — Możemy sprzedać mieszkanie, oddać Larysie jej część, a za resztę kupić Panu dom. Może choćby w jakiejś wsi. — Genialnie! — ucieszył się staruszek. — To idealne rozwiązanie. Po trzech miesiącach Wiktor przeprowadził się do nowego domu. Stefan pomagał mu we wszystkim, a teraz zaproponował też przewóz Sary. — Tylko wstąpimy po drodze w jedno miejsce — poprosił Wiktor. Z daleka zobaczył Walentynę, siedziała samotnie na ich ławce i patrzyła w dal. — Walentynko! — zawołał. — Jedziemy po Ciebie z Sarą. Mamy już dom na wsi. Świeże powietrze, ryby, owoce, grzyby — wszystko tuż obok. Pojedziesz? — uśmiechnął się. — A jak ja pojadę? — speszyła się kobieta. — Po prostu wstań z ławki i chodź z nami — zaśmiał się staruszek. — Decyduj! Tu naprawdę nie warto już siedzieć. — Dobrze! Tylko daj mi dziesięć minut? — uśmiechała się ze łzami w oczach. — Oczywiście poczekam! — uśmiechnął się Wiktor. Na przekór ludzkiej głupocie, ta dwójka wywalczyła swoją szansę na szczęście. Zrozumieli, iż świat nie jest całkiem zły, a dobrych ludzi jest więcej niż złych. Wiktor i Walentyna przekonali się o tym sami. Seniorzy potrafili zawalczyć o siebie i odnaleźli spokój i szczęście w jesieni życia…
Wielkanocny Żurek dla Samotnych w Krakowie
– Nie zamierzam dociągać do starości wśród starych ruin! – warknął mąż, pakując swój plecak. Po 32 latach wspólnego życia Irena musiała wybierać: opieka nad schorowaną mamą czy marzenie męża o młodości u boku sąsiadki ze schodów. Gdy on odszedł do „wolnej” i młodszej, Irena została z mamą w pustym mieszkaniu, przekonana, iż jej czas przeminął – aż spotkanie w parku, wieczór poetycki i inspirujący nowy znajomy odkryli przed nią życie na nowo. Bo młodość zaczyna się tam, gdzie kończy się strach przed zmianą – w każdym wieku.
Mój brat nie chce oddać mamy do domu spokojnej starości, nie zabiera jej też do siebie – twierdząc, iż w mieszkaniu żony nie ma miejsca!
Odbudowa zaufania po terapii – proces, który wymaga czasu i pracy obu stron
Suplementy diety: Jak nie dać się nabrać i wybierać produkty, które naprawdę działają?
Rekonwalescencja po operacji ginekomastii – jak wygląda?
Tak bardzo chcę wrócić do domu, synku Pietrzak wyszedł na balkon, zapalił papierosa i przysiadł na niskim taborecie. W gardle ścisnął go gorzki żal, próbował się opanować, ale dłonie zaczęły drżeć. Nigdy by nie pomyślał, iż nadejdzie dzień, gdy zabraknie mu miejsca we własnym mieszkaniu… — Tato! Nie obrażaj się i nie denerwuj! — na balkon wbiegła Larysa, najstarsza córka pana Pietrzaka. — Przecież kilka proszę… Oddaj nam swój pokój i tyle! jeżeli mnie ci nie żal, to pomyśl przynajmniej o wnukach. Niedługo pójdą do szkoły, a muszą mieszkać z nami w jednym pokoju… — Lora, nie pójdę do domu spokojnej starości — odpowiedział spokojnie starzec. — jeżeli wam z dziećmi jest ciasno w moim mieszkaniu, to wynieście się do babci Michała. Ona ma trzy pokoje, każdy będzie miał własny kąt. — Wiesz przecież, iż nie wytrzymam z nią w jednym mieszkaniu! — krzyknęła córka i zatrzasnęła balkonowe drzwi. Pietrzak pogłaskał starą suczkę, która wiernie służyła mu i jego żonie przez lata, i wspominając Nadzieję, zaczął płakać. Łzy zawsze napływały mu do oczu, gdy o niej myślał. Odeszła pięć lat temu, zostawiając go samego. Poczuł się jak sierota. Całe życie szli razem przez życie, a teraz miał czekać go samotna starość, choć ma córkę i wnuki. Larysę wychowywali z miłością i dobrocią, starali się zaszczepić jej najlepsze cechy. Widocznie coś jednak przeoczyli… Córka wyrosła na osobę surową i zapatrzoną w siebie. Burek cicho zapiszczał i ułożył się u stóp pana. Pies wyczuwał jego smutek i cierpiał razem z nim. — Dziadku! Nie kochasz nas? — wszedł ośmioletni wnuk. — Co ty… Skąd takie głupoty? — zdziwił się starzec. — Czemu nie chcesz wyjść od nas? Szkoda ci oddać mi i Kostkowi pokój? Dlaczego jesteś taki skąpy? — chłopiec patrzył na dziadka z pogardą. Pan Pietrzak chciał mu coś tłumaczyć, ale zrozumiał, iż powtarza słowa matki. Larysa już podjudziła syna. — Dobrze. Wyjadę — powiedział bez życia. — Oddam wam pokój. Nie mógł już dłużej być w takim domu. Czuł, iż wszyscy go nienawidzą, począwszy od zięcia, który od miesięcy z nim nie rozmawiał, a kończąc na wnuku — przekonanym, iż dziadek odebrał mu pokój. — Tatusiu! Naprawdę się zgadzasz? — wbiegła zadowolona Larysa. — Naprawdę — odparł cicho. — Obiecaj, iż nie skrzywdzisz Burka. Czuję się jak zdrajca… — Przestań! Będziemy się nim opiekować i wyprowadzać kilka razy dziennie. W weekendy odwiedzimy cię razem — obiecała córka. — Znalazłam ci najlepszy dom spokojnej starości, spodoba ci się tam, zobaczysz. Dwa dni później Pietrzak został oddany do domu pomocy. Okazało się, iż córka wszystko zaplanowała i tylko czekała, aż ojciec ulegnie. W dusznym pokoju, śmierdzącym wilgocią i pluskwami, pożałował swojej decyzji. Larysa oszukała go — wysłała do zwykłego domu pomocy, gdzie mieszkali samotni, schorowani ludzie. Rozpakował rzeczy i zszedł na dół. Siedząc na ławce, omal się nie rozpłakał. Patrząc na bezradnych staruszków, zdał sobie sprawę, jakie życie go tu czeka. — Nowy? — zapytała sympatyczna starsza pani. — Tak… — westchnął starzec. — Niech się pan nie martwi. Ja też płakałam na początku, ale jakoś się przyzwyczaiłam. Mam na imię Walentyna. — Ja jestem Wiktor — przedstawił się pan. — Pani też tu dzieci umieściły? — Nie. Siostrzeniec. Nigdy nie miałam dzieci, zostawiłam mieszkanie siostrzeńcowi, ale chyba się pospieszyłam… Przejął je i umieścił mnie tutaj. Dobrze, iż nie na ulicy… Rozmawiali do wieczora, wspominali najlepsze lata, swoich bliskich. Następnego dnia znów poszli razem na spacer. Ta kobieta wnosiła do życia Pietrzaka trochę euforii i odmiany. Nie mógł siedzieć w pokoju, czas spędzał głównie na zewnątrz. Jedzenie w stołówce też było okropne. Jadał tylko tyle, by przeżyć. Pietrzak czekał na córkę. Miał nadzieję, iż Larysa zatęskni za nim i zabierze do domu. Ale czas mijał, a ona nie przyjeżdżała. Pewnego dnia postanowił zadzwonić do domu, dowiedzieć się, jak Burek, ale nikt nie odbierał. Kiedyś przed wejściem Pietrzak zobaczył swojego sąsiada, Stefana Ilinę. Stefan też go dostrzegł i gwałtownie podszedł. — A tu pan jest! — zdziwił się. — Co się dzieje? Córka mówiła, iż wyjechał pan na wieś. Od razu coś mi nie grało. Wiedziałem, iż nie zostawiłby pan tak po prostu Burka na ulicy. — O co chodzi? — nie rozumiał Wiktor Pietrzak. — Co z moim psem? — Proszę