Miała pięćdziesiąt osiem lat i była pewna, iż najważniejsze rozdziały jej życia zostały już zamknięte. Krystyna Wilk prowadziła małą pracownię krawiecką przy ulicy Kościuszki w Bielsku-Białej, dwie przecznice od kościoła św. Mikołaja, i codziennie o siódmej rano otwierała roletę tym samym gestem od dwudziestu jeden lat. Mąż zmarł jej sześć lat temu — zawał, na parkingu pod Biedronką, między jednym zakupem a drugim. Syn mieszkał w Poznaniu i dzwonił w niedziele, zawsze o tej samej porze, jakby to też był rytuał, którego nie wolno przerwać.
Do jej pracowni od dwóch miesięcy zaglądał mężczyzna, który przynosił do przeróbki te same trzy marynarki. Nazywał się Ryszard Sobota, miał sześćdziesiąt trzy lata, emeryturę po pracy w kolejnictwie i wdowieństwo starsze od jej o rok. Za pierwszym razem powiedział, iż rękaw jest za długi. Za drugim — iż guzik się obluzował. Za trzecim Krystyna, przypinając mu klapę szpilkami, zauważyła, iż wcale nie potrzebuje przeróbek. Marynarka leżała idealnie.
— Panie Ryszardzie — powiedziała, nie wyjmując szpilek z ust — trzeci raz w tym samym garniturze i za każdym razem inny problem. Coś tu nie gra.
Zaśmiał się, tak szczerze, iż aż odstawił kubek z herbatą, który mu wcześniej zaparzyła.
— Gra, gra. Tylko nie w garniturze.
Umówili się na kawę w cukierni Sowa przy Rynku, tam gdzie sprzedają te słynne rogale z makiem, choć była dopiero druga połowa sierpnia i do świętomarcińskich tradycji brakowało miesięcy. Rozmawiali trzy godziny o niczym konkretnym — o tym, iż jego wnuczka zaczyna liceum, iż ona od lat marzy, żeby pojechać do Wiednia na wystawę, o cenach węgla na zimę. Kiedy wychodzili, on przytrzymał jej drzwi, a ona pomyślała, iż nie pamięta, kiedy ostatnio ktoś to zrobił bez pośpiechu.
Przez kolejny rok byli razem tak, jak bywają razem ludzie, którzy już wiedzą, czego nie chcą powtarzać. Bez dramatów, bez udawania. W niedziele piekła jabłka z cynamonem, a on przynosił wino z Winnicy Turnau spod Zielonej Góry, bo uparł się, iż polskie wino też może być dobre. Pobrali się cicho, w Urzędzie Stanu Cywilnego, bez orkiestry, z synem Krystyny za świadka i córką Ryszarda, Agnieszką, która przyjechała z Wrocławia w ostatniej chwili, spóźniona na fotografię.
Właśnie Agnieszka stała się problemem.
Miała trzydzieści cztery lata, dwoje dzieci i męża, który stracił pracę w firmie transportowej pół roku wcześniej. Od ślubu ojca dzwoniła częściej niż kiedykolwiek w życiu — ale nigdy, żeby zapytać, jak się miewa. Pytała, czy tata podpisał już coś u notariusza. Pytała, czy „ta krawcowa” — tak mówiła o Krystynie, nigdy po imieniu — nie namawia go na przepisanie mieszkania. Ryszard miał kawalerkę przy ulicy Piastowskiej, zostawioną mu po rodzicach, wartą jakieś czterysta pięćdziesiąt tysięcy złotych, i to mieszkanie, jak się okazało, było jedynym tematem, który naprawdę obchodził Agnieszkę.
Krystyna milczała długo. Nie broniła się, nie tłumaczyła, iż ma własną pracownię i mieszkanie po rodzicach w Bielsku, iż niczego od Ryszarda nie potrzebuje. Uznała, iż to jego córka i jego sprawa. Ale pewnego październikowego wieczoru, kiedy zapach pieczonych jabłek jeszcze unosił się w kuchni, Agnieszka przyjechała bez zapowiedzi, z dziećmi zostawionymi u teściowej, i usiadła przy stole tak, jakby przyszła na przesłuchanie, nie na kolację.
