Klementyna miała trzydzieści dwa lata i od dwóch miesięcy była szczęśliwa jak nigdy dotąd. Poznała Radosława w listopadzie, na targach staroci przy placu Wolności w Bydgoszczy – on sprzedawał stare płyty winylowe, ona kupowała wazon dla mamy. Rozmawiali dwie godziny, aż targ zaczął się zwijać, a chłopak z sąsiedniego stoiska pakował parasole i pytał, czy w końcu mają zamiar iść na tę kawę, czy tak będą stać.
Od tamtej pory wszystko układało się z niepokojącą łatwością. Radosław gotował dla niej krupnik dokładnie tak, jak robiła to jego babcia, znał na pamięć numery wszystkich linii tramwajowych w mieście i śmiał się z jej żartów, choćby tych kiepskich. Klementyna po raz pierwszy od rozwodu z Marcinem czuła, iż może komuś zaufać na tyle, żeby znowu planować wspólne święta, wspólne mieszkanie, może choćby dziecko.
Pęknięcie pojawiło się w połowie stycznia, w czwartek, kiedy za oknem sypało mokrym śniegiem i telewizor w kuchni mamrotał wieczorne wiadomości, których nikt nie słuchał. Radosław odłożył widelec, popatrzył na nią przez chwilę dłużej niż zwykle i powiedział, iż chciałby ją prosić o coś ważnego. Że powinna brać prysznic dwa razy dziennie. Rano i wieczorem, bez wyjątków.
Klementyna parsknęła śmiechem, myśląc, iż to jakiś żart nawiązujący do serialu, który oglądali poprzedniego wieczoru. Ale on nie żartował. Powtórzył to samo, tym razem wolniej, jakby tłumaczył dziecku zasady ruchu drogowego. Powiedział, iż ją kocha, ale to jest coś, co musi zmienić. W jego głosie nie było miejsca na sprzeciw.
Coś w niej się zapadło. Odłożyła sztućce, bo ręce nagle przestały jej słuchać, i siedziała tak przez dłuższą chwilę, próbując zrozumieć, co właśnie usłyszała. Nikt nigdy nie sugerował jej, iż coś jest z nią nie tak. Fryzjerka, koleżanki z pracy w przychodni, choćby była teściowa – nikt. A teraz mężczyzna, w którym się zakochała, mówił jej to wprost, przy zupie, która stygła na talerzu.
Tej nocy nie spała. Leżała, wpatrując się w plamę na suficie, która przypominała kształtem but, i liczyła, ile razy w tym tygodniu brała prysznic. Rano, po pracy, czasem przed snem. Normalnie. Zawsze tak robiła.
Zaczęła się zmieniać, chociaż nikt jej o to więcej nie prosił. Prysznic rano, prysznic wieczorem, bez wyjątków, choćby w niedzielę, kiedy bolała ją głowa. Pranie po każdym noszeniu, choćby swetra, który miała na sobie trzy godziny. Kupiła drogie mydło firmowe z Rossmanna, mocniejszy antyperspirant, balsam o zapachu białej herbaty, który kosztował prawie sześćdziesiąt złotych za buteleczkę. Umówiła się choćby na wizytę u endokrynologa w prywatnej przychodni przy ulicy Gdańskiej, przekonana, iż musi mieć jakąś ukrytą chorobę, którą tylko on jest w stanie wyczuć. Wyniki badań były w normie. Lekarka, kobieta po pięćdziesiątce z okularami na łańcuszku, popatrzyła na nią znad recepty i zapytała wprost, czy w domu wszystko w porządku. Klementyna powiedziała, iż tak, i wyszła z gabinetu z fakturą na trzysta dwadzieścia złotych i pustką w środku.
Nic nie wystarczało. Radosław co jakiś czas, cicho, jakby mimochodem, przypominał jej, iż powinna być „czystsza”. Noc po nocy leżała bez snu, łzy spływały jej po policzkach, a ona zastanawiała się, dlaczego nie może naprawić czegoś, czego sama nie rozumie. Wstydziła się własnego ciała. Sąsiadka z góry, pani Danuta, która co rano wyprowadzała swojego kundelka na spacer, pytała ją kiedyś na klatce, czy dobrze się czuje, bo ostatnio wygląda, jakby nie spała tygodniami. Klementyna tylko machnęła ręką i powiedziała, iż to przez nadgodziny.