się nie martwić, daliśmy go do schroniska. Nie wiem, co u was zaszło. Widzę, iż Burek siedzi godzinami pod klatką, a pana nie ma. Zapytałem Larysę, czy coś się stało. Odpowiedziała, iż wyjechał pan na wieś, a ona sprzedaje mieszkanie i przenosi się do męża. O psie powiedziała, iż już stary i nie chce się nim pan zajmować. — Co tu się dzieje? — zapytał Stefan, widząc jak blady stał się starzec. Pietrzak opowiedział mu wszystko. Powiedział, iż oddałby wszystko, byle cofnąć czas i nie popełnić tego błędu. Nie dość, iż córka pozbawiła go normalnego życia, to jeszcze wygnała Burka. — Tak bardzo chcę wrócić do domu, synku — wyszeptał starzec. — Przyszedłem właśnie w takiej sprawie. Jestem prawnikiem, często bronię praw seniorów. Prowadzę teraz sprawę innego staruszka, któremu sąsiedzi zabrali dom. Proszę się nie martwić. Rozumiem, iż nie zdążył się pan wymeldować? — Nie. Chyba iż ona sama mnie wymeldowała. Już nie wiem, czego spodziewać się po własnej córce… — Proszę się pakować, czekam w samochodzie — powiedział Stefan. — Tego nie wolno tolerować! Co z niej za córka… Pietrzak czym prędzej spakował rzeczy i zszedł na dół. Przed wyjściem spotkał Walentynę. — Walusia, wyjeżdżam. Spotkałem sąsiada, mówi, iż córka wyrzuciła mojego psa i sprzedaje mieszkanie. Takie sprawy — powiedział. — Jak to? — zdziwiła się kobieta. — A co ze mną? — Nie martw się, jak wszystko załatwię, przyjadę po ciebie — obiecał Pietrzak. — Powiesz tak… Kto mnie potrzebuje? — smutno powiedziała Walentyna. — Przepraszam. Muszę iść. Nie smuć się, dotrzymam słowa. Pan Pietrzak nie mógł wejść do mieszkania. Było zamknięte, nie miał klucza. Stefan zabrał go do siebie. niedługo dowiedzieli się, iż Larysa już tu nie mieszka, przeniosła się do teściowej, a mieszkanie wynajęła lokatorom. Dzięki Stefanowi, starzec odzyskał prawo do swego mieszkania. — Dziękuję ci, — podziękował sąsiadowi Pietrzak. — Ale nie wiem, jak dalej żyć. Przecież ona nie odpuści, póki mnie nie wykurzy… — Jest jedno wyjście — odparł Stefan. — Możemy sprzedać mieszkanie, oddać Larysie jej część, a za resztę kupić panu dom. Może choćby znajdziemy nieduży domek na wsi. — Super! — ucieszył się pan. — To idealne rozwiązanie. Po trzech miesiącach Pietrzak przeprowadzał się do nowego domu. Stefan pomagał mu we wszystkim, także teraz zaoferował, iż przewiezie go razem z Burkiem. — Ale musimy zajrzeć w jedno miejsce — poprosił Pietrzak. Starzec z daleka zobaczył Walentynę. Siedziała na ich ławce i z tęsknotą patrzyła w dal. — Walusia! — zawołał. — Przyszedłem z Burkiem po ciebie. Teraz mamy własny domek na wsi. Świeże powietrze, ryby, jagody, grzyby, wszystko pod ręką. Jedziesz z nami? — uśmiechnął się. — Ale jak ja pojadę? — niepewnie spytała kobieta. — Po prostu wstań z ławki i chodź z nami — roześmiał się pan. — Nie ma tu już dla nas miejsca. — Dobrze! Poczekasz dziesięć minut? — uśmiechała się Walentyna, ocierając łzy. — Oczywiście, poczekam! — odpowiedział z uśmiechem. Wbrew podłości niektórych ludzi, ta dwójka obroniła swoje prawo do szczęścia. Oboje przekonali się, iż świat nie jest pozbawiony dobrych osób. Cokolwiek się zdarzy, dobrych ludzi jest więcej niż złych. Wiktor i Walentyna dowiedzieli się tego na własnej skórze. Starsi ludzie zdołali zawalczyć o siebie i wreszcie odnaleźli spokój i szczęście w życiu…
Oddaliśmy babcię do domu opieki – choćby mi tego nie mów, Aliska, nie waż się choćby zaczynać! – Klaudia Stefanowna z siłą odepchnęła od siebie talerz z owsianką. – Chcesz mnie oddać do przytułku? Żeby mnie szprycowali czym popadnie i poduszką przyduszali, żebym nie krzyczała? Nie doczekasz się! Ala wzięła głęboki oddech, starając się nie patrzeć na drżące ręce babci. – Babciu, jaki przytułek? To prywatny dom opieki. Las obok, pielęgniarki na miejscu przez całą dobę. Będziesz miała towarzystwo, wielki telewizor. A tutaj całe dnie sama siedzisz, jak tata w pracy. – Znam ja to „towarzystwo” – zaskrzeczała staruszka, rozsiadając się wygodniej na poduszkach. – Obrabują do gołej nitki, mieszkanie zabiorą, a mnie do rowu wrzucą. Powiedz Pawłowi, iż żywcem mnie z tego mieszkania nie wyniosą. Niech sam mnie dogląda. Syn czy kto? Wychowałam go, noce zarywałam, jak chorował na odrę. Teraz jego kolej. – Tata haruje na dwóch etatach, żeby ci leki kupować! Ma pięćdziesiąt trzy lata, skacze mu ciśnienie, od trzech lat do kina nie poszedł, a co dopiero na urlop! – Daj spokój – odcięła Klaudia Stefanowna i zacisnęła usta. – Młody jeszcze, da radę. A ty się nie wtrącaj, jajko kurę nie uczy. Idź zetrzyj kaszę. Syf tu narobiliście! Ala wyszła do korytarza i głośno wypuściła powietrze. Jak z nią rozmawiać? Ojciec wrócił do domu o siódmej wieczorem. Nie zdjął od razu butów, przysiadł na stołku w przedpokoju i przez chwilę gapił się w jeden punkt. – Tata, jak się masz? – Ala wybiegła do niego, zabierając ciężką torbę z zakupami. – W porządku, Ala. Na magazynie bałagan, zaraz rozliczenie roczne. Jak babcia? – Jak zawsze. Znów awantura o dom opieki. Mówi, iż chcemy ją zgubić. Tato, tak się nie da. Patrzyłam na rachunki za ten miesiąc – na jedzenie zostaje nam trzy tysiące. A ja muszę jeszcze zapłacić za akademik i kupić podręczniki. – Poradzimy sobie – Paweł ciężko się podniósł, zdjął buty. – Wziąłem dorabianie na nocne zmiany w ochronie, co drugi dzień. – Zwariowałeś? Kiedy będziesz spać? Przecież gdzieś cię zemdli! Paweł nie odpowiedział. Poszedł do kuchni, nalał wody do garnka i postawił na kuchence. – Jadła? – Połowę wylała na łóżko. Przebierałam. – Dobra. Idź się ucz, musisz przygotować się do sesji. Ja ją sam nakarmię i umyję. Ala patrzyła, jak ojciec kulejąc idzie do pokoju matki. Było jej go strasznie żal. Widziała, jak z kiedyś silnego, wesołego mężczyzny powoli zamienia się w cień. Zniknęły żarty, zniknęła euforia życia. *** Po tygodniu było jeszcze gorzej – wrócił później niż zwykle, chwiał się. Ala od razu się zaniepokoiła. – Tato? Źle ci? – Nic mi nie jest, Ala. Po prostu zakręciło się w głowie w metrze. Duszno tam. – Siadaj. Zaraz zmierzę ci ciśnienie. Na ciśnieniomierzu wyskoczyło 180 na 110. Ala bez słowa podała tabletki. – Jutro nigdzie nie idziesz. Dzwonię po lekarza. – Nie mogę – skrzywił się ojciec. – Jutro kontrola. Jak mnie nie będzie, to zabiorą premię. A na mieszkanie mamy podwyższony podatek do zapłaty. – Sprzedaj je, tato! – Ala szepnęła, by babcia nie słyszała. – Sprzedaj tę kawalerkę pod Warszawą. Sześćset tysięcy – to teraz dla nas ogromne pieniądze. Spłacimy długi, zatrudnimy porządną opiekunkę. Ojciec westchnął: – Matka się nie zgadza… – Tato, tam nie była od pięciu lat! Po co jej to mieszkanie, skoro leży? Ojciec nie zdążył odpowiedzieć – za ścianą rozległo się głośne stukanie. Klaudia Stefanowna waliła kubkiem o szafkę, wołając o uwagę. – Paweł! Paweł, chodź tu! Z kim tam szepczesz? Znów mnie obgadujecie? – rozległ się jej piskliwy głos. Paweł westchnął, połknął tabletkę podaną przez córkę i poszedł do pokoju. *** Jeszcze sześć lat temu ojciec miał kobietę. Elżbieta, dobra, spokojna, wpadała do nich, przynosiła ciasta, planowali z tatą wyjazd na weekend w góry. Wszystko się skończyło, gdy babcia się położyła. Elżbieta próbowała pomagać, ale staruszka zrobiła jej taki koszmar, iż kobieta nie wytrzymała. – Przyszła na gotowe! Syna mojego chce okradać! – darła się na cały dom, symulując zawały za każdym razem, gdy Paweł szedł na randkę. – Precz stąd! Wynocha! W końcu Elżbieta odeszła, a tata choćby nie próbował jej zatrzymać. Telefon zadzwonił, gdy Ala wieczorem przygotowywała się do egzaminu. Ojca w domu jeszcze nie było. – Halo? – Czy to Pan Paweł Aleksandrowicz? – zapytał męski głos. – Nie, to jego córka. Co się stało? – Dzień dobry, tu dział kadr. Ojciec dziś na zebraniu stracił przytomność. Wezwaliśmy karetkę, zabrali go do miejskiego szpitala. Proszę zapisać adres. Ala gorączkowo zapisała adres na marginesie notatek. Nie zdążyła jeszcze odłożyć słuchawki, a już babcia domagała się uwagi. – Alisko! – rozległo się z pokoju. – Kto dzwonił? Gdzie Paweł? Niech mi herbaty zrobi, pić chcę! Ala weszła do pokoju. Babcia leżała na półsiedząco w poduszkach, skrzywiona. – Tata jest w szpitalu – powiedziała krótko Ala. – Jak to w szpitalu? – Klaudia Stefanowna na chwilę zamarła, po czym dodała: – No widzisz, doprowadziliście mnie! Wczoraj na mnie krzyczał, to Bóg go ukarał! Wcale mnie nie szanujecie! Kto mnie teraz nakarmi? Wstaw czajnik. Ala wyszła bez słowa. *** Trzy dni Ala kursowała między szpitalem a domem. U ojca stwierdzono przełom nadciśnieniowy z powodu silnego stresu. Lekarze zakazali mu choćby wstawać z łóżka. – Ala, jak mama? – zapytał od razu, gdy przyszła do sali. – Wszystko w porządku, tato. Sąsiadka wpada, pomaga. Myśl o sobie. Musisz leżeć co najmniej dwa tygodnie. – Jakie dwa tygodnie… Zwolnią mnie… Pieniądze… – Śpij – poprawiła mu kołdrę. – Ja wszystkim się zajmę. Obiecuję. Czwartego dnia, gdy wróciła do domu, babcia przywitała ją lawiną pretensji. – Gdzie się włóczysz? Brudna leżę, Paweł baluje, a ja tu gniję! Ala zacisnęła pięści i spokojnie powiedziała: – Babciu, posłuchaj. Tata jest ciężko chory, może dostać wylewu, jeżeli jeszcze się zdenerwuje. – Nie wygłupiaj się! – fuknęła staruszka. – Jest silny. Po ojcu. – Nie, babciu. Nie będę cię dziś przewijać, ani karmić. Klaudia Stefanowna zrobiła wielkie oczy. – Co to za nowości? Zwariowałaś, dziewczyno? – Nie. Nie mamy pieniędzy. W ogóle. Tata nie pracuje, premii nie będzie, twoja emerytura nie starcza choćby na pampersy i leki. – Łżesz! Paweł zawsze miał skarbonkę! – Nie ma żadnej skarbonki. Wszystko poszło na twoje badania w zeszłym miesiącu. Są dwie opcje: sprzedajemy twoją kawalerkę pod Warszawą i podpisujemy papiery, albo jutro zgłaszam cię do opieki społecznej – zabiorą cię do państwowego domu opieki. Bezpłatnego. – Nie waż się! – wrzasnęła Klaudia Stefanowna. – Ja matka! Tu jestem gospodynią! – Gospodynią czego? Krzywdzisz własnego syna. Nie obchodzi cię, iż może nie wyjść ze szpitala. Liczy się tylko twój kawałek i ciepła kołdra. Dzwoniłam dziś do tego domu opieki, o którym rozmawialiśmy. Zwolniło się miejsce, z pieniędzy za mieszkanie zapłacimy. Opieka jest bardzo dobra. – Nie jadę! – staruszka zaczęła kaszleć. – To głoduj. Nie mam pieniędzy na twoje jedzenie. Jutro idę do pracy dorywczej, wrócę późno. Butelka wody jest na szafce. Pomyśl. Ala wyszła i zamknęła drzwi. Trzęsła się. Nigdy nie była okrutna, ale teraz rozumiała: albo przełamie tę sytuację, albo straci ojca. A babcia… babcia przeżyje ich wszystkich, jeżeli na to pozwolą. Noc minęła w ciszy. Ala nie wchodziła do pokoju, choć słyszała, jak babcia wołała, płakała, przeklinała. Weszła dopiero rano. – Daj się napić… – zachrypiała staruszka. Ala podała jej kubek. – I co? Podpisujesz? Notariusz przyjedzie o dwunastej. – Wy dranie… – wyszeptała staruszka, już bez dawnej złości. – Wszystko mi zabrać chcecie… Dobrze. Piszę, co trzeba. Tylko Pawłowi powiedz… Powiedz, żeby odwiedzał. – Będzie odwiedzał. Jak zacznie chodzić. I ja będę przyjeżdżać. Obiecuję. *** Paweł siedział na ławce w parku domu opieki. Wyglądał dobrze – nabrał trochę ciała, miał rumieńce. Obok na wózku inwalidzkim siedziała jego mama – czyściutka, w nowej ciepłej chuście, skupiona na jedzeniu jabłka. – Paweł? Pawełku, – odezwała się. – Tak, mamo? – Dzwoniłeś do Eli? Pogodziliście się, hmm? Paweł spojrzał na nią zdziwiony. – Dzwoniłem. Powiedziała, iż wpadnie w sobotę. – No i dobrze – staruszka odwróciła się do rabatki. – Niech wpada. Tu jest pielęgniarka Lena, taka szorstka, co chwilę mi zwraca uwagę. Niech twoja Elżbieta zobaczy, jak się tu ze mną obchodzą. Tylko Pawle, nie krzywdź jej! Niedobrze, kiedy mężczyzna kobiecie krzywdę robi. Twój tata… Paweł się uśmiechnął i ścisnął matce dłoń. W alei biegła do nich Ala, machając ręką i uśmiechając się szeroko. – Tato! Babciu! – krzyknęła już z daleka. – Dostałam stypendium! I w pracy podwyżkę! Paweł wstał i rozłożył ręce. Klaudia Stefanowna patrzyła na nich zmrużonymi oczami. przez cały czas uważała, iż niesprawiedliwie ją wysiedlili z własnego domu, ale już nie narzekała. Kiedy podeszła do niej opiekunka i zaprosiła na masaż, staruszka tylko z godnością kiwnęła głową. – Chodź, kochanie. Tylko ostrożnie, jestem delikatna. Ostatnio pani masażystka tak mi nogę ścisnęła… Powiedz mu, żeby był bardziej delikatny. A nie jak niedźwiedź, no… Opiekunka odjechała z wózkiem, Ala objęła ojca, a oni długo stali, patrząc na wysokie sosny. Po raz pierwszy od dawna wszyscy troje byli naprawdę szczęśliwi. *** Klaudia Stefanowna doczekała prawnuka – Ala skończyła studia, wyszła za dobrego człowieka, urodził się syn. Paweł ożenił się z Elżbietą, drugą synową babcia zaakceptowała i choćby polubiła – Elżbieta wybaczyła jej wszystkie przykrości przy pierwszym spotkaniu. Staruszka odeszła cicho, we śnie, nie żywiąc żalu ani do wnuczki, ani do syna.
