Telefon zadzwonił, kiedy Ewa akurat liczyła zaliczki na dostawę oleju silnikowego. Na wyświetlaczu: "Renata – żona Grzegorza". Zawahała się, ale odebrała.
– Ewuniu, kochanie, mam do ciebie sprawę – głos w słuchawce był słodki jak syrop do naleśników. – Chodzi o ten warsztat po tacie. Wiesz, iż stoi pusty, niszczeje. Kupimy go od ciebie. Sto dwadzieścia tysięcy, gotówka, od ręki.
Ewa odstawiła kubek z kawą na biurko tak mocno, iż rozlała trochę na fakturę.
Warsztat przy Kwiatowej w Radomiu zostawił jej ojciec, Zenon Kowalczyk, dwa lata temu. Sto trzydzieści metrów kwadratowych, kanał, dwa podnośniki, magazyn na zapleczu. Ojciec naprawiał tam samochody przez trzydzieści siedem lat, a po jego śmierci nieruchomość podzielono – połowa dla Ewy, połowa dla jej brata Marcina.
– Renato, skąd ta kwota? – zapytała spokojnym tonem, choć serce waliło jej jak młotek pneumatyczny.
– No bo Marcin sprawdzał, mówi, iż taniej się teraz nie sprzeda. Rynek stoi, budowlanka w dołku, kto to kupi? A my chociaż wam pomożemy, spłacimy od razu.
Ewa znała tę taktykę. Renata prowadziła w Radomiu małą firmę zajmującą się skupem nieruchomości i działek – kupowała tanio, sprzedawała drożej, czasem po prostu odsprzedawała innym inwestorom z marżą pięćdziesiąt procent. Warsztat po ojcu leżał na rogu, przy głównej drodze na Kielce, dwie przecznice od nowego osiedla, gdzie właśnie kończono budowę bloków na sto dwadzieścia mieszkań. Miejsce było złote – dla kogoś, kto wiedział, co z nim zrobić.
– Dam ci znać – powiedziała Ewa i się rozłączyła.
Usiadła przy oknie swojego biura księgowego, gdzie pracowała już jedenaście lat, i patrzyła na ulicę. Naprzeciwko piekarnia wystawiła tacę z drożdżówkami, zapach unosił się aż tutaj, mieszając się z wonią spalin z autobusu 7, który akurat zatrzymał się na przystanku. Sąsiedzki kot, rudy Fabian, wskoczył na parapet i zaczął się myć, zupełnie obojętny na to, iż życie Ewy właśnie zaczęło się komplikować.
Marcin, jej młodszy brat, od dwóch lat mieszkał z Renatą w domu, który wybudowali na kredyt pod Radomiem, w Wolanowie. Kredyt na dwadzieścia osiem lat, rata prawie trzy tysiące złotych miesięcznie. Marcin pracował jako kierowca dostawczy, Renata "zajmowała się nieruchomościami" – co w praktyce oznaczało, iż kupowała okazje od ludzi, którzy nie znali cen.
Ewa zadzwoniła do rzeczoznawcy, z którym współpracowała przy innych sprawach klientów. Paweł Sokołowski, wyceniał nieruchomości komercyjne od piętnastu lat, znał każdą działkę w promieniu trzydziestu kilometrów od miasta.
– Warsztat na Kwiatowej? – powtórzył, kiedy podała adres. – Znam to miejsce, jeżdżę tamtędy do teściów. Przy głównej, blisko nowego osiedla… Ewa, to jest minimum czterysta tysięcy za całość. A może i więcej, jak ktoś zechce postawić tam market albo stację paliw.
Ewa milczała chwilę, patrząc na numer telefonu Renaty zapisany w kontaktach jako "Renata (bratowa)".
– Czyli moja połowa to dwieście tysięcy, nie sto dwadzieścia za całość.
– Co najmniej. Chcesz, zrobię ci pisemną wycenę, dwieście złotych kosztuje, ale będziesz miała czarno na białym.
