Anna Kowalska od dwudziestu lat prowadziła mały sklep spożywczy przy ulicy Kwiatowej w Radomiu. Zegar nad drzwiami wybił szesnastą, kiedy do środka wszedł mężczyzna w wymiętej kurtce, którego nie widziała od siedmiu lat.
— Marek — powiedziała, odstawiając skrzynkę z jabłkami na ladę.
Nie spodziewała się, iż kiedykolwiek jeszcze zobaczy swojego byłego męża. Ostatni raz rozmawiali w sądzie, gdzie podpisał papiery i zniknął, zostawiając ją z dwunastoletnią córką i kredytem na mieszkanie. Teraz stał przy wejściu, trzymając w rękach reklamówkę z apteki, i milczał.
— Potrzebuję pomocy — powiedział w końcu. — Ula jest chora. Poważnie chora.
Ula. Ich córka, teraz dziewiętnastoletnia, mieszkała z Anną od rozwodu i od trzech lat nie odzywała się do ojca. Anna wytarła ręce w fartuch i czekała, aż powie coś więcej, ale on tylko patrzył na regał z konserwami, jakby szukał tam odpowiedzi.
— Białaczka — wydusił wreszcie. — Wykryli miesiąc temu. Potrzebuje przeszczepu szpiku, a ja… ja się nie nadaję, sprawdzili. Zostałaś tylko ty.
Sklep był pusty, tylko z radia na zapleczu dobiegała cicha melodia. Anna oparła się o ladę, czując, jak zimno wchodzi jej pod skórę mimo grzejnika w rogu.
— Dlaczego ona sama mi nie powiedziała?
— Bo się wstydzi. Bo myśli, iż cię zawiodła, kiedy przestała dzwonić. — Marek postawił reklamówkę na podłodze. — Anka, ja wiem, iż nie mam prawa tu przychodzić. Ale to jej jedyna szansa.
Przez chwilę Anna myślała o tych trzech latach ciszy — o kartkach urodzinowych, które wracały nieotwarte, o telefonach, które Ula odrzucała, o pustym krześle przy wigilijnym stole. Pomyślała też o nocach, kiedy dziewczynka jako dziecko przychodziła do jej łóżka po koszmarach, a ona obiecywała, iż zawsze będzie blisko.
— Gdzie ona jest?
— W szpitalu przy Alei Wojska Polskiego. Sala trzysta cztery.
Anna zdjęła fartuch, powiesiła na haku obok kasy i zawołała sąsiadkę z warzywniaka, żeby popilnowała sklepu. Nie zapytała Marka, czy pojedzie z nią. Wyszła na ulicę, gdzie sierpniowe słońce jeszcze grzało chodnik, i ruszyła w stronę przystanku, nie oglądając się, czy idzie za nią.
Szpital pachniał środkiem dezynfekującym i kawą z automatu. Na trzecim piętrze pielęgniarka wskazała jej salę, a Anna zatrzymała się przed drzwiami, próbując poukładać w głowie zdania, które przez lata sobie wyobrażała, iż kiedyś powie córce. Żadne nie pasowało.
Ula leżała pod kroplówką, chudsza, niż Anna ją pamiętała, z chustką zawiązaną na łysej głowie. Kiedy zobaczyła matkę w progu, odłożyła telefon i przez chwilę obie milczały, jakby czekały, kto pierwszy się odezwie.
— Nie chciałam, żebyś się dowiedziała w ten sposób — powiedziała Ula.
Anna usiadła na brzegu łóżka, wzięła córkę za rękę, w której tkwiła kaniula, i poczuła, jak drży.
— A ja nie chciałam, żebyś przez te trzy lata myślała, iż musisz radzić sobie sama.
Rozmawiały do wieczora — o badaniach, o terminach, o tym, co czeka je w najbliższych tygodniach. Marek stał w drzwiach, nie wchodząc do środka, dopóki Ula sama go nie zawołała. Wtedy usiadł po drugiej stronie łóżka, a Anna po raz pierwszy od lat nie czuła do niego gniewu — tylko zmęczenie i coś na kształt ulgi, iż przyszedł.
Badania zgodności przeprowadzono trzy dni później. Anna czekała na wynik w poczekalni, obracając w palcach kubek z niedopitą herbatą, aż lekarka wyszła z kartką i uśmiechem, którego nie trzeba było tłumaczyć.
Przeszczep odbył się we wrześniu. Anna leżała na sąsiedniej sali, patrząc w sufit i licząc kafelki, żeby nie myśleć o igle w swoim biodrze. Kiedy wieczorem pielęgniarka przewiozła ją na chwilę do córki, Ula spała, a na stoliku obok stało zdjęcie sprzed lat — Anna, Marek i mała dziewczynka na huśtawce w parku Kościuszki.
Anna wzięła zdjęcie do ręki, popatrzyła na nie długo, potem odłożyła je z powrotem, dokładnie w to samo miejsce, i usiadła przy łóżku czekać, aż córka się obudzi.











