Karolina siedziała w kuchni przy ulicy Kościuszki w Bydgoszczy, a za oknem powoli gasło sierpniowe niebo. Na blacie stał kubek z wystygłą herbatą i telefon z otwartym notatnikiem — pustym od dwóch godzin. Sąsiadka z góry znowu przesuwała meble, ktoś w telewizorze za ścianą komentował mecz, a ona wciąż nie mogła napisać ani jednego zdania.
Minęły trzy miesiące, odkąd Teresa, jej matka, zmarła w szpitalu przy Jurasza. Trzy miesiące, jedenaście dni i, jak Karolina policzyła tego wieczoru, dokładnie sto trzy telefony, których nie wykonała, bo nie było już do kogo dzwonić.
Zaczęło się od zwykłej sprzątanki. Karolina miała uporządkować mieszkanie matki przy Gdańskiej, żeby zdążyć przed wizytą notariusza. Otworzyła szafę w sypialni i natrafiła na pudełko po butach, przewiązane sznurkiem od pieczonego kurczaka — Teresa nigdy nie kupowała wstążek, zawsze używała tego, co akurat było pod ręką. W środku leżały listy. Kilkadziesiąt kartek, zapisanych drobnym, pochyłym pismem matki, każda zaadresowana do jej własnej matki, zmarłej dwadzieścia lat wcześniej. Teresa pisała do zmarłej mamy przez dwie dekady. O pogodzie, o wnukach, o tym, iż tęskni.
Karolina osunęła się na podłogę między rozsypanymi swetrami. Palcami wygładzała zagięty róg jednej z kartek, raz, drugi, trzeci, jakby od tego zależało, czy papier się nie rozpadnie. Tego samego wieczoru, już w swoim mieszkaniu, otworzyła notatnik w telefonie i zaczęła pisać do matki. Nie list na papierze — bała się, iż go zgubi, zniszczy, iż ktoś przeczyta. Wolała, żeby to zostało tylko jej.
Pisała nieregularnie. Czasem raz w tygodniu, czasem trzy razy dziennie, kiedy coś ją bolało tak, iż nie dawała rady milczeć. Pisała o córce, Zosi, która skończyła siedem lat i zapytała kiedyś, czy babcia Teresa widzi ją z nieba, kiedy jeździ na rowerze. Pisała o mężu, Piotrze, który nie rozumiał, dlaczego wciąż nie może wyrzucić starego szlafroka matki, choć od miesięcy wisiał bezużytecznie na haczyku w łazience. Pisała, iż brakuje jej tego chrapliwego, papierosowego głosu, którym Teresa nigdy nie przestała mówić, mimo iż lekarz kazał jej rzucić palenie jeszcze piętnaście lat temu.
Tego wieczoru w sierpniu, kiedy siedziała nad wystygłą herbatą, Karolina otworzyła cały plik od początku i przeczytała wszystko po kolei. Sto trzydzieści osiem wpisów. Ostatni napisała dziś.
*Cześć, Mamo. Ostatnio śniło mi się, iż dzwonisz i pytasz, czy podlałam te twoje pelargonie na balkonie — a przecież ich już nie ma, oddałam je pani z czwartego piętra, bo sama nie umiem ich utrzymać przy życiu tak jak Ty. Zosia dzisiaj powiedziała "dej" zamiast "daj", dokładnie tak jak Ty mówiłaś, kiedy się śpieszyłaś, i przez sekundę myślałam, iż się przesłyszałam. Piotr znowu nie wyrzucił Twojego szlafroka. Ja też bym nie umiała. Wiesz, ciągle mam ten Twój numer w kontaktach, pod literą M, i czasem, jak szukam czegoś w telefonie, przesuwam palcem za gwałtownie i widzę go, i serce mi się zatrzymuje na sekundę, zanim przypomnę sobie, iż nie mogę już zadzwonić. Dzisiaj Marcin zapytał, co zrobię z mieszkaniem. Powiedziałam, iż jeszcze nie wiem. Ale wiem, Mamo. Chcę tam pomieszkać. Sama. Chociaż trzy tygodnie.*
Zamknęła telefon i przez chwilę patrzyła na czarny ekran, w którym odbijała się lampa nad kuchennym stołem.
