Domek pod lasem
W czwartek, dwudziestego siódmego sierpnia, kończę trzydzieści osiem lat. Rano wyjęłam z piekarnika szarlotkę, zapach jabłek z cynamonem rozszedł się po całej klatce schodowej na Grochowie, a ja stałam w kuchni z telefonem w ręku i czytałam wiadomość od Agaty, która napisała tylko: „Zadzwoń, jak wstaniesz. Coś się stało".
Zadzwoniłam od razu, z łopatką do ciasta jeszcze w drugiej ręce.
Agata to moja najlepsza przyjaciółka od dwudziestu lat, od czasów liceum przy Grochowskiej. Jest taką osobą, przy której nigdy nie ma nudnego dnia — raz to ona dzwoni z Malty, iż zostawiła paszport w hotelu i samolot za dwie godziny, innym razem z wiadomością, iż rzuciła pracę w korporacji, bo szef kazał jej pracować w Wigilię. Ja przy niej zawsze byłam tą spokojną, tą, która trzyma się planu, płaci raty na czas i nie robi scen. Dwa lata temu razem odkładałyśmy na działkę pod Otwockiem — miał tam stanąć domek, mały, drewniany, z gankiem od strony sosen. Agata narysowała go na serwetce w knajpie na Saskiej Kępie, ja wciąż mam tę serwetkę w portfelu.
— Wychodzę za mąż w sobotę — powiedziała bez żadnego wstępu.
Upuściłam łopatkę na blat.
— W tę sobotę? Za trzy dni?
— Za trzy dni. W urzędzie na Podskarbińskiej, o dwunastej. I potrzebuję, żebyś była świadkiem, bo Kaśka wyjechała do rodziców do Zakopanego i nie zdąży wrócić.
Agata poznała Marka pół roku temu, na szkoleniu z zarządzania projektami. Wiedziałam, iż się spotykają, wiedziałam, iż jest poważnie, ale nikt — łącznie z nią, jak sama przyznała — nie spodziewał się ślubu w trzy dni. Powód był prosty i zupełnie nieromantyczny: firma Marka wysyłała go na dwuletni kontrakt do Kanady, wyjazd za dziesięć dni, a bez ślubu wiza dla niej nie miała szans zdążyć na czas.
— A twoi rodzice wiedzą? — zapytałam, bo znałam jej matkę, kobietę, która planowała wesele córki od jej piętnastych urodzin, z listą gości na dwieście osób i salą w Wilanowie zarezerwowaną z rocznym wyprzedzeniem.
Milczenie po drugiej stronie trwało chwilę za długo.
— Jeszcze nie. Powiem im dzisiaj wieczorem. Dlatego dzwonię do ciebie pierwszej, bo wiem, iż ty mnie nie będziesz odwodzić.
Odłożyłam telefon, wyjęłam ciasto z formy i pokroiłam je na kawałki, jakby to mogło pomóc poukładać myśli. Ostrze noża stukało o talerz w równym rytmie, a ja liczyłam te stuknięcia zamiast myśleć o trzystu pytaniach, które chciałam zadać.
Zadzwoniłam do niej po godzinie.
— Kocham cię i będę na tym ślubie — powiedziałam. — Ale zapytam raz i więcej nie wrócę do tego tematu: jesteś pewna, czy to jest ucieczka do przodu, bo boisz się, iż jak poczekacie, to coś się rozmyśli?
Agata milczała długo, dłużej niż zwykle się jej zdarzało.
— Wiesz co jest zabawne — powiedziała w końcu. — Boję się dokładnie odwrotnej rzeczy. Że jak teraz nie pojadę razem z nim, to za dwa lata wróci zupełnie inny człowiek, albo ja będę inna, i to już nigdy nie będzie ten sam moment. Wolę zaryzykować teraz niż żałować, iż nie zaryzykowałam.
