Sobota, szósta czterdzieści rano, a ja jeszcze siedziałam przy stole mamy i przebierałam fasolę. Ten sam rytuał co zawsze — kamyczki na jedną stronę, pęknięte ziarna na drugą, te co pachniały wilgocią do wyrzucenia. Kawa z imbirem bulgotała już w emaliowanym czajniku, a przez otwarte okno wpadał zapach z klatki schodowej — ktoś na dole smażył cebulę, jak co sobotę. Telewizor w pokoju mamy mruczał program śniadaniowy, którego nikt nie oglądał, tylko włączał dla towarzystwa.
Nie spodziewałam się jej. Nie tego dnia.
Usłyszałam najpierw silnik forda transita, tego, którym Kacper jeździ do pracy od ośmiu lat, a potem trzask furtki. Marta weszła bez pukania. Miała na sobie ten sam beżowy sweter, w którym chodziła jedenaście lat temu, kiedy jeszcze mieszkałyśmy razem w mieszkaniu po babci na Bemowie. Popatrzyła na mnie tak, jakby czas w ogóle się nie ruszył, i powiedziała tylko jedno zdanie:
— Musisz z nim porozmawiać.
Ja dalej przebierałam fasolę. Nie podniosłam wzroku. Jedno ziarno wyślizgnęło mi się z palców i potoczyło pod stół.
— Jedenaście lat cicho, a teraz mam gadać z twoim mężem — odpowiedziałam.
Marta usiadła naprzeciwko. Postawiła obok mojego talerza szklankę kompotu z rabarbaru, tego samego, który mama zawsze trzyma w lodówce w słoiku po ogórkach. Ten sam szklany kubek w kwiatki, z którego piłyśmy jako dzieci.
— On mnie wyrzuci z mieszkania, Elu. Już ma papiery od prawnika. Dał mi czas do końca miesiąca, żebym się wyniosła.
Wytarłam stół tą samą lnianą ścierką, której mama używa, odkąd zmarł tata. Rachunek za prąd sprzed miesiąca wciąż wisiał na magnesie na lodówce: sto dziewięćdziesiąt dwa złote. Zapłaciłam go z pierwszej wypłaty, jak zawsze.
Pani Halina, sąsiadka mamy, zajrzała do kuchni w kwiecistym fartuchu. Trzymała w rękach karteczki z numerami — układała miejsca do stołu na balkonie, gdzie miało stanąć przyjęcie.
— Wy dwie siądziecie razem — powiedziała, jakby mówiła o pogodzie. — Czas najwyższy, żebyście się dogadały. Ja już siedemdziesiąt lat skończyłam, mogę sobie na to pozwolić.
Marta spuściła głowę. Wtedy zauważyłam coś, czego nie powinnam była zauważyć: przez okno kuchenne, na desce rozdzielczej transita, leżała plastikowa grzechotka dla niemowlaka, niebieska. Marta i Kacper nie mają dzieci. Nigdy nie mieli.
— Odkąd wiesz, iż cię zdradza? — spytałam cicho.
Marta zwlekała z odpowiedzią. Te kilka sekund powiedziały mi więcej niż jakiekolwiek słowa.
— Od prawie trzech lat. Ale teraz już mi nie starcza choćby na ratę za pralkę. Winna jestem dwa miesiące w banku.
Pani Halina rozłożyła numerki na stole. Siódemka i ósemka wylądowały obok siebie, dokładnie na środku.
— Ja zawsze wiedziałam, jaki jest ten Kacper… ale Marta potrzebowała czegoś więcej — mruknęła mama, układając talerze z serwisu po babci.
Kawa chlusnęła mi na dłoń, kiedy podnosiłam kubek. Nie ruszyłam się, chociaż piekło.
Marta wyjęła z torebki złożoną na pół brązową kopertę i położyła ją obok fasoli, której jeszcze nie skończyłam przebierać.