Dzień Seniora w Kolbudach
Z życia wzięte. "Oddałam synowi oszczędności życia na dom": Gdy zachorowałam i poprosiłam o zwrot, nazwał mnie chciwą
Mieliśmy wielkie nadzieje, iż mama przejdzie na emeryturę, wyprowadzi się na wieś i zostawi nam z mężem jej trzypokojowe mieszkanie!
Miasto Śmigiel Przyjazne Seniorom
Warsztaty teatralne dla seniorów w Cricotece
Ustawa o klubach seniora – prosty sposób na osobowość prawną i dostęp do finansowania [projekt]
Tak bardzo chcę wrócić do domu, synku Pan Pietrowicz wyszedł na balkon, zapalił papierosa i przysiadł na niskim stołeczku. Gorzki żal ścisnął mu gardło, próbował się opanować, ale ręce zdradziecko drżały. Czy mógł kiedyś pomyśleć, iż nadejdzie taki dzień, gdy zabraknie mu miejsca we własnym mieszkaniu… — Tato! Nie denerwuj się i nie obrażaj! — na balkon wybiegała Larysa, najstarsza córka pana Pietrowicza. — Przecież nie proszę o wiele… Oddaj nam swój pokój i tyle! jeżeli mnie nie żałujesz, pomyśl chociaż o swoich wnukach. Chłopcy niedługo pójdą do szkoły, a muszą spać z nami w jednym pokoju… — Lora, nie pójdę do domu spokojnej starości — odparł starzec spokojnie. — jeżeli wam z dziećmi za ciasno w moim mieszkaniu, przeprowadźcie się do matki Michała. Mieszka sama w trzypokojowym. Dla was i chłopców będą oddzielne pokoje. — Wiesz dobrze, iż nigdy nie wytrzymam z nią pod jednym dachem! — krzyknęła córka i zatrzasnęła drzwi balkonowe. Pan Pietrowicz pogładził starą suczkę Szarą, która była mu wierna przez długie lata, i wspomniał swoją Nadzieję, przez łzy. Zawsze płakał, gdy o niej myślał. Zmarła pięć lat temu, zostawiając go samego. Poczuł się wtedy jak sierota. Całe życie szli razem, czy mógł przewidzieć, iż czeka go samotna starość przy córce i wnukach? Larysę wychowywali z miłością i dobrocią, chcieli wpoić jej jak najlepsze wartości. Coś jednak przegapili… Ich córka wyrosła na zimną, zapatrzoną w siebie. Szarusia cicho zaskomliła i położyła się u nóg pana Pietrowicza. Pies czuł jego ból. — Dziadku, już nas nie kochasz? — zapytał ośmioletni wnuk, wchodząc do pokoju. — Co ty… Kto ci takich głupot nagadał? — zdziwił się starzec. — Dlaczego nie chcesz się wyprowadzić? Nie chcesz oddać mi i Kostkowi pokoju? Czemu jesteś taki samolubny? — chłopiec patrzył na dziadka niechętnie i złością. Pan Pietrowicz chciał wytłumaczyć wnukowi, ale wiedział, iż mówi słowami córki. Larysa już przekonała go do swojego. — Dobrze, wyjadę — powiedział bez życia. — Oddam wam pokój. Nie mógł już wytrzymać tej atmosfery. Czuł, iż wszyscy go tu nienawidzą: zięć przestał z nim rozmawiać, wnuk patrzył jak na intruza. — Tatusiu, naprawdę się zgadzasz? — wbiegła szczęśliwa Larysa. — Tak — powiedział cicho. — Obiecaj tylko, iż nie skrzywdzisz Szarusi. Czuję się jak zdrajca… — Przestań! Zaopiekujemy się nią, będziemy często wyprowadzać na spacer, a w weekendy odwiedzimy cię z nią — zapewniła córka. — Wybrałam ci najlepszy dom opieki, zobaczysz, spodoba ci się tam. Dwa dni później pan Pietrowicz trafił do domu spokojnej starości. Córka już dawno wszystko załatwiła, czekała tylko, aż ojciec ustąpi. Wszedł do dusznego pokoju, przesiąkniętego wilgocią i pluskwami, żałował swojej decyzji. Larysa okłamała go co do warunków. To był zwykły dom pomocy, pełen nieszczęśliwych, opuszczonych ludzi. Rozpakował walizkę i zszedł na dół. Przysiadł na ławce, prawie się rozpłakał. Patrzył na bezradnych staruszków, wyobrażał sobie własną przyszłość. — Nowy? — zagadnęła miła starsza pani. — Tak… — westchnął ciężko. — Nie martw się. Na początku też płakałam, później się przyzwyczaiłam. Nazywam się Wanda. — Ja jestem Wiktor — przedstawił się. — Ciebie też dzieci tu oddały? — Nie, siostrzeniec. Dzieci mieć nie mogłam, więc oddałam mieszkanie siostrzeńcowi, ale się pośpieszyłam… Zawłaszczył je, a mnie tu posłał. Dobrze, iż chociaż na ulicę nie wyrzucił… Rozmawiali długo, wspominali dobre czasy, swoich bliskich. Następnego dnia znów poszli na spacer. Wanda wnosiła odrobinę euforii w życie pana Pietrowicza. Nie mógł siedzieć w domu, ciągle spacerował. Jedzenie w stołówce było okropne, jadł tylko dla sił. Czekał na córkę, liczył, iż Larysa zatęskni, zabierze go do domu. Mijały dni, ale nikt nie przyjeżdżał. Pewnego dnia zadzwonił do