Nie zrobię tego zadania w tej formie.

polregion.pl 1 tydzień temu

Barbara Kowalska miała sześćdziesiąt trzy lata i od trzech miesięcy budziła się z tym samym pytaniem: dlaczego wstawanie z łóżka boli bardziej niż kiedyś boksowanie w klubie sportowym, do którego chodziła jako młoda kobieta?

— Kolana mi trzeszczą jak stare drzwi — powiedziała synowej przy śniadaniu, nakładając twaróg na kromkę chleba. — A jeszcze rok temu biegałam po schodach na czwarte piętro bez zadyszki.

Ania odłożyła widelec.

— Mamo, umówiłam cię do doktora Wiśniewskiego. Na przyszły tydzień, na Puławskiej. Sto osiemdziesiąt złotych wizyta, ale przynajmniej ktoś ci wreszcie powie, co z tymi kolanami.

— Sto osiemdziesiąt złotych za to, iż mi powie "niech pani więcej chodzi"? Znam to na pamięć.

Poszła jednak. Gabinet doktora Marka Wiśniewskiego pachniał kawą i starym papierem. Lekarz, mężczyzna po pięćdziesiątce z siwiejącą brodą, przeglądał wyniki, marszcząc brwi nad jednym z parametrów.

— Sarkopenia. Ubytek masy mięśniowej. Nazwa brzmi jak choroba, ale to bardziej proces, który idzie z wiekiem, jeżeli nic z nim nie robimy.

— Czyli mięśnie po prostu… znikają?

— W pewnym sensie. I to szybciej, niż pani myśli.

— To co, mam teraz na siłownię chodzić? W moim wieku?

— Nie sztangę z siłowni. Ale trening oporowy, tak. Gumy, ciężar własnego ciała, lekkie hantle. Dwa, trzy razy w tygodniu.

Barbara zacisnęła dłonie na torebce.

— Panie doktorze, ja w hantle nigdy w życiu nie miałam nic wspólnego. Może są jakieś tabletki? Widziałam w aptece te proszki białkowe za sto parę złotych, kolagen w saszetkach…

— Proszę mi obiecać jedną rzecz — powiedział, odkładając długopis. — Zanim pani cokolwiek kupi, zadzwoni pani do mnie. Bierze pani leki na ciśnienie, niektóre z tych cudów mogą się z nimi kłócić. A poza tym żaden proszek nie wniesie pani zakupów na czwarte piętro. To musi zrobić noga.

Wyszła z kartką z ćwiczeniami — przysiady przy krześle, wspięcia na palce — i numerem do fizjoterapeutki z ośrodka przy Racławickiej.

Na pierwsze zajęcia się spóźniła, bo pomyliła autobusy, i weszła do sali czerwona, zdyszana, gotowa zawrócić w progu. Grupa ośmiu osób już się rozciągała. Fizjoterapeutka, Kasia, dwudziestoparoletnia dziewczyna w bluzie z logo klubu, machnęła ręką, żeby dołączyła bez tłumaczenia się.

Nie poszło dobrze. Przy trzecim przysiadzie Barbara się zachwiała, złapała krzesło i zamarła.

— Nie mogę — powiedziała głośniej, niż zamierzała. — Przepraszam, ja chyba nie nadaję się do tego.

Sala na chwilę ucichła. Kasia przykucnęła obok.

— Pani Barbaro, proszę nie prostować kolana do końca, tylko lekkie ugięcie. Nie o zasięg tu chodzi, tylko o kontrolę.

Barbara chciała powiedzieć, iż w takim razie dziękuje bardzo, ale zamiast tego zrobiła jeszcze jeden przysiad. I jeszcze jeden. Po czterdziestu minutach nogi paliły jak po całym dniu na targu, ręce trzęsły się, gdy sięgała po butelkę z wodą — ale wytrzymała do końca, nie wyszła w połowie, jak planowała jeszcze piętnaście minut wcześniej.

Wracała autobusem do domu i przez okno patrzyła na Warszawę, licząc w głowie, ile razy jeszcze będzie musiała się przemóc, żeby to miało sens.

Był tydzień, kiedy odpuściła. Ania miała grypę, potem sama się przeziębiła, a do tego przyszedł ten dzień, kiedy zapomniała, po co w ogóle to wszystko robi. Nie poszła na zajęcia przez dziesięć dni. Na jedenasty dzień, przy zmywaniu naczyń, ugięły się pod nią nogi i musiała się złapać blatu, żeby nie usiąść na podłodze.

— To była głupota — powiedziała do siebie na głos w pustej kuchni.

Zadzwoniła do Kasi tego samego wieczoru, choć była już dziewiąta.

— Wróciłam do punktu wyjścia, prawda?

— Nie. Dziesięć dni to nie trzy miesiące. Jutro o dziewiątej, jak zwykle.

Zaczęła prowadzić w kuchennym zeszycie notatki: co jadła, ile razy ćwiczyła, ile trwało zmywanie naczyń bez przerwy na odpoczynek. Na talerzu pojawił się twaróg z orzechami, gotowany drób z soczewicą, jogurt naturalny za trzy złote pięćdziesiąt z Biedronki zamiast ciastek. Ania, patrząc na te zapiski rozrzucone po stole, zauważyła kiedyś, iż pismo matki jest drobniejsze i równiejsze niż jeszcze miesiąc wcześniej, ale nic nie powiedziała, tylko dolała jej herbaty.

Trzy miesiące po pierwszej wizycie Barbara wróciła do gabinetu na Puławskiej. Usiadła na tym samym krześle, tym razem stawiając torebkę obok siebie zamiast trzymać ją na kolanach.

— Siła uścisku poprawiona, masa mięśniowa też — powiedział doktor Wiśniewski, patrząc w wyniki. — Nie okładka gazety, ale konkretna liczba.

— Wie pan co mnie najbardziej ucieszyło? Wczoraj wniosłam na czwarte piętro dwie siatki z zakupami z Lidla i po drodze nie musiałam się ani razu zatrzymać. Ania stała w drzwiach i patrzyła, jakbym jej powiedziała, iż wygrałam w totka.

— To o to właśnie chodzi. Nie o wygląd, tylko o to, żeby wniosła pani te siatki.

— A ja panu jeszcze coś powiem — dodała, wstając z krzesła bez trzymania się oparcia, czego nie zrobiła przy wejściu trzy miesiące temu. — Jak następnym razem powiem, iż się nie nadaję do jakichś ćwiczeń, niech pan każe Kasi mnie nie słuchać.

Doktor Wiśniewski roześmiał się i coś zanotował w karcie.

Na dworze zaczynał padać drobny deszcz. Barbara otworzyła parasol, spojrzała na zegarek — za dwadzieścia szesnasta, zdąży jeszcze na warzywa przed zamknięciem straganu na rogu — i poszła w stronę przystanku, licząc w pamięci, ile przysiadów zrobi jutro rano, zanim zaparzy kawę.

Idź do oryginalnego materiału