Marzena Kubiak miała czterdzieści jeden lat i warsztat samochodowy przy ulicy Grochowskiej, który prowadziła razem z mężem od jedenastu lat. Halina, ciotka jej męża, wpadała tam co drugi czwartek — niby po to, żeby "sprawdzić, jak leci interes", a naprawdę po to, żeby usiąść w biurze na krześle Marzeny i przeglądać segregatory z fakturami.
Tamtego czwartku padał deszcz taki gęsty, iż rynna nad wjazdem do warsztatu przelewała się na chodnik i trzeba było stawiać wiadro. W radiu leciała prognoza pogody, ktoś zapowiadał burze na weekend. Marzena akurat liczyła zaliczki za sierpień, kiedy drzwi biura otworzyły się bez pukania.
— Muszę z tobą porozmawiać o czymś ważnym — powiedziała Halina, siadając na brzegu biurka, jakby to było jej biurko.
— Słucham.
— Tadeusz zapisał mi udziały w warsztacie. Trzydzieści procent. Jeszcze w zeszłym roku, u notariusza w Rembertowie. Chciałam ci powiedzieć osobiście, zanim dowiesz się od kogoś innego.
Marzena odłożyła długopis. Na biurku leżała kartka z listą klientów na jutro — wymiana oleju, przegląd przed badaniem technicznym, klimatyzacja u pana Wróbla. Zwykły dzień, który właśnie przestał być zwykły.
— Tadeusz nie wspominał mi o żadnym notariuszu.
— No bo pewnie się wstydził. Wiesz, jaki on jest. Ale to jego prawo, to w końcu jego firma, założona jeszcze zanim cię poznał.
To ostatnie zdanie Halina wypowiedziała z takim spokojem, jakby czytała przepis na bigos. Marzena pamiętała każdy grosz, który wpompowała w ten warsztat — sprzedany mieszkanie po rodzicach w Otwocku, żeby kupić podnośnik i drugi kanał przeglądowy, dwa lata pracy bez urlopu, kiedy zbierali na kompresor.
Wieczorem, gdy klienci już wyjechali i pies sąsiada zaczął, jak zwykle o tej porze, wyć do przejeżdżających pociągów, Marzena zapytała męża wprost. Tadeusz długo mieszał herbatę, choć cukru już dawno nie było czym mieszać.
— To miało być zabezpieczenie. Gdyby mnie coś się stało, ciotka miałaby z czego żyć.
— A mnie o tym nie powiedziałeś, bo?
— Bo wiedziałem, iż się zdenerwujesz.
Marzena nie krzyczała. Wstała, zdjęła z haczyka przy drzwiach klucze od warsztatu — te same, które nosiła codziennie od jedenastu lat, wytarte tak, iż napis na breloczku dawno się zatarł — i odłożyła je na stół między nimi.
— Jutro jadę do notariusza. Chcę zobaczyć ten akt.
Notariusz w Rembertowie, pan Zieliński, pamiętał sprawę, bo klientów z warsztatów samochodowych miał niewielu. Akt istniał — Tadeusz rzeczywiście przekazał ciotce trzydzieści procent udziałów w spółce cywilnej, którą prowadzili razem z Marzeną, ale spółka od początku była zarejestrowana na oboje małżonków po połowie. Oznaczało to, iż Tadeusz mógł rozporządzać wyłącznie swoją częścią — piętnastoma procentami całości, nie więcej.
— Pana żona ma pełne prawo wiedzieć o każdej zmianie w umowie spółki — powiedział notariusz, poprawiając okulary. — I ma prawo się nie zgodzić na przyjęcie nowego wspólnika, jeżeli uzna to za szkodliwe dla działalności.
Tego samego dnia Halina zjawiła się w warsztacie po raz drugi, tym razem z teczką, w której trzymała, jak twierdziła, "swoje papiery". Usiadła na tym samym krześle, poprawiła szalik i oświadczyła, iż od przyszłego miesiąca chce co tydzień wgląd w konto firmowe, bo "ma prawo wiedzieć, ile zarabia jej udział".
— Nie ma pani żadnego udziału, dopóki ja się na to nie zgodzę — odpowiedziała Marzena. — Statut spółki wymaga zgody obojga wspólników na przyjęcie nowej osoby. Ja się nie zgadzam.
— To bezczelność. Tadeusz mi obiecał.
— Tadeusz obiecał panią to, czego nie mógł dać. Piętnaście procent jego części to piętnaście procent jego części, nie warsztatu.
Halina wyszła, trzaskając drzwiami tak, iż dzwoneczek nad wejściem spadł na podłogę. Mechanik Grzesiek, który akurat wymieniał klocki hamulcowe w boksie obok, udał, iż nic nie słyszał, ale uśmiechnął się do klucza nasadowego, który trzymał w ręce.
Przez kolejne dwa tygodnie Tadeusz próbował przekonać żonę, iż "trzeba dać ciotce spokój, bo zrobi awanturę na cały Rembertów". Marzena odpowiadała mu tym samym zdaniem za każdym razem: "Awantura się już zdarzyła. Teraz decydujemy, co dalej." W końcu zaproponowała rozwiązanie, którego Tadeusz się nie spodziewał — spisanie u tego samego notariusza aneksu, w którym jasno określono, iż żadna ze stron nie może przekazywać udziałów osobom trzecim bez pisemnej zgody drugiego wspólnika, a wcześniejsza darowizna na rzecz Haliny zostaje unieważniona za obopólną zgodą, w zamian za jednorazową spłatę w wysokości ośmiu tysięcy złotych — tyle, ile ciotka włożyła kiedyś w zakup pierwszego zestawu narzędzi, o czym przypominała przy każdej rodzinnej kolacji.
Halina podpisała, bo adwokat, do którego poszła po poradę, powiedział jej bez ogródek, iż w sądzie i tak by przegrała, a koszty procesu przewyższyłyby wartość spornych udziałów. Podpisała przy tym samym biurku, na którym miesiąc wcześniej usiadła bez pytania, tym razem siedząc na krześle dla klientów, po drugiej stronie.
Marzena schowała podpisany aneks do tej samej teczki, w której trzymała dokumenty założycielskie spółki, zamknęła ją w sejfie w biurze i wróciła do listy klientów na jutro. Wymiana oleju, przegląd przed badaniem, klimatyzacja u pana Wróbla. Za oknem deszcz w końcu ustał, a pies sąsiada, nakarmiony, zamilkł do następnego pociągu.











