Marta stała w progu mieszkania na Pradze i patrzyła na walizkę teściowej, która zajmowała już pół przedpokoju.
— Zosia zaprosiła mnie na trzy tygodnie — oznajmiła Halina, poprawiając apaszkę. — Ale postanowiłam, iż zostanę u was. Rafał przecież sam nie da rady, kiedy ty jesteś w pracy do siódmej.
Rafał, mąż Marty, akurat wyszedł do sklepu po chleb i nie słyszał tej rozmowy. Gdyby słyszał, może stanąłby po stronie żony. A może nie — z Haliną nigdy nic nie było pewne.
— Halinko, umawiałyśmy się na weekendy — powiedziała Marta. Ścisnęła pasek od torebki, którą wciąż miała na ramieniu, tak mocno, iż skóra zabielała jej na kostkach. — Mamy z Rafałem swój rytm. Zosia naprawdę czeka na panią w Krakowie.
— Zosia ma dwoje małych dzieci i mało miejsca. A tu jest wygodnie. Poza tym kto ugotuje Rafałowi porządny rosół, jak nie ja?
Marta zdążyła się już nauczyć, iż za pozornie niewinnymi słowami kryje się żelazna determinacja. Teściowa od dwóch lat, odkąd owdowiała, traktowała mieszkanie syna jak przedłużenie własnego domu — a zdanie o rosole padało zawsze wtedy, kiedy chciała mieć ostatnie słowo.
Pierwszy tydzień minął w napiętej, ale znośnej atmosferze. Halina przestawiła szafki w kuchni, bo "tak było wygodniej", wyrzuciła proszek Persil, którym Marta prała od lat, i kupiła jakiś w różowym pudełku, bo poprzedni "podrażniał skórę". Kolację serwowała codziennie punktualnie o dziewiętnastej trzydzieści, niezależnie od tego, czy Marta zdążyła wrócić z pracy, czy nie.
— Nie może pani czekać ze mną? — spytała kiedyś Marta, patrząc na wystygły kotlet schabowy, na którym tłuszcz zdążył już zastygnąć w białe plamki.
— Rafał był głodny. Nie mogłam kazać mu czekać.
Rafał w takich chwilach wpatrywał się w telefon i przesuwał kciukiem po ekranie, jakby cała sytuacja go nie dotyczyła.
Trzecia sobota, dwudziesty trzeci sierpnia. Rocznica ślubu — cztery lata. Marta wyszła z pracy o piętnastej, dwie godziny wcześniej niż zwykle, bo zarezerwowała stolik na dziewiętnastą w małej restauracji na Mokotowie, tej z pergolą na zapleczu, gdzie jedli po ślubie. Wpadła do domu przebrać się w tę zieloną sukienkę, którą Rafał lubił.
Zastała Halinę przy jej biurku. Szuflada była wyciągnięta, a na blacie leżał rozłożony wyciąg z konta — Marta rozpoznała nagłówek banku z daleka.
— Co pani robi? — Marta stanęła w drzwiach, nie ruszając się dalej, jakby próg mógł ją jeszcze przed czymś powstrzymać.
— Szukałam nożyczek do kuchni. Zobaczyłam wyciąg i… Marto, sto osiemdziesiąt złotych za jedno wyjście do restauracji? Ja bym wam ugotowała żurek za jedną trzecią tej ceny.
Marta podeszła, zamknęła szufladę powoli, jakby zamykała coś kruchego, i wzięła ze stołu bilet-rezerwację, który leżał obok dokumentów, złożony na pół. Wsunęła go do kieszeni sukienki. Poszła do kuchni, gdzie Rafał kroił cebulę, mrużąc oczy.
— Musimy porozmawiać. Teraz. Bez twojej mamy w drugim pokoju.
Zaprowadziła go na balkon i zamknęła za sobą drzwi tak, iż szyba zabrzęczała w futrynie.
— Twoja mama grzebała w moich wyciągach z konta. Znowu. I znowu to ja mam się tłumaczyć z żurku za sto osiemdziesiąt złotych.
— Marta, ona tak ma. Nie chciała…
— Nie. Posłuchaj mnie. — Wyjęła z kieszeni zmięty bilet i pokazała mu go, nie rozkładając. — Mieliśmy dziś iść na kolację. Rocznicę. Cztery lata, Rafał. A ja stoję na balkonie i tłumaczę ci, dlaczego to jest nie w porządku, iż ktoś czyta moje wyciągi bankowe.
Rafał mnął w palcach rękaw swetra, patrzył na cebulowy sok, który miał jeszcze na palcach.
— Zawsze się bałem, iż jak postawię się mamie, to ją stracę.
— A mnie tracisz właśnie teraz. Na raty.
Milczał chwilę, otarł ręce o spodnie.
— Dobra. Odwiozę ją jutro rano.
Nazajutrz to Rafał, nie Marta, zapakował walizkę matki do bagażnika starego passata. Halina płakała przy pożegnaniu, mówiła coś o niewdzięczności, o tym, iż poświęciła synowi całe życie i iż taką ma teraz zapłatę. Rafał przytulił ją, poklepał po plecach dwa razy i powiedział, patrząc jej prosto w oczy:
— Kocham cię, mamo. Ale to jest nasz dom, mój i Marty. W niedziele zapraszam na obiad, ale jako gość, nie jako gospodyni.
Kiedy wrócił z dworca Warszawa Wschodnia, zastał Martę w kuchni — przestawiała szafki z powrotem, tak jak stały przed przyjazdem teściowej. Podszedł, objął ją od tyłu, oparł brodę o jej ramię.
— Zamówimy jeszcze ten stolik na dziewiętnastą? Może zdążymy.
Zdążyli na dwudziestą. Kelner w restauracji na Mokotowie, ten sam co cztery lata temu, tylko trochę bardziej siwy, postawił przed nimi dwa kieliszki prosecco i zapytał, czy to jakaś szczególna okazja.
— Rocznica — powiedział Rafał. — Cztery lata.
— I remont — dodała Marta, unosząc kieliszek. — Właśnie skończył się remont.
Kelner uśmiechnął się uprzejmie, nie rozumiejąc żartu, i odszedł po menu. Rafał stuknął się z nią kieliszkiem odrobinę za mocno, tak iż trochę wina wylało się na obrus, i roześmiał się, ocierając plamę serwetką.