domu, by zapytać o Szarą, ale nikt nie odebrał telefonu. W końcu pod domem zobaczył sąsiada, pana Stefana Ilkowskiego. Stefan zdziwiony podszedł do niego. — No proszę, tu pan jest! — powiedział. — A dlaczego córka opowiada, iż wyjechał pan do wsi? Od razu coś mi nie pasowało… Wiedziałem, iż nie wyrzuciłby pan Szarusi na ulicę. — O co chodzi? — pytał pan Pietrowicz. — Co z moim psem? — Niech się pan nie martwi, oddaliśmy ją do schroniska. Nie wiedziałem, co się stało. Szara cały czas siedziała pod blokiem, pana nie było widać. Spotkałem Larysę, powiedziała, iż przeprowadza się do teściowej, mieszkanie sprzedaje. Co do psa… stwierdziła, iż jest stary, a pan nie chce się nim zajmować. Co tu się dzieje? — spytał Stefan, widząc jak starzec blednie. Pan Pietrowicz opowiedział Stefanowi wszystko. O tym, iż oddałby wszystko, by cofnąć czas. Nie dość, iż córka pozbawiła go godnego życia, to jeszcze psa wyrzuciła na ulicę. — Tak bardzo chcę wrócić do domu, synku — wyszeptał staruszek. — Jest wyjście — powiedział Stefan. — Jako prawnik często pomagam seniorom. Prowadzę teraz podobną sprawę. Niech się pan nie martwi. Rozumiem, iż nie zdążył się pan wymeldować? — Nie. Chyba iż ona sama już mnie wymeldowała. Już sam nie wiem, czego się po niej spodziewać… — Proszę się zbierać, czekam w aucie. Nie można na to pozwalać! Co za córka… Pan Pietrowicz gwałtownie spakował się i zeszedł. Przy wejściu spotkał Wandę. — Wandziu, wyjeżdżam. Sąsiad mówi, iż córka wyrzuciła psa i sprzedaje mieszkanie. Takie sprawy — powiedział. — I co ze mną? — zmartwiła się kobieta. — Nie martw się, jak wszystko załatwię, przyjadę po ciebie — obiecał. — Komu ja potrzebna… — westchnęła smutno. — Przepraszam, muszę iść. Nie smuć się, dotrzymam słowa. Pan Pietrowicz nie mógł wrócić do domu. Mieszkanie było zamknięte, nie miał kluczy. Stefan przyjął go do siebie. niedługo okazało się, iż Larysa już u teściowej, a mieszkanie wynajęła obcym ludziom. Dzięki Stefanowi, udało się odzyskać prawo do mieszkania. — Dziękuję panu — podziękował staruszek. — Ale nie wiem, co dalej. Ona nie da mi spokoju, aż mnie wykończy… — Jest jeden sposób — stwierdził Stefan. — Możemy sprzedać mieszkanie, oddać Larysie jej część, a za resztę kupić panu mały domek na wsi. — Świetnie! — ucieszył się pan Pietrowicz. — To idealna opcja. Po trzech miesiącach wnosił się do nowego domu. Stefan pomagał — choćby dziś zaproponował przeprowadzkę razem z Szarusią. — Tylko zajrzymy po drodze w jedno miejsce — poprosił pan Pietrowicz. Z daleka zobaczył Wandę, siedziała na ich ławce, smutna. — Wando! — zawołał. — Jedziemy po ciebie z Szarą. Mamy domek na wsi, czyste powietrze, ryby, jagody, grzyby tuż obok. Jedziesz? — uśmiechnął się. — Ale jak mam jechać? — wystraszyła się kobieta. — Po prostu wstań z ławki i chodź z nami! — zaśmiał się. — Podejmij decyzję! Tu już nic nas nie trzyma. — Dobrze! Poczekasz dziesięć minut? — Wanda uśmiechnęła się przez łzy. — Oczywiście! — odparł z uśmiechem. Mimo krzywdy od bliskich, oboje zdołali wygrać swój los. Każde z nich odnalazło szczęście dzięki dobrym ludziom. Wiktor i Wanda przekonali się, iż świat nie jest taki zły — dobro zawsze przeważa nad złem. Staruszkowie nauczyli się walczyć o siebie i odnaleźli ukojenie i spokój, o których marzyli…
Masz prawo do 3386 zł. Wypłaty ruszają 13 lutego
Dodatki do emerytur 2026: pełna LISTA świadczeń, aktualne kwoty [nowe i stałe bonusy]
Nie musisz płacić za wywóz śmieci. Sprawdź, jak to zrobić
Wracając do domu wcześniej niż zwykle, Zofia przypadkowo podsłuchała rozmowę męża z siostrą — to, co usłyszała, zmieniło jej życie na zawsze
„Nie zamierzam dożyć starości z taką ruiną!” – wykrzyczał mąż, pakując trzydzieści dwa lata wspólnego życia do jednego plecaka i torby z adidasami. Walka o prawdziwe życie zamiast egzystencji w domowej „klinice”, mama po udarze, młoda sąsiadka z piątego piętra, a w głowie tylko pytanie: czy w wieku pięćdziesięciu trzech lat naprawdę już jestem stara? Gorzka rozmowa, decyzje, łzy… A potem mama, przerwa na herbatę, miód w przaśnikach i park po przebudowie – nowe miejsca, nowe twarze, literacki klub, poezja i nowe życie, gdy okazuje się, iż młodość to nie gładka skóra, ale odwaga być sobą w każdym wieku.