W lutym Radosław zaprosił ją wreszcie do rodziców, do domu w Solcu Kujawskim, kawałek za miastem. Postanowiła, iż tym razem zrobi wszystko idealnie. Wzięła prysznic dwa razy przed wyjazdem, ubrała świeżo wypraną bluzkę, spryskała nadgarstki perfumami, które dostała od siostry na urodziny, i jeszcze w samochodzie sprawdzała w lusterku, czy wszystko gra.
Drzwi otworzyła matka Radosława, drobna kobieta w fartuchu w kwiaty, z zapachem pieczonej szarlotki dobiegającym gdzieś z głębi mieszkania. Uśmiechnęła się do niej ciepło, uścisnęła dłoń, po czym bez wahania zaproponowała, żeby Klementyna odświeżyła się w łazience, zanim usiądą do stołu. Te słowa uderzyły ją mocniej niż cokolwiek wcześniej. Chciała się zapaść pod ziemię. Walcząc ze łzami, poszła korytarzem obok kredensu z serwisem, chwyciła klamkę łazienki i pchnęła drzwi.
W wannie leżał pies. Ogromny, kudłaty owczarek podhalański, przemoczony do suchej nitki, z sierścią oblepioną błotem, patrzył na nią wielkimi, przepraszającymi oczami. Obok, na taborecie, siedziała starsza kobieta z ręcznikiem w dłoniach – babcia Radosława, jak się później okazało – i próbowała bezskutecznie osuszyć zwierzę, które najwyraźniej właśnie wróciło z pobliskiego stawu.
– Ivan uciekł znowu i tarzał się w błocie przy stawie – powiedziała kobieta, nie odrywając wzroku od psa. – Cały dom teraz tym śmierdzi. Radek panicznie boi się tego zapachu, odkąd jako dziecko wpadł do gnojówki na wsi u dziadków. Do dziś, jak coś choćby trochę pachnie stawem, robi mu się niedobrze.
Klementyna stała w progu, nie rozumiejąc jeszcze do końca, co to wszystko znaczy, kiedy matka Radosława podeszła od tyłu i wyjaśniła resztę – cicho, żeby syn, krzątający się w kuchni, nie usłyszał. Radosław od małego miał obsesję na punkcie zapachów, po tamtym wypadku z gnojówką trafił choćby do psychologa dziecięcego. Do dziś każdy nieznany, choćby najsłabszy zapach kojarzy mu się z tamtym dniem, kiedy tonął w szambie za stodołą, a nikt go nie słyszał przez dziesięć minut. To nie miało nic wspólnego z Klementyną. Nigdy nie miało.
Tego wieczoru, w drodze powrotnej, Klementyna milczała przez większość trasy, patrząc na mijane pola przykryte resztkami lutowego śniegu. W końcu powiedziała mu, co usłyszała od matki i babci. Radosław zjechał na pobocze, zatrzymał samochód pod wiatą przystanku, na którym nikogo nie było, i powiedział, iż nigdy nie umiał tego wytłumaczyć nikomu tak, żeby nie zabrzmiało jak wariactwo. Że wolał, żeby myślała, iż to o nią chodzi, niż iż opowie jej o dziesięciu minutach w gnoju za stodołą dziadka.
Klementyna wysiadła z niego innym człowiekiem niż ta, która wsiadała rano.
Nazajutrz, w sobotę, poszła do apteki przy rondzie Fordońskim i oddała nieotwarty balsam za sześćdziesiąt złotych – kasjerka zwróciła jej pieniądze bez zbędnych pytań, widząc paragon sprzed tygodnia. Wieczorem usiadła z Radosławem przy tym samym stole, gdzie zaczęło się wszystko, i powiedziała mu wprost: jego lęk jest jego sprawą, ale przestaje być jej dietą, jej higieną i jej wstydem. Może iść z nim do terapeuty, może czekać, aż będzie gotowy o tym mówić otwarcie – ale nie będzie już brała drugiego prysznicu o dwudziestej trzeciej tylko po to, żeby uśpić coś, czego choćby nie umiał nazwać po imieniu.
Radosław spuścił głowę nad talerzem i po raz pierwszy od stycznia nie powiedział ani słowa o zapachu.











