Miałam dziewięć lat, kiedy ojciec wszedł do domu z czymś dużym i twardym pod połą płaszcza, a mama zaraz potem kazała mi milczeć jak grób. To był początek lat osiemdziesiątych. Mieszkaliśmy w Radomiu, w bloku z wielkiej płyty przy ulicy Struga, na drugim piętrze, w dwóch pokojach z kuchnią, gdzie linoleum odklejało się przy progu, a z sąsiedniego mieszkania zawsze dochodził zapach smażonej cebuli i dźwięk telewizora nastawionego za głośno na wieczorny dziennik.
Nie byliśmy ani najbiedniejsi w klatce, ani najbogatsi. Zwyczajna rodzina, jak większość wokół nas. Ojciec, Zenon, pracował w zakładach metalowych na zmiany. Mama, Halina, szyła w spółdzielni. Ja chodziłam do trzeciej klasy podstawówki numer dwanaście. A dorosłe życie kręciło się wtedy wokół jednego pytania, które słyszałam wszędzie: rzucili coś?
Nikt nie mówił wprost „idę kupić mięso”. Mówiło się: „skoczę zobaczyć, czy coś dają”. Kiedy w Delikatesach na rogu pojawiały się kury, wiadomość leciała po klatce szybciej niż w gazetach. Ktoś walił w drzwi: rzucili kury! Gdzie? Na Struga, przy przystanku! I po chwili kobiety z siatkami znikały z bloku. Czasem wracały z czymś. Czasem po dwóch godzinach w kolejce wracały z pustymi rękami.
Ja tego nie rozumiałam. Ale nauczyłam się słownictwa epoki. „Rzucili.” „Skończyło się.” „Nie złapałam.” „Dają po jednym na osobę.” I najbardziej tajemnicze ze wszystkich: „załatwił”. Kiedy ktoś coś „załatwił”, nie pytałeś zbyt głośno skąd.
Tamtego wieczoru było zimno, siedziałam w kuchni przy stole nakrytym ceratą w kwiatki i odrabiałam zadanie z matematyki. Mama smażyła ziemniaki na maśle roślinnym, bo prawdziwego nie było od tygodnia. W mieszkaniu nie było ciepło, drzwi do kuchni trzymaliśmy zamknięte, żeby gaz choć trochę ogrzał pomieszczenie.
Koło siódmej zgrzytnął klucz w zamku. Ojciec. Wszedł do przedpokoju w brązowym płaszczu i czapce naciągniętej na uszy.
— Jesteś? — zawołała mama.
— Jestem.
Tylko iż ojciec nie powiesił płaszcza na wieszaku, jak zawsze. Wszedł prosto do kuchni. Popatrzył na mnie. Potem na mamę.
— Zamknij drzwi.
— Są zamknięte — powiedziała mama zdziwiona.
— Dobra.
Rozpiął płaszcz. Z jego wnętrza wyciągnął długi pakunek owinięty w papier i położył na stole. Zapomniałam natychmiast o zeszycie.
— Co to?
Ojciec odchylił trochę papier. Mama znieruchomiała z łopatką w ręku.
— Skąd to masz?
— Ktoś mi dał.
To była kiełbasa krakowska. Cała. Nie kilka plasterków, nie kawałek. Cała sztuka.
— Kto ci dał?
— Jeden gość. Z pracy.
— A czemu ci dał?
— Pomogłem mu w czymś.
Mama zniżyła głos.
— W czym?
— Kobieto, nie ukradłem kiełbasy.
— Nie mówiłam, iż ukradłeś.
— To co?
— Żebyś się w jakąś głupotę nie wpakował.
Ojciec zaczął się śmiać.
— Jak jeszcze trochę popytasz, odniosę ją z powrotem.
— Broń Boże! — wyrwało jej się tak szybko, iż wszyscy troje wybuchnęliśmy śmiechem.
Dla mnie trudne do pojęcia było, czemu kawałek kiełbasy wywołuje takie poruszenie. Ale wiedziałam, iż to coś wyjątkowego. Nie było czymś, co mama wkłada do koszyka w zwykły dzień. To było coś załatwionego. A o takich rzeczach nie opowiadało się po klatce.
Mama zwróciła się od razu do mnie.
— I żebyś mi jutro w szkole nie zaczęła gadać.
— Co gadać?
— Że mamy kiełbasę krakowską.
— Dlaczego?
— Bo cała klatka nie musi wiedzieć, co mamy w lodówce.
— Ale dlaczego?
— Bo ja tak mówię.
Ostateczny argument matek mojego dzieciństwa.
Ojciec sięgnął po nóż do chleba.
— Chodźmy spróbować.
Mama go powstrzymała.
— Poczekaj, nakryję do stołu.
