Mam siedemdziesiąt jeden lat i przez czterdzieści dwa lata małżeństwa nigdy nie powiedziałam mężowi, iż nienawidzę programów o tuningu samochodów. Nazywam się Krystyna, mój mąż to Zbigniew, mieszkamy w Bydgoszczy, w tym samym mieszkaniu przy Gdańskiej, odkąd pamiętam. I dopiero w tym roku, przez głupi telewizorek kupiony do dawnego pokoju syna, dowiedziałam się, iż przez dwadzieścia lat robiłam z siebie ofiarę, której nikt nie prosił, żeby nią była.
Zacznę od kolacji. U nas zawsze o dziewiętnastej trzydzieści, bo Zbyszek ma cukrzycę i musi jeść o stałych porach. Potem on zmywa, ja wycieram blat, wyrzucam resztki dla kota sąsiadki z parteru, który przychodzi pod nasze okno prawie codziennie. I siadamy na kanapie. Przez lata ten moment wyglądał zawsze tak samo: on bierze pilota, ja mówię „włącz, co chcesz", i oglądamy to, co lubi on. Debaty w telewizji publicznej, mecze Zawiszy Bydgoszcz, filmy wojenne, i te straszne programy o przerabianiu starych bmw, których nie rozumiem do dziś. Czasem coś mruczałam pod nosem, żeby wyglądało, iż słucham, a tak naprawdę robiłam na drutach albo przewijałam telefon.
Nie uważałam się za potulną żonę. W innych sprawach zawsze miałam swoje zdanie — gdzie jedziemy latem, jaką kanapę kupujemy, do jakiego lekarza chodzi wnuczka. Ale przy telewizorze coś się we mnie wyłączało. Mówiłam „mi wszystko jedno" i tyle.
Wszystko zaczęło się psuć przez serial. Koleżanka z klatki, Bożena, poleciła mi jakiś kryminał skandynawski. Puściłam pierwszy odcinek pewnego wtorku, kiedy Zbyszek pojechał po wnuki do Fordonu. Wciągnęło mnie tak, iż nie zauważyłam, jak wrócił. Do końca odcinka zostało jakieś piętnaście minut, może osiemnaście. Usiadł obok, popatrzył chwilę i po pięciu minutach zapytał, czy możemy przełączyć na wiadomości. Wyłączyłam serial bez słowa.
To mnie zabolało. Ale bardziej zabolało to, co zrozumiałam później, leżąc już w łóżku: on w ogóle nie zauważył, iż ja coś oglądam. Dla niego telewizor grający obok mnie był po prostu tłem, tak jak radio w kuchni. Nie przyszło mu do głowy, iż mam swój program, bo przez dwadzieścia lat nie miałam żadnego.
Miesiąc później nasz zięć, elektryk z zawodu, powiesił w pokoju po synu stary telewizor po teściach — mieliśmy go zapakowany w kartonie od trzech lat. Pomysł był taki, żeby Zbyszek oglądał tam mecze, kiedy u mnie w salonie są koleżanki na kawie. Ale pewnego wieczoru wzięłam kubek melisy, poszłam do tamtego pokoju, przymknęłam drzwi na tyle, żeby nie było słychać dźwięku z salonu, i usiadłam w starym fotelu syna, tym z podartym obiciem na oparciu. Zostałam tam prawie dwie godziny.
Zrobiłam to następnego dnia. I kolejnego. Na początku było wspaniale. Oglądałam filmy, jakieś teleturnieje, program podróżniczy o Portugalii, bez komentarzy w tle typu „ten silnik to złom". Ale po kilku tygodniach zauważyłam coś, co mnie zaniepokoiło: praktycznie przestaliśmy spędzać wieczory razem. Kolacja, zmywanie, i każde do swojego ekranu.
Pewnego dnia Zbyszek zapytał wprost, czy jestem na niego zła. Powiedziałam, iż nie.
— Bo ty już w ogóle ze mną nie siedzisz.
Przypomniałam mu, iż przez lata siedziałam obok niego, oglądając rzeczy, które mnie zupełnie nie interesowały. Naprawdę był zdziwiony. Był przekonany, iż lubię te jego programy.
— Nigdy nie powiedziałaś, iż nie chcesz — odparł.
I miał rację. To mnie zdenerwowało najbardziej. Latami zbierałam w sobie tę małą pretensję, o której nigdy głośno nie mówiłam. Oczekiwałam, iż sam się domyśli, iż się nudzę, podczas gdy ja mówiłam, iż mi wszystko jedno.
Tego wieczoru pokłóciliśmy się, choć bez krzyków — u nas nigdy nie ma krzyków, mieszkanie za małe, ściany za cienkie. Ja mu wypomniałam, iż nigdy nie pytał. On mi wypomniał, iż udawałam. Żadne z nas nie miało całkowitej racji.
Następnego dnia usiedliśmy przy stole kuchennym, ja z herbatą, on z kawą bez cukru — wódz mu ostatnio kazał ograniczyć — i wymyśliliśmy coś, co dwadzieścia lat wcześniej byłoby śmiesznie proste do ustalenia. Dwa wieczory w tygodniu wybieram ja, dwa wybiera on, a jeżeli komuś nie odpowiada wybór drugiej osoby, może po prostu iść do pokoju obok, bez robienia z tego dramatu. W piątki staramy się znaleźć coś dla obojga.
Pierwszy wieczór, który był mój, puściłam ten sam skandynawski kryminał od początku. Zbyszek twierdził, iż będzie się śmiertelnie nudził. Po pół godziny to on prosił, żebym cofnęła, bo nie zrozumiał jednej kwestii. Tydzień później obejrzałam z nim dokument o historii Zawiszy — od czasów, kiedy klub jeszcze grał w ekstraklasie — i, ku mojemu zdziwieniu, wciągnęło mnie to bardziej niż się spodziewałam.
Nie chodzi o to, iż teraz lubimy dokładnie to samo. Chodzi o to, iż po raz pierwszy oboje wiemy, co tak naprawdę lubi to drugie.
Ale to nie wszystko. Bo kiedy już wprowadziliśmy ten grafik, przypomniałam sobie o czymś, co odkładałam od lat — abonamencie na siłownię dla seniorów przy hali Łuczniczka, który opłacałam co miesiąc, sto dwadzieścia złotych, a na który nigdy nie chodziłam, bo wieczorami zawsze „musiałam" siedzieć z Zbyszkiem przed telewizorem. Zadzwoniłam, zrezygnowałam z karnetu, a te pieniądze przełożyłam na zajęcia z akwareli w domu kultury na Wyżynach, we wtorki, kiedy telewizor akurat należy do Zbyszka. Nikt mi tego nie zabronił. Po prostu przez dwadzieścia lat sama sobie tego nie pozwalałam.
Zbyszek, kiedy dowiedział się o rezygnacji z siłowni, tylko wzruszył ramionami i powiedział, iż w takim razie on w te wtorki zaprosi kolegę z klatki, tego od bmw, i obejrzą sobie te swoje programy o silnikach na głos, bez żadnych przeprosin.
Śmialiśmy się z tego długo. I chyba po raz pierwszy od bardzo dawna oboje wiedzieliśmy dokładnie, dlaczego się śmiejemy.
