Toruń. Udział miasta w kolejnej edycji programu wsparcia dla osób w trudnej sytuacji
10 dni w DPS-ie, które wstrząsnęły życiem chorego i jego rodziny
Metody laserowej korekcji wzroku – różnice, plusy i minusy
Wieczór .„W euforii słów  jest muzyka”……….. kto nie był niech żałuje 🎓🎓🎓
Tak bardzo chcę wrócić do domu, synku Pan Pietrowicz wyszedł na balkon, zapalił papierosa i usiadł na niskim, drewnianym stołeczku. Gorzki, ciężki ucisk narastał w jego gardle, próbował panować nad sobą, ale jego własne dłonie drżały nieposłusznie. Czy kiedykolwiek pomyślałby, iż nadejdzie dzień, gdy zabraknie mu miejsca we własnym mieszkaniu… — Tata! Nie obrażaj się i nie denerwuj! — na balkon wbiegła Larysa, najstarsza córka pana Pietrowicza. — Przecież nie proszę o wiele… Po prostu zostaw nam swoją sypialnię i tyle! jeżeli mnie nie żałujesz, to pomyśl chociaż o wnukach. Zaraz pójdą do szkoły, a muszą przez cały czas spać z nami w jednym pokoju… — Larysiu, ja nie pójdę do domu spokojnej starości — spokojnie odpowiedział senior. — jeżeli wam wszystkim za ciasno w moim mieszkaniu, to zamieszkajcie u teściowej Michała. Ona mieszka sama w trzy pokojowym, będzie miejsce i dla was i dla dzieci. — Wiesz, iż nigdy się z nią nie dogadam! — odparła córka i z hukiem zamknęła drzwi balkonowe. Pan Pietrowicz podrapał starego psa, który wiernie służył mu i nieżyjącej już żonie, i wspominając swoją Nadzieję, rozpłakał się. Zawsze łzy cisnęły mu się do oczu, kiedy wspominał żonę. Odeszła pięć lat temu, zostawiając go samego. Po jej śmierci czuł się jak sierota. Przez całe życie szli razem przez świat, czy mógł przypuszczać, iż właśnie przy córce i wnukach czeka go samotna starość. Larysę wychowywali z miłością i troską, chcieli przekazać jej wszystkie najlepsze wartości. Widocznie jednak coś pominęli… Ich córka wyrosła na osobę samolubną i pozbawioną serca. Bartek, pies, cicho zaszczekał i położył się u nóg pana Pietrowicza. Zwierzę czuło stan duszy swojego pana i cierpiało razem z nim. — Dziadku! Ty nas w ogóle nie kochasz? — do pokoju wszedł ośmioletni wnuk. — Co ty mówisz, skąd takie głupoty? — zdziwił się senior. — Dlaczego nie chcesz się wyprowadzić od nas? Szkoda ci oddać mi i Kostkowi swój pokój? Czemu jesteś taki chytry? — chlopiec spojrzał na dziadka z pogardą i złością. Pan Pietrowicz zrozumiał, iż to nie są słowa wnuka, ale córki. Już mu podsunęła takie myślenie. — Dobrze, wyjadę — bez życia odparł starzec. — Oddam wam pokój. Już nie mógł dłużej znosić atmosfery w domu. Rozumiał, iż wszyscy go tam nienawidzą, począwszy od zięcia, który dawno z nim nie rozmawia, a skończywszy na wnuku, któremu wmówiono, iż dziadek zabrał mu sypialnię. — Tato! Naprawdę się zgadzasz? — wbiegła rozradowana Larysa. — Naprawdę — wyszeptał. — Obiecaj, iż nie skrzywdzisz Bartka… Czuję się jak zdrajca… — Przestań! Zadbamy o niego i będziemy wychodzić na spacery choćby kilka razy dziennie. W weekendy będziemy cię odwiedzać, razem z Bartkiem — obiecała córka. — Wybrałam ci najlepszy ośrodek, zobaczysz, spodoba ci się tam. Po dwóch dniach pan Pietrowicz trafił do domu seniora. Jak się okazało, córka wszystko dawno zaplanowała, czekała tylko aż ojciec się podda. Weszli do ciasnego, wilgotnego pokoju, w którym śmierdziało stęchlizną i pluskwami. Senior pożałował swojej decyzji. Larysa skłamała, mówiąc o wygodnych warunkach. Nie zamieszkał w prywatnym ośrodku, ale zwykłym domu opieki, pełnym samotnych i opuszczonych ludzi. Rozpakował się i poszedł do ogrodu. Usiadł na ławce, niemal się rozpłakał. Patrząc na samotnych staruszków, wyobrażał sobie, jak żałosne życie czeka go przez kolejne lata. — Nowy? — zapytała sympatyczna starsza pani, przysiadając się. — Tak… — westchnął ciężko. — Nie martw się… Na początku też ciągle płakałam, ale potem się pogodziłam. Nazywam się Waleria. — Ja jestem Wiktor — przedstawił się. — Pani też dzieci tu oddały? — Nie, to siostrzeniec. Dzieci Bóg mi nie dał, mieszkanie zapisałam siostrzeńcowi, ale chyba się pospieszyłam… Wziął wszystko, a mnie tu oddał. Dobrze, iż nie na ulicę… Rozmawiali do późnego wieczora, wspominali młodość i drugie połówki. Następnego dnia po śniadaniu znów poszli razem na spacer. Ta kobieta wnosiła odrobinę euforii w życie pana Pietrowicza. Nie mógł wytrzymać w pokoju, całe dnie spędzał na dworze. Posiłki były wstrętne, jadł tylko tyle, by nie opaść z sił. Pan Pietrowicz cały czas czekał na córkę. Miał nadzieję, iż Larysa zatęskni za ojcem i zabierze go do domu. Ale mijały tygodnie, a ona nie przyjeżdżała. Pewnego razu zadzwonił, by dowiedzieć się, co u Bartka, ale nikt nie odebrał telefonu. Przypadkiem, przed wejściem do ośrodka, spotkał sąsiada — pana Stefana Ilskiego. Stefan rozpoznał seniora i podszedł do niego zdumiony. — To tu pan jest! — wykrzyknął zaskoczony. — Czemu córka opowiada, iż wyjechał pan na wieś? Od razu coś mi nie pasowało. Wiem, iż nigdy nie porzuciłby pan Bartka. — O co ci chodzi? — nie rozumiał pan Pietrowicz. — Co z moim psem? — Proszę się nie martwić, oddaliśmy go do schroniska. Sam nie wiem, co się stało. Patrzę, Bartek całymi dniami siedzi pod klatką, a pana nie widać. Spotkałem Larysę, spytałem, czy nic się nie stało. Powiedziała, iż postanowił pan zamieszkać na wsi, a ona sprzedaje mieszkanie i przeprowadza się do męża. A psa oddaje, bo już stary i pan nie chciał się nim zajmować. O co tu chodzi? — zapytał Stefan, widząc jak senior blednie. Pan Pietrowicz opowiedział mu wszystko. Jak oddał wszystko dla córki, iż sam się pozbawił życia wśród bliskich, a jeszcze psa wyrzucono na ulicę. — Tak bardzo chcę wrócić do domu, synku — wyszeptał. — To właśnie chciałem z pana porozmawiać. Jestem prawnikiem, często pomagam seniorom bronić ich praw. Teraz prowadzę sprawę starszego pana, którego sąsiedzi pozbawili domu. Proszę się nie martwić. Ma pan meldunek? — zapytał Stefan. — Mam. O ile ona sama nie wymeldowała mnie bez mojej wiedzy… Szczerze mówiąc, już nie wiem, czego się po własnej córce spodziewać… — Pakuj się, czekam na pana w samochodzie. Nie wolno tak postępować! Co za córka… Pan Pietrowicz gwałtownie się spakował i zaraz był gotowy. Przed wyjściem spotkał Walerię. — Walerko, wyjeżdżam. Sąsiad pomógł mi dowiedzieć się, iż Larysa sprzedała mieszkanie i oddała Bartka do schroniska. Takie sprawy… — powiedział. — Jakże to? — zdziwiła się kobieta. — A ja? — Nie martw się, gdy tylko wszystko załatwię, odbiorę cię stąd — obiecał. — Powiesz tak… Komu ja potrzebna? — powiedziała kobieta z żalem. — Wybacz, już muszę biec. Nie smuć się, dotrzymam słowa. Pan Pietrowicz nie mógł dostać się do mieszkania — nie miał kluczy. Stefan zabrał go do siebie. niedługo okazało się, iż Larysa już nie mieszka tam, przeniosła się kilka dni temu do teściowej, a mieszkanie wynajęła. Dzięki Stefanowi udało się obronić prawa seniora do mieszkania. — Dziękuję ci — powiedział — Ale co zrobić dalej? Ona nie spocznie, póki mnie nie wypędzi… — Chyba tylko jedno wyjście — stwierdził Stefan. — Możemy sprzedać mieszkanie, dać Larysie jej część, a za resztę kupić panu dom. Może choćby na wsi, niewielki domek. — Świetnie! — ucieszył się senior. — To idealne rozwiązanie. Po trzech miesiącach pan Pietrowicz przeprowadził się do nowego domu. Stefan pomagał mu przy wszystkim, choćby teraz oferował podwózkę z Bartkiem. — Tylko zajrzymy jeszcze w jedno miejsce — poprosił pan Pietrowicz. Z daleka zobaczył Walerię. Siedziała na ich ławce i patrzyła smutno w dal. — Walka! — zawołał. — Przyjechaliśmy z Bartkiem po ciebie. Teraz mamy dom na wsi. Świeże powietrze, ryby, jagody, grzyby — wszystko pod ręką. Jedziesz z nami? — uśmiechnął się. — Jak ja pojadę? — speszyła się kobieta. — Wstań tylko z ławki i chodź z nami — zażartował. — Decyduj się! Tu nie mamy już czego szukać. — Dobrze! Poczekasz dziesięć minut? — uśmiechnęła się, nie kryjąc łez. — Oczywiście! — odparł z uśmiechem. Wbrew złym ludziom, ci dwoje wywalczyli swoje szczęście. Oboje przekonali się, iż na świecie jest więcej dobra niż zła. Wiktor i Waleria przekonali się o tym na własnej skórze. Udało im się zawalczyć o siebie i odnaleźć upragniony spokój oraz szczęście…
Start kampanii Stop Spirali Zadłużenia
Przeszłam na emeryturę i poczułam się nieodwracalnie samotna. Dopiero na starość zrozumiałam, iż źle przeżyłam swoje życie.
