Ela Wrzesień odkłada widelec i pyta, czy ktoś w ogóle sprawdzał, jak nazywa się ta miejscowość, zanim gmina podpisała umowę na budowę oczyszczalni. Siedzimy w "Pod Lipami" w Nowej Soli, jest środa, na zewnątrz mży, a kelnerka trzeci raz wraca z tym samym pytaniem o deser, bo nikt jej nie odpowiada — wszyscy gapimy się w telefon Eli.
— Psia Górka — czyta na głos Marek, jej mąż, księgowy w spółdzielni mieszkaniowej. — To niedaleko Żagania. Serio tak się nazywa.
Śmieje się, ale zaraz jego twarz twardnieje, jakby coś sobie przypomniał.
— Serio tak się nazywa i przez to serio mam przez nią przechlapane — mówi i odkłada telefon na obrus.
Ela patrzy na niego, czeka. Marek wyjmuje z teczki, którą zawsze nosi choćby na kolację, bo prosto z biura, złożoną kartkę. To pismo z zakładu wodociągów w Żaganiu. Nagłówek: "Ostateczne wezwanie do zapłaty. Groźba wstrzymania dostawy wody."
— To nie moje — mówi Marek. — To znaczy, moje, bo prowadzę księgowość dla firmy, która budowała tam przyłącze. Ale rachunek jest wystawiony na wieś. Nie na odbiorcę, nie na numer działki. Na "Psia Górka" jako płatnika. System księgowy zakładu przy fakturowaniu zbiorczym wymaga nazwiska albo nazwy firmy, a ktoś, kto to wpisywał manualnie, wrzucił nazwę miejscowości w pole "płatnik", bo pomyślał, iż to jakiś skrót nazwiska. I odtąd wszystko poszło źle.
Zaczęło się trzy tygodnie temu. Firma, dla której Marek prowadzi księgi, skończyła budowę przyłącza wodociągowego do dziewięciu gospodarstw w Psiej Górce. Zakład wodociągów w Żaganiu miał obciążyć mieszkańców indywidualnie, każdego według licznika. Zamiast tego wystawił jedną zbiorczą fakturę na sumę osiemnaście tysięcy czterysta złotych, z płatnikiem "Psia Górka", i wysłał ją na adres firmy budowlanej, bo to ona figurowała jako wykonawca w systemie.
— Zadzwoniłem tam pierwszego dnia — mówi Marek. — Pani w księgowości powiedziała, iż faktura jest wygenerowana automatycznie i nie da się jej anulować bez decyzji kierownika działu rozliczeń, a kierownik jest na urlopie do poniedziałku. Zadzwoniłem w poniedziałek. Kierownik powiedział, iż musi to zgłosić do informatyków, bo system nie pozwala zmienić płatnika na fakturze już wystawionej, trzeba wystawić korektę, a korekta wymaga zgody głównej księgowej. Główna księgowa była na szkoleniu.
Ela kręci głową, ale nie z niedowierzaniem — z tym rodzajem zmęczenia, jakie ma się po latach słuchania podobnych historii od męża.
— I co teraz? — pyta.
— Termin płatności minął we wtorek — mówi Marek. — Dostałem telefon, iż jeżeli do piątku nie będzie wpłaty, wstrzymują dostawę wody dziewięciu gospodarstwom. Nie firmie. Ludziom. Bo w systemie przyłącze jest przypisane do tej faktury, a faktura jest niezapłacona.
Kelnerka podchodzi znowu, tym razem nikt jej choćby nie zauważa.
— Rozmawiałeś z kimś w gminie? — pyta Ela.
— Wójt jest na L4. Zastępca mówi, iż to sprawa między wykonawcą a zakładem wodociągów, gmina nie jest stroną. Zadzwoniłem do prezesa naszej firmy, mówi, żebym to załatwił, bo po to mnie zatrudnia. Zadzwoniłem znowu do zakładu, powiedzieli, iż korekta jest w trakcie przygotowania, ale nie mogą obiecać terminu, bo system księgowy synchronizuje się z bazą raz na dobę, w nocy, i jeżeli coś pójdzie nie tak przy synchronizacji, trzeba czekać do następnej nocy.