— Tato, musimy pogadać o kawalerce.
Ryszard odłożył widelec.
— Rozmawialiśmy już, Aga. Zostaje jak jest.
— Jak to jak jest? Ty masz sześćdziesiąt cztery lata, no przepraszam, ale trzeba myśleć realnie. Jak coś ci się stanie, ona —wskazała głową na Krystynę, siedzącą po drugiej stronie stołu z rękami splecionymi na obrusie — dziedziczy połowę. Połowę mieszkania po babci i dziadku. To niesprawiedliwe wobec mnie i wobec dzieci.
— To moje mieszkanie, Agnieszko. I moja decyzja.
— Twoja decyzja rok po ślubie z obcą kobietą, którą znasz osiemnaście miesięcy!
Krystyna wstała wtedy od stołu, poszła do kuchni, wyjęła z piekarnika blachę z jabłkami, których zapach właśnie zaczynał gorzknieć od przypalenia. Nie powiedziała ani słowa. Postawiła blachę na kratce do stygnięcia i wróciła do pokoju, żeby posłuchać, czym to się skończy — bo miała prawo wiedzieć, o czym decyduje się jej życie.
Agnieszka mówiła jeszcze dwadzieścia minut. O kredycie, którego mąż nie spłaca. O tym, iż dzieci potrzebują stabilizacji. O tym, iż ojciec „zawsze był naiwny wobec kobiet”. W pewnym momencie zaczęła płakać, nie ze wzruszenia, tylko z wściekłości, iż nikt jej nie słucha tak, jak chciała.
Ryszard wstał, poszedł do sypialni i wrócił z teczką, którą przygotował — jak się okazało — jeszcze miesiąc wcześniej, po jednej z podobnych rozmów telefonicznych.
— Posłuchaj mnie teraz ty — powiedział, kładąc teczkę na stole. — W środku jest umowa darowizny. Kawalerkę na Piastowskiej przepisuję na ciebie. Całą, nie połowę. Byłem u notariusza w zeszłym tygodniu, akt jest gotowy do podpisu, potrzebuję tylko twojego. Krystyna niczego z tego mieszkania nie chce i nigdy nie chciała, mogłaś to sprawdzić, zanim zaczęłaś płakać przy kolacji.
Agnieszka otworzyła teczkę drżącymi rękami. Rzeczywiście — akt notarialny, gotowy, z pustym miejscem na jej podpis.
— To… to dlaczego wcześniej nic nie powiedziałeś?
— Bo chciałem, żebyś raz w życiu usiadła przy moim stole nie po to, żeby liczyć metry kwadratowe. Nie wyszło.
Cisza, która wtedy zapadła, nie była pojednawcza. Agnieszka zabrała teczkę, powiedziała, iż podpisze u notariusza w przyszłym tygodniu, i wyszła bez pożegnania z Krystyną. Drzwi zamknęły się głucho, bez trzaśnięcia — co jakoś było gorsze niż trzask.
Krystyna zebrała talerze, umyła je w milczeniu, a Ryszard usiadł obok niej przy zlewie z ręcznikiem, żeby wycierać.
— Powinieneś był mnie zapytać — powiedziała w końcu. — Zanim poszedłeś do notariusza.
— A ty byś się zgodziła?
— Od razu.
Uśmiechnął się, pierwszy raz od dwóch godzin, i pocałował ją w skroń, tam gdzie włosy już od dawna były siwe i gdzie nikt wcześniej jej nie całował bez powodu.
Kawalerka na Piastowskiej rzeczywiście przeszła na Agnieszkę trzy tygodnie później — dokładnie tak, jak zapowiedział. Krystyna nie pojechała do notariusza, nie musiała, jej podpis nie był tam nigdzie potrzebny. Zostawiła sobie to, co miała od zawsze: pracownię przy Kościuszki, mieszkanie po rodzicach i Ryszarda, który każdej niedzieli, kiedy piekła jabłka, siadał w kuchni i mówił, iż u nich w domu pachnie tak, jak powinno pachnieć szczęście — cynamonem, trochę przypalonym cukrem i niczym więcej.