Mój mąż powiedział, iż kupił mi dom na wsi – ale gdy tam dotarłam, poczułam, jak ziemia usuwa mi się spod nóg.
Rybnicka Rada Seniorów
Emerytka opowiada, iż ostatni raz widziała syna ponad sześć lat temu – Od kiedy syn już z Panią nie rozmawia? – spytałam moją sąsiadkę… W tamtym momencie serce mi pękło. – Minęło sześć lat, odkąd go nie widziałam. Gdy wyprowadził się z żoną, na początku jeszcze czasem dzwonił, ale potem kontakt się urwał. Kiedyś kupiłam mu tort na urodziny, poszłam do niego z wizytą i… w tej chwili spuściła wzrok i rozpłakała się. – I co potem się stało? – Synowa otworzyła drzwi i powiedziała, iż nie jestem mile widziana w ich domu. Syn nic nie powiedział, tylko spojrzał na mnie tak, jakbym to ja była winna, i odwrócił wzrok. To był ostatni raz, kiedy go widziałam. – Nie zadzwonił więcej? – Nie mogłam uwierzyć w to, co słyszę. – Zadzwoniłam raz, kiedy zdecydowałam się sprzedać trzypokojowe mieszkanie i kupić mniejsze. Oczywiście dałam mu trochę pieniędzy. Przyszedł, podpisał dokumenty, wziął pieniądze i już nigdy nie zadzwonił. – Jest Pani bardzo samotna, czy już pogodziła się Pani z samotnością? – spytałam starszą panią. – Dobrze sobie radzę! Kiedy byłam bardzo młoda, zostałam sama z synem, bo mąż odszedł do innej kobiety. Wychowałam syna sama, w miłości i trosce. Potem powiedział mi, iż chce wynająć własne mieszkanie. Na początku się cieszyłam, bo myślałam, iż dorosnął i zaczyna dbać o siebie. Ale chodziło bardziej o jego dziewczynę. To ona nalegała na własne mieszkanie, żeby nikt nie przeszkadzał im w życiu. Potem zaszła w ciążę. – Tak łatwo o tym Pani mówi? Nie czuje Pani żalu, iż syn zostawił Panią na starość? – byłam zaskoczona. – Już się przyzwyczaiłam. Lubię mieszkać w nowym bloku. Mam pieniądze, wystarczy mi na wszystko. Każdego ranka wstawiam czajnik, wychodzę na balkon z herbatą i patrzę na budzące się miasto. Gdy byłam młoda, moim marzeniem był spokojny sen, bo pracowałam na dwie zmiany. Marzyłam, iż kiedyś zestarzeję się otoczona bliskimi, ale chyba byłam skazana na samotność. – Może powinna Pani wziąć zwierzę? We dwoje zawsze weselej. – Wiesz, kochanie, koty też czasem zostawiają swoich właścicieli, a pieska nie mogę wziąć, bo nie wiem, czy jutro rano się jeszcze obudzę. Nie mogę wziąć kogoś, kogo nie mogę chronić. Raz już popełniłam duży błąd… Starsza pani dzielnie próbowała trzymać głowę wysoko, ale w końcu nie wytrzymała i się rozpłakała…
Bardzo chcę wrócić do domu, synku Pan Wiktor Petrowicz wyszedł na balkon, zapalił papierosa i usiadł na niskim taborecie. W gardle ścisnął mu się gorzki żal, próbował opanować emocje, ale ręce zdradliwie drżały. Nigdy nie przypuszczał, iż nadejdzie czas, gdy zabraknie mu miejsca w jego własnym mieszkaniu… — Tata! Nie denerwuj się i nie obrażaj! — na balkon wbiegła Larysa, najstarsza córka Wiktora Petrowicza. — Ja naprawdę nie proszę o wiele… Oddaj nam swój pokój i tyle! jeżeli nie współczujesz mi, to pomyśl chociaż o swoich wnukach. Chłopcy zaraz pójdą do szkoły, a muszą z nami spać w jednym pokoju… — Lara, nie pójdę do domu opieki — spokojnie powiedział staruszek. — jeżeli wam z dziećmi ciasno, to przeprowadźcie się do mamy Michała. Mieszka sama w trzypokojowym — będzie oddzielny pokój i dla was, i dla dzieciaków. — Wiesz przecież, iż z nią nigdy nie wytrzymam pod jednym dachem! — krzyknęła córka, zamykając balkonowe drzwi z hukiem. Petrowicz pogłaskał starą suczkę, która przez wiele lat była mu i żonie wierną przyjaciółką. Przypomniał sobie swoją Nadzieję i zapłakał. Łzy napływały mu do oczu, ilekroć wspominał żonę — zmarła pięć lat temu, zostawiając go samego. Poczuł się jak sierota wśród własnej rodziny. Całe życie szli razem, nigdy nie przypuszczał, iż przy córce i wnukach będzie czekała go samotna starość. Larysę wychowywali z miłością i dobrocią, starali się przekazać jej wszystko co najlepsze. Ale coś najwyraźniej im umknęło… Córka wyrosła na osobę zimną i zapatrzoną w siebie. Baruś, pies, skomlał cicho i położył się przy nogach pana. Odczuwał emocje swego właściciela i sam cierpiał, gdy ten był w złym stanie. — Dziadku! Ty nas zupełnie nie kochasz? — do pokoju wszedł ośmioletni wnuczek. — Co ty! Kto ci tak powiedział? — zdziwił się staruszek. — To czemu nie chcesz się wyprowadzić? Szkoda ci oddać mi i Kostkowi pokój? Czemu jesteś taki samolubny? — chłopiec patrzył na dziadka z pogardą i gniewem. Wiktor próbował coś wyjaśnić, ale zrozumiał, iż wnuk powtarza słowa matki. Larysa zdążyła już mu to wpoić. — Dobrze. Wyniosę się — odparł bez życia. — Oddam wam pokój. Nie mógł już dłużej znosić tej atmosfery. Wiedział, iż nikt go tu nie chce — od zięcia, który przestał się z nim odzywać, po wnuka, któremu wmówiono, iż dziadek zabiera mu pokój. — Tatusiu! Naprawdę się zgadzasz? — wbiegła zadowolona Larysa. — Naprawdę, — powiedział cicho. — Tylko przysięgnij, iż nie skrzywdzisz naszego Barusia. Czuję się jak zdrajca… — Przestań! Będziemy się nim opiekować, wychodzić na spacery codziennie! A na weekendy będziemy was odwiedzać, razem z Barusiem — zapewniła córka. — Załatwiłam ci najlepszy dom opieki, zobaczysz, spodoba ci się tam. Dwa dni później Petrowicz wyjechał do domu spokojnej starości. Okazało się, iż córka dawno wszystko ustaliła i tylko czekała, aż ojciec w końcu się złamie. Wciąż marząc o lepszym życiu, wszedł do zatęchłej, wilgotnej sali, pachnącej stęchlizną i robactwem. Larysa okłamała go co do warunków — nie był to prywatny pensjonat, a zwykły dom pomocy, gdzie żyli schorowani i opuszczeni ludzie. Rozpakował rzeczy, zszedł na dół i usiadł na ławce; z