Następnego dnia pojechała do notariusza przy placu Wolności. Marcin już czekał w poczekalni, nerwowo obracając w palcach kubek kawy z automatu. Podpisali dokumenty — mieszkanie po pięćdziesiąt procent na każde z nich, konto oszczędnościowe z sumą dwudziestu sześciu tysięcy złotych do podziału, polisa ubezpieczeniowa do rozliczenia w banku przy Focus Mall.
Kiedy wyszli na zewnątrz, Marcin od razu wspomniał o pośredniku, którego już umówił na oględziny mieszkania przy Gdańskiej — w przyszły czwartek, mówił, im szybciej sprzedadzą, tym szybciej się rozliczą, a jemu pieniądze były potrzebne na wkład własny do kredytu. Karolina powiedziała, iż nikogo nie wpuści w czwartek. Że chce tam pomieszkać, sama, zanim odda klucze obcym ludziom.
Marcin się zaśmiał, krótko, bez wesołości, i zapytał, czy ona w ogóle rozumie, iż to nie jest sentymentalna wycieczka, tylko majątek, który trzeba podzielić, zanim któreś z nich zwariuje na tych rocznicach. Powiedział, iż ona zawsze robiła z matki relikwię, a to on dzwonił do niej co niedzielę, kiedy Karolina "była zajęta swoim życiem w Bydgoszczy", choć mieszkały w tym samym mieście. Karolina odpowiedziała, iż skoro tak dobrze pamięta te niedziele, to niech sobie przypomni też, kto siedział przy matce w szpitalu przez ostatnie trzy tygodnie, kiedy on odwiedzał ją "między spotkaniami". Stali na chodniku przed kancelarią, on z kubkiem zimnej już kawy, ona z torebką dokumentów przyciśniętą do boku, i przez chwilę żadne z nich się nie odzywało.
W końcu Marcin powiedział, iż da jej te trzy tygodnie. Ale iż po dwudziestym pierwszym września wystawia mieszkanie na sprzedaż, z nią czy bez niej.
Zrobiła to we wrześniu. Wzięła urlop, zostawiła Zosię z Piotrem i przeniosła się na trzy tygodnie do mieszkania matki. Pierwszego wieczoru usiadła przy tym samym kuchennym stole, przy którym Teresa piła swoją poranną kawę przez ostatnie dwadzieścia lat. Na blacie wciąż stał słoiczek z cukrem, w którym tkwiła zaschnięta łyżeczka. Karolina wyjęła ją, umyła, odłożyła na suszarkę i dopiero wtedy otworzyła telefon, żeby napisać ostatni wpis w notatniku.
Dwudziestego pierwszego września, dzień przed terminem ultimatum Marcina, spakowała swoje rzeczy do dwóch toreb. Przy drzwiach, na komodzie, zostawiła dla niego kopertę z połową pieniędzy, które znalazła w starej puszce po kawie w kuchennej szafce — o których nie wiedział, bo nie szukał, tylko od razu chciał sprzedawać. Zadzwoniła do niego i powiedziała po prostu: mieszkanie jest twoje do wystawienia, zrobiłam swoje.
Potem założyła nowe konto — nie w telefonie, tylko prawdziwy zeszyt w twardej oprawie, kupiony w kiosku na rogu Gdańskiej i Chodkiewicza. Na pierwszej stronie napisała imię córki, tak jak zapisywała je matka na pierwszej stronie swojego kalendarza co roku, tym samym pochyłym pismem, którego Karolina nauczyła się właśnie z tamtych listów przewiązanych sznurkiem od kurczaka.