— Czyli do piątku nic się nie zrobi — mówi Ela.
— Czyli do piątku dziewięć rodzin traci wodę, bo urzędniczka wpisała nazwę wsi w pole na nazwisko — mówi Marek i chowa pismo z powrotem do teczki, jakby chciał je na chwilę przestać widzieć.
Zosia, ich siedemnastoletnia córka, przestaje nagrywać ekran telefonu, którym przed chwilą zbierała śmieszne nazwy miejscowości do rolki.
— A jak wygląda ta wieś? — pyta. — Ci ludzie, co mają stracić wodę.
— Dziewięć domów, głównie starsi ludzie, kilka rodzin z dziećmi. Byłem tam dwa razy przy odbiorze robót. Jedna z gospodyń robiła mi kawę na tym przyłączu, jakby to była atrakcja turystyczna, bo pierwszy raz w życiu miała bieżącą wodę bez przerw.
Ela odsuwa talerz.
— To jedziemy tam jutro — mówi. — Nie do zakładu wodociągów. Do gminy. Osobiście.
— Zastępca powiedział, iż to nie jego sprawa.
— To niech powie to prosto w oczy, a nie przez telefon.
Następnego dnia rano Marek bierze urlop na żądanie, Ela dzwoni do pracy, iż przyjdzie później, i całą trójką — bo Zosia nie chce zostać w domu, mówi, iż to i tak lepszy materiał niż śmieszne nazwy — jadą do Żagania. W urzędzie gminy zastępca wójta, młody mężczyzna w za dużej marynarce, na początku powtarza to samo co przez telefon, ale Marek kładzie przed nim wydruk faktury i pismo o wstrzymaniu dostawy wody, obok kopii umowy, w której czarno na białym gmina jest inwestorem przyłącza.
— To wasza inwestycja — mówi Marek. — Zakład wodociągów to spółka, w której gmina ma pięćdziesiąt jeden procent udziałów. jeżeli do piątku nie ma korekty, ja jutro dzwonię do lokalnej telewizji i mówię, iż gmina odcina wodę dziewięciu rodzinom, bo ktoś pomylił nazwę wsi z nazwiskiem.
Zastępca patrzy na papiery, potem na Marka, potem sięga po telefon i dzwoni bezpośrednio do prezesa zakładu wodociągów, nie do sekretariatu, tylko na komórkę, którą ma zapisaną w kontaktach jako "Krzysiek — kolega ze studiów". Rozmowa trwa dziewięć minut. Zosia filmuje kawałek, potem chowa telefon, bo atmosfera robi się zbyt poważna na rolkę.
— Krzysiek mówi, iż wystawią korektę manualnie, poza systemem, jeszcze dziś po południu, z podziałem na dziewięciu odbiorców według faktycznego zużycia — mówi zastępca, odkładając słuchawkę. — I iż dostawa nie zostanie wstrzymana, bo formalnie termin płatności biegnie od doręczenia poprawnej faktury, a ta jeszcze nie została doręczona nikomu poza wami.
Marek siedzi chwilę bez ruchu, jakby dopiero teraz dotarło do niego, iż to koniec, a nie kolejny etap.
— To wszystko? — pyta. — Trzy tygodnie telefonów i to się rozwiązuje w dziewięć minut?
— Bo pan zadzwonił nie tam, gdzie trzeba, tylko przyjechał tam, gdzie trzeba — mówi zastępca i po raz pierwszy się uśmiecha.
Wieczorem wracają do Nowej Soli i, już bez wcześniejszych planów, lądują znowu w "Pod Lipami", bo Zosia mówi, iż należy im się kolacja po takim dniu. Ta sama kelnerka, poznaje ich, pyta żartem, czy znowu będą liczyć śmieszne nazwy wsi.
— Nie — mówi Marek. — Dzisiaj tylko sernik. Ale zapłacony na adekwatne nazwisko, obiecuję.
Kelnerka stawia talerz, tym razem zamówiony poprawnie, i Marek zjada go sam, bo ani Ela, ani Zosia nie mają już siły na deser. Telefon leży na stole ekranem w dół, po raz pierwszy tego wieczoru nikt w niego nie patrzy.