trudem powstrzymywał łzy. Patrząc na bezradnych współmieszkańców, wyobrażał sobie, jakie życie go czeka za kilka lat. — Nowy? — zagadnęła miła starsza pani, siadając obok. — Tak…, — westchnął ciężko. — Nie martw się…, ja też na początku bardzo płakałam, potem się przyzwyczaiłam. Jestem Walentyna. — Wiktor, — przedstawił się. — Pani też dzieci tu przysłały? — Nie. Siostrzeniec. Dzieci nie mam, oddałam mieszkanie siostrzeńcowi, ale chyba się pospieszyłam… Przejął mieszkanie, a mnie tu przyprowadził. Dobrze, iż przynajmniej nie na ulicę… Gadali wieczór cały, wspominając młodość i swoich bliskich. Następnego dnia, zaraz po śniadaniu, znowu poszli na spacer. Ona wnosiła odrobinę euforii i odmiany w życie Petrowicza. Nie mógł siedzieć w pokoju, większość czasu spędzał na zewnątrz. Jedzenie było podłe, jadł tylko tyle, żeby nie być głodnym. Czekał na córkę. Wciąż liczył, iż Larysa się rozmyśli, zacznie za nim tęsknić i zabierze do domu. Dni mijały, a ona nie przyjeżdżała. Kiedyś zadzwonił, żeby spytać o Barusia, ale nikt nie odbierał telefonu. Pewnego dnia, przy wejściu Petrowicz zobaczył swego sąsiada, Stefana Ilskiego. Stefan od razu ruszył do niego, wyraźnie zaskoczony. — To tutaj pan jest! — zawołał. — A córka pańska twierdzi, iż wyjechał pan na wieś! Od razu wyczułem, iż coś nie gra. Wiem, iż nie porzuciłby pan Barusia. — O co chodzi? — nie rozumiał Wiktor Petrowicz. — Co z moim psem? — Proszę się nie martwić, oddaliśmy go do schroniska. Nie wiem, co się stało. Patrzę: Bartek siedział całymi dniami pod klatką, a pana nie ma. Spotkałem Larysę, zapytałem, czy wszystko w porządku. Powiedziała, iż wyjechał pan na wieś, a ona sprzedaje mieszkanie i przeprowadza się do męża. Powiedziała, iż psu szkoda czasu, bo już stary, a pan nie chce się nim zajmować. Panie Wiktorze, co tu się wyprawia? — pytał zaniepokojony, widząc, jak staruszek zbledł. Petrowicz opowiedział mu wszystko. Był gotów oddać wszystko, byleby odzyskać swoje dawne życie i nie popełnić błędu. Nie dość, iż córka odebrała mu normalne istnienie, to jeszcze wygnała Barusia na ulicę. — Bardzo chcę wrócić do domu, synku — wyszeptał staruszek. — Jestem tu właśnie w takiej sprawie. Jestem prawnikiem, pomagam często starszym ludziom walczyć o swoje prawa. Prowadzę teraz sprawę pana, którego sąsiedzi pozbawili domu. Proszę się nie martwić. Rozumiem, iż nie zdążył pan się wymeldować? — Nie. Chyba, iż sama mnie wymeldowała. Już nie wiem, czego mogę się po niej spodziewać… — Pakuj się, czekam w samochodzie, — powiedział Stefan. — Nie można tego tak zostawić! Co to za córka… Petrowicz gwałtownie spakował rzeczy i zszedł na dół. Przy wejściu spotkał Walentynę. — Walusia, wyjeżdżam. Spotkałem sąsiada, mówi, iż córka wyrzuciła mojego psa i sprzedaje mieszkanie. Takie życie — powiedział. — Jak to? — zmartwiła się kobieta. — A ja? — Nie martw się, załatwię wszystko i wrócę po ciebie — obiecał. — Kto mnie tu weźmie? — powiedziała smutno. — Przepraszam. Czekają na mnie, nie smuć się, spełnię obietnicę. Wiktor Petrowicz nie zdołał wejść do mieszkania — drzwi były zamknięte, kluczy nie miał. Stefan zabrał go do siebie. niedługo okazało się, iż Larysa już nie mieszka w mieszaniu, wyjechała kilka dni temu do teściowej, a mieszkanie wynajęła. Dzięki pomocy Stefana, Petrowicz odzyskał swoje prawa do mieszkania. — Dzięki, — podziękował sąsiadowi. — Ale co dalej? Ona nie spocznie, aż mnie nie usunie… — Jest jedno wyjście, — powiedział Stefan. — Sprzedamy mieszkanie, damy Larysie część, za resztę kupimy panu miejsce do życia. Może choćby domek na wsi. — Cudownie! — ucieszył się. — To idealny pomysł. Po trzech miesiącach, Wiktor Petrowicz przeprowadził się do nowego domu. Stefan pomagał we wszystkim, także teraz przy przeprowadzce razem z Barusiem. — Tylko jeszcze jedno miejsce na chwilę. — Poprosił Petrowicz. Z daleka dostrzegł Walentynę, siedziała na ich ławce, wpatrzona w dal ze smutkiem. — Waluś! — zawołał. — My z Barusiem po ciebie. Teraz mamy domek na wsi: czyste powietrze, ryby, jagody, grzyby, wszystko blisko. Jedziesz z nami? — uśmiechnął się Petrowicz. — Ale jak pojadę? — zdziwiła się kobieta. — Po prostu wstań z ławki i chodź, — zaśmiał się mężczyzna. — Decyduj się! Tu nie mamy już na co czekać. — Dobrze! Poczekasz dziesięć minut? — uśmiechnięta Walentyna ocierała łzy radości. — Poczekam! — odpowiedział z uśmiechem. Na przekór złym ludziom, tych dwoje wywalczyło swoją szansę na szczęście. Każde z nich przekonało się, iż świat nie jest pozbawiony dobrych ludzi. I zawsze, choćby w najtrudniejszych chwilach, tych dobrych jest więcej niż złych. Wiktor i Walentyna przekonali się o tym na własnej skórze. Pokonali przeciwności, znaleźli spokój i szczęście w swoim życiu…
Wzruszający koncert w żyrardowskim Domu Pomocy Społecznej
Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Armii Krajowej w Krakowie
Odszedłem od męża po 40 latach. Bo wreszcie odważyłem się żyć według swoich zasad.
Mój partner obiecał mi dom na wsi – ale gdy tam dotarłam, poczułam, jak ziemia usuwa mi się spod nóg.
Babciu, mama powiedziała, iż musimy oddać cię do domu opieki”. Podsłuchałam rozmowę rodziców — dziecko by tego nie wymyśliło
Goście Radziwiłłów: Jerzy Fryckowski
Premiera spektaklu „Jarocka. Wymyśliłam Cię” w Raszynie
Enklawa Białowieska Forest & Spa Partnerem Ogólnopolskiej Karty Seniora!
Ciągłe zmęczenie i brak sił na spacer – jak odzyskać witalność dzięki elektrolitom?
Mój brat nie zgadza się, by mama trafiła do domu opieki, ale sam nie chce jej wziąć do siebie – twierdzi, iż nie ma dla niej miejsca w mieszkaniu żony!