— To zdjęcia. Zrobił je detektyw, wynajęłam go za ostatnie pieniądze z trzynastki. Chcę, żebyś je zobaczyła. I żebyś to ty mu je pokazała. On zawsze bardziej liczył się z tobą.
Nie dotknęłam koperty. Przebierałam dalej. Kamyk. Pęknięte ziarno. Kamyk.
Na zewnątrz słychać już było głosy kuzynów, którzy przynosili tace z sałatką jarzynową i plastikowe kubki. Rosół z kurczaka, który mama zamówiła u pani z osiedlowego baru, pachniał wszystkim, co kiedyś straciłam.
Wojtek, mój mąż, wszedł tylnymi drzwiami z dwoma tortami — jednym czekoladowym, jednym z owocami. Spojrzał na mnie i od razu zrozumiał, iż coś jest nie tak. Nic nie powiedział. Tylko położył rękę na moim ramieniu na sekundę i poszedł ustawiać krzesła na balkonie.
Marta wstała. Zanim wyszła z kuchni, rzuciła jeszcze jedno zdanie, prawie bez głosu:
— Wiem, iż na nic nie zasługuję. Ale jesteś moją siostrą.
Kiedy wyszła, otworzyłam kopertę. Było w niej siedem zdjęć. Na wszystkich Kacper z młodą kobietą — na kilku w ciąży, na innych z dwuletnim chłopcem. Na jednym wyraźnie widać było szyld restauracji: "Pod Kogutem", to samo miejsce, gdzie jedenaście lat temu świętowaliśmy zaręczyny Marty i Kacpra.
Pani Halina podeszła od tyłu i zerknęła na zdjęcia przez moje ramię.
— Najwyższy czas, żeby to wyszło — powiedziała. — Ale nie dzisiaj, Elu. Dzisiaj są moje siedemdziesiąte urodziny.
Złożyłam kopertę i schowałam ją do kieszeni fartucha.
— Dzisiaj to jedyny dzień, jaki został, mamo.
Na zewnątrz już sadzano gości. Siódemka i ósemka przez cały czas leżały obok siebie na środku długiego stołu nakrytego kraciastym obrusem. Usiadłam na siódemce. Marta na ósemce. Pierwszy raz od jedenastu lat nasze kolana prawie się dotykały pod stołem. Przyniesiono pierwszy talerz rosołu. Nie przełknęłam ani łyżki.
Rozmowy przy stole toczyły się dalej, jakby nic się nie działo — ktoś opowiadał o remoncie łazienki, ktoś inny o cenach na targu w Ursusie. Pani Halina wzniosła toast, uniosła kieliszek nalewki własnej roboty i powiedziała, iż najważniejsze w życiu to rodzina, iż wszystko inne można naprawić. Nikt się nie roześmiał, ale nikt też nie zapytał, dlaczego Marta ma czerwone oczy.
Kacper przyjechał po nią o wpół do dziewiątej wieczorem, kiedy większość gości już się rozeszła, a na stole zostały tylko puste talerze i niedopita nalewka. Zaparkował transita przy furtce, zostawił silnik włączony. Nie wysiadł od razu.
Wstałam od stołu, wzięłam kopertę z kieszeni fartucha i wyszłam na podwórko. Marta patrzyła na mnie z werandy, nie ruszyła się, żeby mnie zatrzymać.
Podeszłam do samochodu, zapukałam w szybę. Kacper opuścił okno, na twarzy miał ten sam wyraz, co zawsze, kiedy myślał, iż wszystko ma pod kontrolą.
— Cześć, Elu. Długo to trwało?
— Wystarczająco — powiedziałam i wsunęłam mu kopertę przez okno. — To dla ciebie. Żebyś nie musiał wymyślać, co powiedzieć prawnikowi, kiedy Marta przyniesie te same zdjęcia do sądu.
Otworzył kopertę na kolanach, w świetle latarni ulicznej. Zobaczyłam, jak twarz mu tężeje, kiedy dotarł do trzeciego zdjęcia — tego z chłopcem.