W piątek wieczorem zadzwoniła do mnie zapłakana. Powiedziała matce. Krzyczały na siebie przez telefon dwadzieścia minut, słyszałam to, bo Agata w pewnym momencie po prostu odłożyła komórkę na stół i głosy dobiegały jak przez ścianę — matka mówiła coś o dwustu gościach, o sali w Wilanowie opłaconej z rocznym wyprzedzeniem, o tym, iż nikt jej nie zapytał o zdanie we własnym domu. Agata wróciła do telefonu z głosem, który drżał, ale się nie łamał.
— Ona nie przyjedzie — powiedziała. — Powiedziała, iż nie przyjedzie.
W sobotę rano okazało się, iż w urzędzie stanu cywilnego brakuje jednego dokumentu — zaświadczenia o zdolności prawnej Marka do zawarcia małżeństwa za granicą, które miało przyjść kurierem z konsulatu, a utknęło gdzieś między Śródmieściem a Pragą. Stałyśmy pod urzędem na Podskarbińskiej dziesięć po jedenastej, Agata w sukience pożyczonej dzień wcześniej z wypożyczalni na Pradze, telefon w jej ręku dzwonił do kuriera, do konsulatu, znowu do kuriera. Urzędniczka powiedziała, iż bez tego papieru ślub o dwunastej się nie odbędzie, iż najbliższy wolny termin to za dwa tygodnie.
— Za dwa tygodnie Marek już będzie w samolocie — powiedziała Agata, nie do mnie, do nikogo konkretnego, patrząc na ekran telefonu, jakby siłą wzroku mogła przyspieszyć kuriera.
Kurier przyjechał osiemnaście minut przed dwunastą, spocony, na rowerze, z kopertą wciśniętą pod pachę. Agata wyrwała mu ją z ręki, zanim zdążył zsiąść, i przez chwilę stała z tą kopertą przyciśniętą do piersi, nie otwierając jej, jakby bała się, iż w środku będzie coś innego, niż powinno.
Matka Agaty przyszła jednak. Przyleciała rano z Wrocławia, mimo tego, co mówiła przez telefon, i weszła do sali dwie minuty przed dwunastą, w garsonce, z oczami czerwonymi od płaczu w samolocie. Usiadła w ostatnim rzędzie, nie odezwała się do nikogo, ale przyszła. Świadków było dwoje, gości siedmioro, tortu w ogóle nie było, tylko moja szarlotka, przywieziona w pudełku po butach, bo innego pojemnika nie znalazłam o siódmej rano.
Kiedy urzędniczka ogłosiła ich mężem i żoną, Agata odwróciła się do mnie pierwszej, jeszcze zanim pocałowała Marka, i powiedziała tylko:
— Widzisz. Czasem trzeba skoczyć, zanim się rozmyśli.
Wieczorem, już po wszystkim, siedziałyśmy we dwie na schodach przed urzędem, ona w białej sukience pożyczonej od kuzynki, ja z resztką szarlotki na kolanach, i rozmawiałyśmy o tym, jak to jest, iż jedna z nas zawsze skacze pierwsza, a druga zawsze łapie.
— Pamiętasz działkę pod Otwockiem? — zapytała nagle. — I ten domek z serwetki?
— Pamiętam. Wciąż noszę tę serwetkę w portfelu.
— To wybuduj go beze mnie. Albo zaczekaj na mnie dwa lata i wybudujemy razem, jak wrócę. Ale nie odkładaj tego w nieskończoność, tak jak ja nie odłożyłam ślubu.
Wróciłam na Grochów już po dziesiątej. W kuchni na stole stała ostatnia ćwiartka szarlotki, ta sama, którą upiekłam rano, zanim wszystko się zaczęło. Zapaliłam na niej jedną świeczkę, tę, która została w szufladzie po zeszłorocznych urodzinach, usiadłam przy stole sama i zdmuchnęłam ją, patrząc na serwetkę z rysunkiem domku, którą wyjęłam z portfela i rozłożyłam obok talerza.











