Sto siedem świeczek nie mieści się na jednym torcie, więc Kazimierz Wolański ustawił je na dwóch blaszkach do pieczenia, jedna obok drugiej, na kuchennym stole w Ostrowcu Świętokrzyskim.
Piekł od siódmej rano. Sam, bo nikogo innego w mieszkaniu nie było już od jedenastu lat. Mąka na blacie, radio nastawione na Trójkę, za oknem gołąb chodzący po parapecie tak, jakby też czekał na kawałek ciasta. Kazimierz nie miał żony, nie miał dzieci — miał za to warsztat samochodowy, który prowadził czterdzieści dwa lata, i bratanka, który się tym warsztatem zainteresował dopiero, kiedy stał się coś wart.
Bratanek nazywał się Robert. Przyjeżdżał raz w roku, na święta, z żoną i dwiema córkami, które nie pamiętały imienia stryjecznego dziadka i mówiły do niego po prostu "pan". W zeszłym roku Robert przyjechał inaczej — bez rodziny, z teczką. Usiadł przy tym samym stole, na którym teraz stały blaszki ze świeczkami, i powiedział, iż najlepiej będzie, jeżeli warsztat "uporządkują prawnie", zanim stryjek "zapomni, co gdzie jest". Że on się tym zajmie. Że stryjek tylko podpisze.
Kazimierz miał wtedy sto sześć lat i wzrok owszem, słabszy niż kiedyś, ale podpis rozpoznawał na pierwszy rzut oka. Podpisał — nie to, co Robert przyniósł, tylko upoważnienie do prowadzenia bieżących spraw warsztatu na czas jego pobytu w szpitalu, bo akurat miał operację zaćmy zaplanowaną na wtorek. Robert wziął to upoważnienie i przez pół roku płacił nim za wszystko, co się dało: nowy silnik do swojego auta, remont łazienki, wakacje córek w Chorwacji. Konto warsztatowe, na które klienci od lat wpłacali za naprawy, stopniało z osiemdziesięciu trzech tysięcy złotych do niecałych czterech.
Kazimierz dowiedział się o tym od księgowej, pani Danuty, która prowadziła mu papiery od trzydziestu lat i zadzwoniła zapytać, dlaczego nie ma pieniędzy na ZUS za mechaników. Usiadł wtedy przy tym samym stole. Nie krzyczał. Wstał, wyjął z kredensu segregator z napisem "WARSZTAT — DOKUMENTY", ten sam, który stał tam odkąd sięgał pamięcią, i zaczął czytać punkt po punkcie, co dokładnie podpisał, a czego nie.
Dziś, w dniu stu siedmiu urodzin, Robert zadzwonił o dziewiątej rano. Życzenia, głos przez telefon nienaturalnie ciepły, w tle słychać było telewizor i któreś z dzieci proszące o coś do jedzenia. Zapytał, czy stryjek "już pomyślał" o tym przepisaniu warsztatu na jego nazwisko, "żeby mieć to z głowy, zanim się coś stanie". Kazimierz odpowiedział, iż tort mu się piecze, i się rozłączył.
O jedenastej przyjechała pani Danuta, tak jak co roku, z bukietem goździków i teczką dokumentów, które razem przygotowywali przez ostatni miesiąc u notariusza przy ulicy Sienkiewicza. Usiadła przy stole, popatrzyła na dwie blaszki najeżone świeczkami i powiedziała, iż to i tak za mało jak na sto siedem lat pracy.
Papiery, które podpisali wspólnie z notariuszem trzy tygodnie temu, były proste: cofnięcie wszelkich pełnomocnictw udzielonych Robertowi, zamknięcie starego konta warsztatowego i otwarcie nowego, do którego dostęp miała wyłącznie pani Danuta jako pełnomocniczka do spraw bieżących — oraz akt darowizny, na mocy którego warsztat, budynek i cały sprzęt przechodziły na rzecz Mariusza, ucznia, który u Kazimierza terminował ostatnie trzy lata i który, jako jedyny z całej okolicy, przychodził w niedziele nie po pieniądze, tylko po herbatę i rozmowę o silnikach wysokoprężnych.
Zapaliła te sto siedem świeczek pani Danuta zapalniczką kuchenną, bo zapałki akurat się skończyły, i śpiewała z nim "Sto lat" trochę fałszywie, ale głośno. Kazimierz zdmuchnął tyle płomyków, ile dał radę za jednym razem, resztę dogasiła ona dłonią.
Po torcie zadzwonił telefon jeszcze raz. Robert, już poirytowany, zapytał wprost, kiedy w końcu pojadą do notariusza. Kazimierz powiedział, iż już pojechali — trzy tygodnie temu, bez niego. Że warsztat od dziś należy do Mariusza, konto jest zamknięte, a stare pełnomocnictwo unieważnione u notariusza i zgłoszone do banku tydzień temu. Że w środę Robert może przyjechać odebrać swoje rzeczy z biura, jeżeli jakieś tam jeszcze zostały, bo klucze do warsztatu ma teraz ktoś inny.
W słuchawce było cicho na tyle długo, iż pani Danuta zdążyła pokroić drugi kawałek tortu.
Kazimierz odłożył telefon na kredens, obok segregatora, i usiadł z powrotem przy stole. Za oknem gołąb wciąż siedział na parapecie. Wziął widelczyk, odkroił sobie kawałek — ten z największą ilością lukru — i zaczął jeść, nie czekając na nikogo więcej.











