Szachy losu

twojacena.pl 1 tydzień temu

Elżbieta Marczak miała dziewięć lat, kiedy ojciec, urzędnik sądowy w Kaliszu, postawił przed nią na kuchennym stole drewnianą szachownicę i pokazał, jak chodzi skoczek. To był rok 1913, a w mieszkaniu przy ulicy Górnośląskiej pachniało wtedy kapustą kiszoną, którą matka trzymała w beczce na balkonie. Nikt wtedy nie przypuszczał, iż z tej dziewczynki wyrośnie kobieta, o której później napiszą książki.

Szachy nie były dla niej od razu powołaniem. Studiując ekonomię w Poznaniu, traktowała je jako niedzielny rytuał odziedziczony po ojcu, coś między obowiązkiem rodzinnym a rozrywką. Dopiero praca księgowej w krakowskiej fabryce włókienniczej dała jej stały grunt pod nogami — i to właśnie wtedy, w połowie lat trzydziestych, po godzinach spędzanych nad kolumnami cyfr, zaczęła grywać w miejscowym klubie szachowym. Wykrystalizował się wówczas jej styl: agresywny, kombinacyjny, taki, iż przeciwnicy zaczynali się jej bać jeszcze przed pierwszym posunięciem. Liczenie wariantów przychodziło jej z tą samą chłodną precyzją, z jaką zamykała bilans fabryki co miesiąc — każdy ruch musiał się zgadzać, każda kombinacja miała prowadzić do konkretnego wyniku. Przez kilka sezonów z rzędu nikt nie potrafił odebrać jej tytułu mistrzyni Krakowa.

Ale prawdziwy sprawdzian nie odbył się przy szachownicy.

Wrzesień 1939 roku. Ta sama fabryka włókiennicza dostała rozkaz natychmiastowej ewakuacji. Dorośli mieli wyjechać pociągiem towarowym w ciągu doby — ale dzieci pracowników, kilkuset chłopców i dziewczynek, zostały na miejscu, bo nikt nie zdążył zorganizować dla nich transportu. Elżbieta wysiadła z odjeżdżającego składu na stacji pod Krakowem i wróciła.

Przez dziewiętnaście dni wybijała u kolejarzy wagony, żebrała o konserwy w magazynach wojskowych, nosiła gorączkujące dzieci na rękach do lekarza w sąsiedniej wsi. Liczyła wszystko — ile dzieci zmieści się w jednym wagonie, ile konserw starczy na dwa dni drogi, ile godzin ma jeszcze przed nadciągającym frontem. Te same rachunki, które kiedyś prowadziła nad szachownicą, teraz układała nad listą nazwisk, próbując przewidzieć, który ruch da dzieciom szansę, a który je zgubi. Skład, który w końcu udało się złożyć, wiózł dwieście osiemdziesiąt sześć dzieci na wschód, z dala od frontu. Jedna z dziewczynek zapamiętała potem, iż pani Marczak przez całą drogę nie zdjęła tego samego szarego płaszcza i dzieliła między dzieci ostatnią puszkę pasztetu łyżeczką od kompotu — bo inne sztućce się zgubiły.

Sama Elżbieta później, już jako starsza kobieta, mówiła znajomym, iż tamten pociąg uważa za swoje największe zwycięście. Większe niż wszystko, co przyszło potem przy szachownicy.

A przyszło sporo. Po wojnie wróciła do gry — najpierw z niedowierzaniem, potem z determinacją, jakby chciała odzyskać coś, co jej zabrano. W 1949 roku pojechała do Moskwy na mistrzostwa świata kobiet.

Decydująca partia turnieju rozegrała się w przedostatniej rundzie, przeciwko sowieckiej mistrzyni, faworytce całych zawodów, o której w kuluarach mówiono, iż nie przegrała żadnej partii od trzech lat. Sala grała ciszej niż zwykle, jakby wszyscy wstrzymali oddech razem z zawodniczkami. W dwudziestym siódmym posunięciu Elżbieta poświęciła wieżę — ruch, który komentatorzy nazwali potem szaleństwem, bo odsłaniał jej króla na kilkanaście kluczowych pól. Ręka przeciwniczki zawisła nad figurą dłużej niż zwykle, palce dotknęły skoczka, cofnęły się, dotknęły wieży. Zegar szachowy tykał głośno w ciszy sali. Elżbieta siedziała nieruchomo, z twarzą pozbawioną wyrazu, licząc w głowie warianty tak samo, jak kiedyś liczyła wagony i konserwy — bo wiedziała, iż jeden błędny rachunek kosztuje wszystko. Sowietka zagrała skoczkiem. To był błąd. Osiem posunięć później oddała partię.

Turniej wygrała bezapelacyjnie. Wiceprezydent Międzynarodowej Federacji Szachowej włożył jej na głowę wieniec laurowy i ogłosił mistrzynią świata.

Zdjęcia z tamtej ceremonii obiegły potem prasę sportową w kilkunastu krajach. Kobieta w ciemnej sukience, uśmiechnięta, otoczona flashami. Nikt z fotografów nie wiedział, iż dwa pokoje, do których ona wróci z Moskwy, dzieli z sąsiadami wspólną kuchnię i iż w łazience na końcu korytarza trzeba stać w kolejce.

Bo tak właśnie wyglądało życie mistrzyni świata w tamtych czasach — bez kontraktów reklamowych, bez willi, bez niczego, co przysługiwałoby jej gdziekolwiek indziej. Złoty medal mistrzyni, ten sam, który błyszczał na fotografiach, trafił po latach do gabinetu dentystycznego — Elżbieta oddała go na przetopienie, żeby zapłacić za koronki. A wieniec laurowy, ten prawdziwy, z gałązek, sama Elżbieta trzymała w kredensie, owinięty w gazetę, aż pewnej zimy, gdy w sklepach zabrakło warzyw na rosół, listek po listku trafił do garnka z zupą.

Syn Elżbiety, Tadeusz, opowiadał tę historię swojej córce dopiero wiele lat później, kiedy sam był już po sześćdziesiątce. Robił to bez goryczy, raczej z takim spokojnym rozbawieniem, z jakim opowiada się rodzinne anegdoty. Mówił, iż matka nigdy nie żałowała tego wieńca — śmiała się, iż przynajmniej raz w życiu laury przydały się na coś konkretnego.

Elżbieta Marczak zmarła w 1986 roku, mając osiemdziesiąt jeden lat. W jej rodzinnym mieście od kilkunastu lat, na przełomie sierpnia i września, odbywa się turniej szachowy jej imienia. Podczas ostatniej edycji ośmioletnia dziewczynka, siedząca przy skrajnej planszy, przesunęła skoczka dokładnie tak, jak dziewięćdziesiąt lat wcześniej pokazał to małej Elżbiecie jej ojciec, i zapytała sędziego szeptem, czy to był dobry ruch. Sędzia, starszy pan pamiętający jeszcze czasy powojenne, odpowiedział tylko, iż dobry ruch to taki, po którym ktoś jeszcze zdąży zrobić następny.

Idź do oryginalnego materiału