— To nie twoja sprawa — powiedział w końcu, ale głos mu się załamał na drugim słowie.
— Zrobiłam ją swoją, kiedy dałeś jej czas do końca miesiąca. Mieszkanie na Grójeckiej jest wspólne, prawda? Kupione w małżeństwie. Prawnik, u którego byłam we wtorek, mówi, iż bez zgody Marty nie sprzedasz ani nie wymienisz zamków. A ja mam już podpisane pełnomocnictwo, żeby jej w tym pomóc.
To nie była prawda jeszcze we wtorek. Stała się prawdą w czwartek, kiedy Marta zadzwoniła do mnie pierwszy raz od jedenastu lat i płakała w słuchawkę tak, iż nie mogła dokończyć zdania. Wtedy pojechałam z nią do kancelarii przy placu Narutowicza i zapłaciłam trzysta osiemdziesiąt złotych za konsultację z własnej kieszeni, nie mówiąc o tym nikomu, choćby Wojtkowi.
Kacper wysiadł z samochodu. Stanął naprzeciwko mnie, o głowę wyższy, ale coś w nim się skurczyło.
— Ona ci naopowiadała bzdur. To jest skomplikowane…
— Nie jest skomplikowane. Masz kochankę od trzech lat, ma z tobą dziecko i jest w ciąży z drugim. Chciałeś wyrzucić własną żonę z mieszkania, żeby zrobić miejsce dla nowej rodziny. To jest bardzo proste, Kacper.
Marta zeszła w końcu z werandy. Stanęła obok mnie, nie za mną.
— Chcę rozwodu — powiedziała do niego, głosem równym, jakiego nie słyszałam u niej od lat. — I chcę połowę wartości mieszkania. Elżbieta pomoże mi to załatwić.
Kacper spojrzał na nią, potem na mnie, jakby liczył, kto pierwszy ustąpi. Nikt nie ustąpił.
— Będziecie tego żałować — rzucił, wsiadając z powrotem do samochodu.
— Ty będziesz żałował, iż zostawiłeś telefon odblokowany na moim biurku trzy miesiące temu — odpowiedziała Marta. — Zdjęcia detektywa to były tylko potwierdzenie tego, co już widziałam.
Transit odjechał, zbyt gwałtownie jak na wąską uliczkę, warkocząc silnikiem aż za róg.
Mama stała w drzwiach kuchni przez cały ten czas, z fartuchem w kwiaty i pustą tacą po torcie w rękach. Nie powiedziała nic, dopóki nie weszłyśmy z powrotem do środka.
— Siedemdziesiąt lat czekałam, żeby zobaczyć, jak siadacie razem przy jednym stole — powiedziała w końcu, stawiając tacę na blacie. — Nie myślałam, iż to będzie wyglądać właśnie tak.
Marta zamieszkała u mnie i Wojtka przez kolejne trzy tygodnie, na rozkładanej kanapie w pokoju, w którym zwykle śpi nasz syn, kiedy przyjeżdża z akademika. W poniedziałek pojechałyśmy razem do notariusza podpisać pełnomocnictwo na stałe, a rozprawa rozwodowa odbyła się osiem miesięcy później — Marta dostała swoją połowę, sto sześćdziesiąt tysięcy złotych, i psa, którego Kacper próbował zatrzymać dla siebie.
Nie było pojednania przy następnym rodzinnym obiedzie, nie było wielkich przeprosin wygłoszonych przy stole. Był za to zwykły czwartek, kiedy Marta zadzwoniła i zapytała, czy mam ochotę na kawę w tej samej kawiarni na Grójeckiej, obok jej nowego, mniejszego mieszkania. Poszłyśmy. Zamówiłyśmy dwie kawy z mlekiem i kawałek szarlotki na pół, tak jak robiłyśmy to, zanim wszystko się popsuło.











