Pracuję jako bileter w kinie studyjnym "Iluzja" przy ulicy Piotrkowskiej w Łodzi od jedenastu lat. Widziałem tysiące twarzy przy kasie, ale tę zapamiętałem, bo facet stał przy gablocie z plakatami może dwadzieścia minut, zanim w ogóle podszedł do okienka.
Był wtorek, koniec października, na dworze mżyło, a w foyer pachniało mokrą wełną i popcornem z automatu, który zawsze psuje się w najgorszym momencie. Tego dnia akurat działał. Grałem wtedy w telefonie w jakąś głupią grę, czekając na przerwę, kiedy on w końcu podszedł.
Miał może sześćdziesiąt kilka lat, płaszcz przemoczony na ramionach, w ręku trzymał teczkę z tektury, tę starą, wiązaną na tasiemkę. Zapytał, czy możemy puścić retrospektywę Tadeusza Marlowe'a — mieliśmy wtedy cykl filmów tego aktora, zmarłego już, ale kiedyś ogromnie popularnego, gwiazdy kina lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Powiedziałem, iż seans za czterdzieści minut, sala trzecia. Podziękował i usiadł na ławce pod oknem, tej samej, na której zawsze śpi nasz kot, Zenek, przygarnięty przez kierowniczkę.
Nie wiedziałem wtedy, kim jest ten człowiek. Dopiero jak sprzedawałem mu bilet, zauważyłem na teczce wywieszkę z nazwiskiem — Roman Kaczkowski, aktor. Skojarzyłem twarz z serialu, który leciał kiedyś w telewizji, coś o lekarzach na prowincji. Nie powiedziałem nic, bo nie lubię, jak ludzie się gapią, sam bym tego nie chciał.
Otworzył teczkę na kolanach i zaczął przekładać coś w środku — koperty z pożółkłego papieru, może z dziesięć, każda podpisana ołówkiem w rogu. Liczył je, przesuwając palcem po brzegach, jakby sprawdzał, czy wszystkie są na miejscu. Przy jednej zatrzymał się dłużej, obrócił ją, znowu odłożył na sam wierzch stosu. Potem schował wszystko do teczki i zawiązał tasiemkę na dwa węzły, mocniej niż trzeba.
Kiedy sala się otworzyła, zebrałem bilety przy wejściu — może piętnaście osób, głównie starsi ludzie, którzy pamiętają Marlowe'a z czasów, gdy jeszcze grywał. Kaczkowski usiadł w ostatnim rzędzie, sam, teczkę trzymał na kolanach przez cały seans, nie odkładał jej choćby na sąsiednie krzesło. Zajrzałem do sali w połowie filmu, bo trzeba było sprawdzić, czy klimatyzacja działa — u nas ciągle coś się psuje, budynek ma sześćdziesiąt lat. Zobaczyłem, iż siedzi wyprostowany, ręce na teczce, i nie odrywa oczu od ekranu, na którym Marlowe, młody, jeszcze przed czterdziestką, gra scenę w jakiejś oberży.
Po seansie ludzie wychodzili powoli, gadając między sobą, jak to zwykle po retrospektywach. Kaczkowski został na sali, aż wszyscy wyszli. Kiedy w końcu pojawił się w foyer, twarz miał inną niż przy kasie — jakby coś w nim po drodze pękło. Podszedł do mnie i zapytał, czy nie mam może długopisu, bo musi coś sprawdzić. Dałem mu swój, ten reklamowy, z logo sieci kin. Usiadł z powrotem na ławce, otworzył teczkę i zaczął wyjmować koperty jedna po drugiej, kładąc je obok siebie w rzędzie, jak karty do pasjansa.
Doszedł do siódmej koperty i znieruchomiał. Otworzył ją, wysunął odbitkę, obejrzał z obu stron, potem jeszcze raz, jakby liczył, iż coś się na niej pojawi. Fotografia była pusta z tyłu. Bez podpisu.
— To nie ta — powiedział, bardziej do siebie niż do mnie. Zaczął przeglądać resztę od nowa, szybciej, koperta za kopertą, aż rozłożył wszystkie dziesięć na ławce. Żadna nie miała autografu.
Powiedział, iż w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym trzecim roku, miał wtedy dwadzieścia sześć lat, spotkał Marlowe'a na planie w Wytwórni Filmów Fabularnych. Marlowe kończył wtedy karierę, chorował już, to był jego ostatni film. Kaczkowski, młody, przestraszony, podszedł do niego z tymi właśnie fotografiami — portretami aktorów z filmów pewnego reżysera, którego nazwiska nie zapamiętałem, bo mówił szybko. Poprosił o autograf. Marlowe się zgodził, podpisał mu jedną z odbitek, tę, na której sam był sfotografowany przy dawnym filmie. Tamtą kopertę Kaczkowski trzymał osobno przez czterdzieści lat, w innej szufladzie niż resztę zdjęć — dopiero w zeszłym tygodniu, pakując się do przeprowadzki, wsadził wszystko razem, bez patrzenia, do jednej teczki.
Zaczął zbierać koperty z ławki, ręce mu się trzęsły, jedna spadła na podłogę, podniosłem ją i podałem. Powiedział, iż pewnie została w starym mieszkaniu, w kartonie, którego jeszcze nie rozpakował, albo zgubiła się gdzieś między pudłami. Że przyszedł tu dzisiaj, bo chciał sobie przypomnieć twarz Marlowe'a, zanim zacznie szukać po całym mieszkaniu, żeby wiedzieć, czego adekwatnie szuka.
Zapiął teczkę, wstał, ale nie od razu wyszedł. Stał chwilę przy oknie, patrząc na Zenka, który spał, nie zwracając na nikogo uwagi.
— Jak pan znajdzie, proszę powiedzieć przy kasie — powiedziałem, sam nie wiem czemu. Skinął głową, jakby to była jedyna rzecz, jaką mógł jeszcze zrobić, oddał mi długopis i wyszedł w deszcz.
Nie widziałem go więcej. Minęły trzy tygodnie. Czasem, zamykając kasę wieczorem, myślę o tej siódmej kopercie, pustej, leżącej gdzieś w kartonie między garnkami a starymi gazetami, i o tym, iż nikt jej pewnie nie znajdzie, dopóki ktoś nie zacznie się przeprowadzać po raz drugi.
Zenek, kot, przespał cały ten czas na ławce pod oknem, choćby się nie ruszył, kiedy Kaczkowski wstawał. Zamknąłem kino o dwudziestej trzeciej, wystawiłem worki ze śmieciami na tył budynku i pojechałem tramwajem numer szósty do domu.