Trzy dni później Ewa siedziała w kuchni brata, na tej samej ceracie w kwiatki, którą pamiętała jeszcze z domu rodziców – Marcin zabrał ją, kiedy się wyprowadzał, mówił, iż to "na szczęście". Renata postawiła przed nią filiżankę herbaty, której Ewa nie tknęła.
– No i jak, zastanowiłaś się? – Renata usiadła naprzeciwko, założyła nogę na nogę. – Bo my chcemy tam otworzyć myjnię samochodową, inwestycja już zaplanowana, tylko czekamy na twoją decyzję.
Marcin siedział z boku, wpatrzony w telefon, jakby cała rozmowa go nie dotyczyła.
– Marcin – Ewa zwróciła się bezpośrednio do brata. – Wiesz, ile to jest warte?
Brat podniósł głowę, spojrzał na żonę, potem na siostrę.
– No Renata mówi, iż rynek teraz słaby…
– Rynek jest świetny, Marcinku. Zrobiłam wycenę. – Ewa wyjęła z torebki kopertę, położyła na stole obok cukiernicy. – Czterysta dwadzieścia tysięcy za cały warsztat. Od rzeczoznawcy, z pieczątką.
Renata sięgnęła po kopertę, otworzyła ją nerwowo, przebiegła wzrokiem po dokumencie. Ręce jej lekko drżały, kiedy odkładała papier na stół.
– To jakaś pomyłka, przesadzona wycena, robi się takie na pokaz…
– Zadzwoń do rzeczoznawcy, numer jest na dokumencie. Paweł Sokołowski, licencjonowany, współpracuje z sądem w sprawach spadkowych. – Ewa mówiła bez podniesionego głosu, ale każde słowo padało jak kamień. – Chciałaś kupić moją połowę za sto dwadzieścia tysięcy, czyli za mniej niż jedną trzecią jej wartości. To nie pomyłka, Renato. To był plan.
Cisza w kuchni trwała długo. Gdzieś za oknem sąsiad Krawczyków kosił trawnik, warkot kosiarki wdzierał się przez uchylone okno razem z zapachem świeżo ściętej trawy.
– Marcin wiedział? – zapytała w końcu Ewa, nie odrywając wzroku od brata.
Marcin milczał, a to była odpowiedź sama w sobie.
– Dobrze – powiedziała Ewa, wstając od stołu. – Skoro warsztat jest wart tyle, ile jest wart, to ja swoją połowę sprzedaję. Ale nie wam.
Tydzień później podpisała umowę z deweloperem, który budował osiedle po sąsiedzku – firma potrzebowała działki pod parking i punkt serwisowy dla przyszłych mieszkańców. Za swoją połowę Ewa dostała dwieście dziesięć tysięcy złotych, o dziesięć więcej niż wycena, bo deweloperowi zależało na czasie. Marcin, który nie miał środków, żeby wykupić jej udział ani znaleźć innego kupca w tym samym tempie, został ze swoją połową warsztatu, którego teraz nie mógł ani sam odbudować, ani sprzedać osobno bez zgody nowego współwłaściciela.
Renata przestała dzwonić. Marcin napisał raz, iż "szkoda, iż tak wyszło, mogliśmy się dogadać po rodzinnemu". Ewa odpisała jedno zdanie: "Rodzina nie znaczy, iż mam oddać dwieście tysięcy za darmo."
Deweloper postawił płot z siatki wokół całej działki jeszcze przed końcem miesiąca. Marcin przejeżdżał tamtędy do pracy każdego dnia i widział, jak buldożery zrównują z ziemią kanał, w którym jego ojciec przez trzydzieści siedem lat naprawiał silniki – a po drugiej stronie płotu stała tabliczka z numerem telefonu firmy deweloperskiej, do której teraz musiał dzwonić, jeżeli chciał cokolwiek zrobić ze swoją połową ziemi.











