Głos Marioli Kowalczyk niósł się po parkingu przed uniwersytetem trzeciego wieku w Wałbrzychu o godzinie 18.40, na tyle ostry, iż przebijał się przez wiatr znad pobliskiego zalewu. „Pan tego języka z mojej sali nie wykreśli" — powiedziała mężczyźnie, który filmował ją telefonem — „dopóki żyję". Nie wiedziała jeszcze tego październikowego wieczoru, iż ktoś już postanowił to zmienić.
Uczyła kaszubskiego i historii kultury śląskiej w Wałbrzyskim Uniwersytecie Trzeciego Wieku od jedenastu lat — od kiedy zarząd próbował zlikwidować jej kierunek, a ona przyszła na posiedzenie z trzystoma podpisami i przemówieniem, po którym dwóch radnych złożyło rezygnację ze wstydu. Od tamtej pory lokalna gazeta nazywała ją „kontrowersyjną" — słowo, którego nienawidziła, bo dla niej nie było nic skomplikowanego w upieraniu się, iż ginący język zasługuje na miejsce w programie nauczania. Ale jej nagrania rozchodziły się po sieci. Publicznie poprawiała studentów, wyśmiewała połowiczne przeprosiny, raz w radiowej audycji na żywo powiedziała posłowi, iż jego przodkowie wstydziliby się cięć budżetowych, jakie forsował. Ludzie ją albo uwielbiali, albo chcieli się jej pozbyć. kilka było pośrodku.
Groźby zaczęły się osiem miesięcy wcześniej, po viralowym nagraniu, w którym zjechała youtubera, który nazwał jej program „marnowaniem stu czterdziestu tysięcy złotych podatników rocznie". Wiadomości były na początku ogólnikowe — *uważaj na siebie*, *ktoś powinien ją w końcu uciszyć* — potem na tyle konkretne, iż ochrona uczelni dodała jej budynek do trasy nocnego obchodu. Złożyła trzy zgłoszenia na komisariacie przy ulicy Broniewskiego. Aspirant Wiśniewski powiedział jej, nie bez życzliwości, iż bez nazwiska czy twarzy kilka da się zrobić. „Niech pani dalej to dokumentuje" — poradził. „I niech pani zmienia trasy". Roześmiała się na to. Mariola Kowalczyk nigdy w życiu nie zmieniała ustalonej rutyny; przewidywalność była tym, dzięki czemu wszystko się jej udawało — sześć grup zajęciowych tygodniowo, dwie komisje, dziewięcioletnia córka, którą trzeba było odebrać z szachów najpóźniej o 19.15.
Mężczyzna na parkingu tamtego październikowego wieczoru nie był jej obcy. Pojawiał się już na trzech jej publicznych wystąpieniach w ciągu ostatnich dwóch miesięcy, zawsze z tyłu sali, zawsze z telefonem w ręku. Nazywał się, jak się później okazało, Krzysztof Baran, miał trzydzieści cztery lata, był zwolnionym ślusarzem z Wałbrzycha, który znalazł sobie drugie życie, wrzucając do sieci nagrania cudzej wściekłości poskładane w jedną całość, aż uzbierał jedenaście tysięcy obserwujących i — gdzieś po drodze — przekonanie, iż to Mariola Kowalczyk jest powodem, dla którego jego życie się wypaliło. Nie ona konkretnie, tak naprawdę nie. Ale miała twarz, w którą można było wycelować telefonem, a celowanie zaczęło mu dawać poczucie władzy.
Tamtego wieczoru kazała mu zejść z parkingu, zanim wezwie ochronę, a on się wycofał, śmiejąc się, tak jak zawsze. Pojechała do domu na Osiedlu Podzamcze, wstawiła do piekarnika mrożoną lazanię i pomogła córce Julii z zadaniem o kontynentach. Nic w tym wieczorze nie odróżniało go od setek innych.
Różnica pojawiła się trzy tygodnie później, we wtorkowy poranek w listopadzie, kiedy Mariola wyszła przed dom o 6.55, żeby zabrać gazetę spod drzwi, i zobaczyła mężczyznę z parkingu stojącego u wylotu podjazdu, z myśliwskim nożem w dłoni, gdy za jego plecami zaczynał padać śnieg w szarym świetle świtu.
Nie krzyknęła. Później opowiadała, iż krzyk w ogóle nie przyszedł jej do głowy — zamiast tego rzuciła w niego zwiniętą gazetą, mocno, prosto w twarz, i wykorzystała pół sekundy, które to jej dało, żeby wpaść z powrotem za drzwi i zatrzasnąć zamek. Uderzył w drzwi dwa razy czymś na tyle ciężkim, iż pękła futryna, zanim krzyk Julii z góry schodów zdawał się przerwać cokolwiek, co nim kierowało — uciekł, przecinając ukosem podwórko sąsiadów Nowakowskich, i zniknął między budynkami, zanim cztery minuty później na osiedle wjechał pierwszy radiowóz.
Złapali go dwa dni później, na stacji Orlen przy trasie na Świdnicę, kiedy zapłacił kartą wystawioną na własne nazwisko. Aspirant Wiśniewski zadzwonił do niej osobiście, żeby to powiedzieć, a Mariola siedziała przy kuchennym stole z telefonem przy uchu, obracając wyszczerbiony kubek po kawie w powolnych kółkach po blacie, nie pijąc z niego ani łyku, i powiedziała tylko: „Dobrze. A teraz proszę mi powiedzieć, co się stanie z poczuciem bezpieczeństwa mojej córki, zanim sąd to wszystko rozstrzygnie". Wiśniewski nie miał na to odpowiedzi. Nikt nie miał.
Proces trwał czternaście miesięcy. Obrońca Barana argumentował ograniczoną poczytalność, powoływał się na radykalizację w internecie, nazywał go produktem algorytmów, a nie człowiekiem, który świadomie naostrzył nóż i pojechał czterdzieści minut pod dom obcej kobiety. Ława przysięgłych — a adekwatnie sąd, bo w Polsce nie ma ław przysięgłych — mu nie uwierzył. Usiłowanie zabójstwa, uporczywe nękanie ze szczególnym okrucieństwem: dwadzieścia dwa lata.
Mariola nie wróciła do prowadzenia zajęć tamtej wiosny — kierunek przejął jej obowiązki, a ona przez cztery miesiące głównie siedziała w ogrodzie, patrząc, jak Julia jeździ na rowerze w ciasnych, ostrożnych kółkach wokół tej samej jabłoni, w kółko, jakby samo powtarzanie było dowodem na to, iż świat wciąż działa tak, jak powinien. W sierpniu wróciła do swojej sali, napisała na tablicy trzy słowa po kaszubsku i czekała, aż pierwszy student podniesie rękę i zapyta, co one znaczą.











