Marta wróciła z pracy przed osiemnastą i od razu poczuła, iż coś jest nie tak. Drzwi do mieszkania teściowej na dole były uchylone, a w korytarzu unosił się zapach spalonego mleka.
— Barbaro? — zawołała, zdejmując buty w pośpiechu.
Cisza. Weszła do kuchni i zobaczyła garnek na wygaszonej już kuchence, mleko zaschnięte na dnie w czarną skorupę. Teściowa siedziała przy stole, z dłońmi splecionymi na obrusie, i patrzyła w okno.
— Miałam zrobić kakao dla Zosi — powiedziała cicho. — Nie pamiętam, kiedy je postawiłam.
To był już trzeci taki dzień w tym miesiącu. Marta usiadła naprzeciwko, odsuwając na bok stertę rachunków, których teściowa nie zapłaciła, choć zawsze płaciła je pierwsza w rodzinie.
— Barbaro, musimy iść do lekarza.
— Nic mi nie jest. Zmęczona jestem, to wszystko.
Zosia, sześcioletnia córka Marty, wbiegła do kuchni z rysunkiem w ręku — babcia z żółtym słońcem nad głową. Barbara spojrzała na obrazek i przez chwilę na jej twarzy odbiła się prawdziwa radość, ale zaraz potem coś jakby się w niej zacięło, jakby nie mogła sobie przypomnieć, po co adekwatnie trzyma ten kawałek papieru.
Mąż Marty, Tomasz, syn Barbary, wrócił z delegacji dopiero w piątek. Wysłuchał żony przy kolejce do windy, bo w mieszkaniu nie chciał, żeby matka usłyszała.
— Przesadzasz. Mama zawsze była roztargniona.
— Zapomniała wyłączyć gaz, Tomek. Trzeci raz.
— To się zdarza każdemu.
Pokłócili się tego wieczoru pierwszy raz od dawna — nie krzykiem, tylko tym zimnym, uporczywym szeptem, który słychać przez ścianę bardziej niż krzyk. Tomasz twierdził, iż żona chce "upchnąć" jego matkę do przychodni, żeby mieć wolne ręce. Marta czuła, iż on po prostu boi się usłyszeć diagnozę.
Przełom przyszedł w niedzielę. Barbara miała odebrać Zosię z zajęć baletowych — dwie przecznice, trasa, którą chodziła setki razy. Nie wróciły ani ona, ani dziewczynka.
Marta dzwoniła do niej przez czterdzieści minut, telefon leżał wyłączony na kuchennym blacie w domu Barbary — teściowa zapomniała go zabrać. Tomasz pobiegł w jedną stronę ulicy, Marta w drugą, serce waliło jej tak, iż nie czuła własnych kroków po chodniku.
Znalazła je na przystanku tramwajowym, dwie przecznice w złą stronę. Zosia siedziała na ławce i jadła loda, którego kupiła jej babcia, całkiem spokojna, bo dla niej to była po prostu inna droga do domu. Barbara stała obok, z rękami wciśniętymi w kieszenie płaszcza, i wyglądała, jakby czekała na coś, czego nazwy nie potrafiła sobie przypomnieć.
— Zgubiłyśmy się trochę — powiedziała, kiedy zobaczyła Martę, i uśmiechnęła się, ale w tym uśmiechu było więcej strachu niż w płaczu.
Tego wieczoru, kiedy Zosia już spała, Tomasz sam zadzwonił do przychodni i umówił wizytę u neurologa. Nie powiedział nic więcej, tylko odłożył telefon na stół i długo trzymał dłoń na jego ekranie, jakby to mogło cofnąć te czterdzieści minut, których nikt z nich nie chciał jeszcze raz przeżyć.
Diagnoza przyszła trzy tygodnie później: początkowe stadium otępienia naczyniowego. Lekarka mówiła o lekach, o rutynie dnia, o tym, iż rodzina będzie musiała się zorganizować.
Barbara, kiedy wyszli z gabinetu, zatrzymała się przy oknie na korytarzu i patrzyła na parking.
— Chciałabym jeszcze zdążyć nauczyć Zosię robić pierogi tak, jak robiła je moja matka — powiedziała. — Zanim zapomnę przepisu.
W następną niedzielę cała czwórka stała w kuchni Barbary. Mąka na blacie, Zosia z rączkami po łokcie w cieście, Tomasz lepiący pierwsze brzydkie, krzywe pierogi swojego życia, a Barbara, z kartką przepisu przypiętą magnesem do lodówki na wszelki wypadek, pokazywała wnuczce, jak zawinąć brzeg, żeby się nie rozkleił podczas gotowania.











