Nazywam się Aleksander Wróbel i mam czterdzieści dwa lata. Prowadzę firmę doradztwa finansowego przy ulicy Puławskiej w Warszawie, kancelarię, którą budowałem dwanaście lat. Piszę to, bo ktoś musi w końcu powiedzieć, jak to wyglądało z mojej strony — bo od miesiąca ludzie znają tylko wersję Marty.
Tamtej nocy w kwietniu wróciłem z konferencji w Katowicach zmęczony, spóźniony pociąg, trzy godziny na dworcu z zimnym kebabem w papierowej torbie. Marta zapytała, dlaczego znowu nie odbierałem telefonu. Powiedziałem, iż bateria padła. Nie uwierzyła. Zaczęła krzyczeć, iż zawsze coś kręcę, iż traktuję ją jak księgową, nie jak żonę. Nie pamiętam już, kto pierwszy podniósł głos głośniej. Pamiętam, iż w pewnym momencie ona leżała na podłodze przy kredensie, a ja stałem nad nią z rękami, które nie chciały przestać drżeć. Wezwałem karetkę sam. To ja zadzwoniłem pod sto dwanaście.
Nie będę udawał, iż to był wypadek. Wiem, co zrobiłem. Ale też wiem, iż przez siedem lat małżeństwa nikt nigdy nie zapytał mnie, dlaczego tak się zachowuję — wszyscy od razu wiedzieli, iż jestem potworem, i koniec tematu. A ja też się bałem. Bałem się, iż firma, w której Marta trzyma trzydzieści osiem procent udziałów, w każdej chwili może przestać istnieć, bo ona zna każde konto, każdą fakturę, każdy przelew, którego nie powinienem był robić.
Kiedy leżała w szpitalu klinicznym przy Banacha, pojechałem tam codziennie z termosem rosołu, którego nikt nie chciał ode mnie przyjąć. Pielęgniarki patrzyły na mnie jak na coś, co przywlokło się z ulicy. Rozumiem to teraz. Wtedy tłumaczyłem sobie, iż przecież dzwoniłem, przecież przepraszałem, przecież kupiłem jej kolczyki od Wólczańskiej po tamtej sytuacji w marcu. Człowiek potrafi opowiadać sobie różne historie, żeby zasnąć.
Teściowie, Henryka i Zenon, mieli podpisać w piątek akt notarialny na dom pod Otwockiem — nad jeziorem, z tarasem i kuchnią jak z katalogu IKEA, tylko droższą. Sto dwadzieścia metrów, ogród, sto osiemdziesiąt tysięcy złotych wkładu własnego, który już wpłacili, bezzwrotnie. Bank zgodził się na kredyt tylko dlatego, iż Marta była poręczycielem — ich historia kredytowa, delikatnie mówiąc, kulała po niespłaconej pożyczce na warsztat Zenona. Zadzwoniłem do Henryki tamtej nocy, zapłakany, powiedziałem, iż Marta się przewróciła, iż uderzyła się w głowę o krawędź stołu, iż jest zdezorientowana. Chciałem kupić sobie czas. Nie chciałem, żeby ktokolwiek jechał do szpitala i zobaczył, jak naprawdę wygląda.
Nie wiedziałem, iż ona już zadzwoniła do matki pierwsza. Że powiedziała prawdę. I iż usłyszała w odpowiedzi: sama go sobie wybrałaś, teraz z tym żyj.
Rano dostałem telefon od doradcy kredytowego z banku PKO przy Marszałkowskiej. Głos miał taki, jakby czytał z kartki, którą sam ledwo rozumiał: poręczycielka wycofała zgodę, procedura wstrzymana, zadatek przepada zgodnie z paragrafem umowy przedwstępnej. Sto osiemdziesiąt tysięcy złotych. Zniknęły, zanim zdążyłem wypić kawę.
Zenon zadzwonił do mnie krzycząc, iż to moja wina, iż gdyby nie ja, Marta nigdy by tego nie zrobiła. Henryka milczała w tle, słyszałem tylko, jak płacze w kuchni, tej samej, w której miesiąc wcześniej piekła dla mnie sernik na moje urodziny. Nikt z nich nie zapytał, jak czuje się ich córka. Pytali tylko, co teraz będzie z domem.
A ja siedziałem w biurze na Puławskiej i po raz pierwszy w życiu bałem się otworzyć skrzynkę mailową. Bo wiedziałem, iż jeżeli Marta postanowiła się bronić, to nie zacznie od krzyku. Ona nigdy nie krzyczała. Ona liczyła.
Trzy dni później kurier przyniósł mi kopertę z kancelarii adwokackiej Wiktorii Zawadzkiej. W środku było pismo o zabezpieczeniu udziałów, wniosek do prokuratury o znęcanie się i spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, oraz — to zabolało najbardziej — wydruk korespondencji, którą uważałem za bezpiecznie skasowaną. Fikcyjne faktury dla firmy transportowej należącej do mojego kolegi z liceum. Przelewy na konto na Cyprze, które miały wyglądać jak inwestycja, a były po prostu przekrętem podatkowym. Wszystko to leżało w folderze na jej telefonie od lat, podpisanym tak zwyczajnie, iż nikt by się nie domyślił: „faktury, przelewy, wspólnicy”.
Zrozumiałem wtedy, iż przez siedem lat myślałem, iż to ja rządzę tym małżeństwem, a tak naprawdę ona po prostu pozwalała mi tak myśleć.
Poszedłem do szpitala, żeby z nią porozmawiać, jeszcze zanim wypisali ją do domu — a adekwatnie do mieszkania jej kuzynki na Pradze, bo do naszego już nie wróciła. Siedziała na łóżku, ręka wciąż w gipsie od żebra, które przebiło coś w płucu, twarz jeszcze żółta od siniaków. Nie krzyczałem. Nie miałem już do tego siły ani prawa.
— Marta, możemy to jakoś ułożyć — powiedziałem. — Firma padnie beze mnie na czele, wiesz to.
Odłożyła kubek z herbatą na stolik obok kroplówki, bez pośpiechu, jakby miała cały dzień.
— Firma nie padnie — odpowiedziała. — Zmieni tylko zarząd. Jutro Wiktoria składa wniosek do KRS.
— A twoi rodzice? Stracili sto osiemdziesiąt tysięcy przez ciebie.
Spojrzała na mnie tak, iż po raz pierwszy w życiu poczułem się mały.
— Straciliśmy dom, w którym mieliby mnie odwiedzać co drugi weekend i pytać, czy już się z tobą pogodziłam. To nie jest strata, Aleksander. To jest cena za jedno zdanie mojej matki przez telefon.
Wyszedłem z tego szpitala i już nigdy nie wróciłem do naszego mieszkania przy Puławskiej — dwa tygodnie później kurier przywiózł mi tam wypowiedzenie pełnomocnictw do wszystkich kont firmowych i postanowienie sądu o zakazie zbliżania się. Firma dziś nazywa się inaczej, nowy zarząd ma dwóch członków, mnie wśród nich nie ma. Henryka dzwoni do mnie czasem, pijana, pyta, czy to prawda, iż dom nad jeziorem kupił ktoś inny jesienią za gotówkę. Nie odbieram. Nie mam już nic do powiedzenia w tej sprawie — to już nie moja sprawa, i chyba po raz pierwszy się z tym godzę.