Wyjęła chleb. Nie był już świeży, kupiony rano, brzegi zdążyły stwardnieć. Pokroiła trzy grube kromki. Ojciec pokroił kiełbasę. Cienko. Patrzyłam uważnie na każdy plasterek. Mama położyła po dwa na każdą kromkę. Swoją wzięłam natychmiast. Ugryzłam. Pamiętam smak chleba lepiej niż kiełbasy. I pamiętam, iż po pierwszym kęsie odsunęłam talerz w stronę mamy.
— Daj jeszcze.
— Masz jeszcze.
— Ale zmieści się druga.
Ojciec się roześmiał.
— Dołóż jej jedną.
Mama dołożyła. Jadłam powoli, chociaż mogłabym zjeść całą kromkę w kilka sekund. Ojciec jadł swoją. Mama swoją. Przez chwilę nikt się nie odzywał. Wtedy w korytarzu, za ścianą, zaklekotała winda — ktoś jechał na nasze piętro. Mama odłożyła kromkę i zamarła z ręką na obrusie, nasłuchując. Winda stanęła piętro niżej. Wydychnęła powietrze i wróciła do jedzenia. Dopiero wtedy ojciec przerwał ciszę.
— Słuchaj.
— Co? — spytała mama.
— Zawołaj panią Krystynę.
Mama spojrzała na niego.
— Teraz?
— Tak.
— Po co?
Ojciec skinął w stronę kiełbasy.
— Żeby zjadła.
Mama zniżyła głos.
— Zenek…
— Co?
— A jak ktoś zobaczy?
— Co ma zobaczyć?
— Że przychodzi do nas.
— No przecież przychodziła.
— Teraz, wieczorem?
Ojciec wzruszył ramionami.
— To idź i powiedz jej, żeby przyszła po cichu.
Pani Krystyna mieszkała naprzeciwko, drzwi w drzwi. Kobieta po siedemdziesiątce, drobna, chuda, owdowiała już dawno. Dzieci, o ile wiedziałam, wyjechały daleko i wpadały rzadko. Widywałam ją niemal codziennie na klatce, jak wynosiła siatkę na śmieci albo zamiatała przed drzwiami. Czasem pukała do nas zapytać, kiedy mama płaci czynsz w spółdzielni. Czasem mama zanosiła jej talerz rosołu. Nie była rodziną. Była po prostu panią Krystyną z naprzeciwka.
Mama wstała, podeszła do drzwi kuchni i zgasiła w korytarzu światło, zanim je otworzyła.
— Może lepiej zaniesiemy jej kilka plasterków?
— Nie — pokręcił głową ojciec.
— Dlaczego?
— Niech przyjdzie zjeść tutaj.
— Zenek…
— Zawołaj ją.
Mama wyszła na korytarz. Wstałam od razu.
— Siedź — powiedział ojciec.
Oczywiście nie usiedziałam. Podeszłam pod drzwi kuchni. Usłyszałam, jak mama cicho odsuwa zasuwę, a potem jeszcze chwilę stoi przy wizjerze, zanim zapukała. Nie zadzwoniła dzwonkiem. Zapukała lekko. Dwa razy. Po chwili drzwi się otworzyły.
— Krysiu…
Mama mówiła niemal szeptem.
— Tak, Halinko?
— Chodź na chwilę do nas.
— Coś się stało?
— Nie. Chodź.
— Teraz?
— Teraz. Tylko tak, żeby nikomu nie mówić.
Po minucie pani Krystyna weszła. Miała na sobie ciemny szlafrok i sweter narzucony na wierzch.
— Co się stało?
— Nic — powiedział ojciec. — Siadaj.
— Ludzie, wystraszyliście mnie.
Mama zamknęła drzwi mieszkania. Potem drzwi kuchni. Pani Krystyna usiadła. I wtedy zobaczyła kiełbasę. Popatrzyła na nią. Potem na ojca.
— Co to jest?
— A co ma być? — uśmiechnął się ojciec.
Staruszka podeszła bliżej.
— To krakowska?
— Krakowska.
— Skąd to masz?
Ojciec zaczął się śmiać.
— Jak pani też zacznie jak moja żona, to schowam z powrotem.
Pani Krystyna zasłoniła usta dłonią.
— Boże… Ja nie jadłam od…
Urwała. Sama chyba nie pamiętała od kiedy.
Mama wzięła chleb. Ukroiła kromkę. Ojciec położył na niej kilka plasterków.
— Proszę, Krysiu.
Staruszka od razu zaczęła machać rękami.
— Nie, nie. Jedzcie wy. Macie dziecko.
— Mamy dość.
— Zostawcie, bo ja już jadłam.
Ojciec spojrzał na nią.
— Co pani jadła?
— Jadłam, jadłam.
— Co konkretnie?
Pani Krystyna uśmiechnęła się zakłopotana.
— Trochę ziemniaków.
Ojciec przysunął jej talerz.
— To teraz zje pani kiełbasę.
— Nie, ludzie…
— Krysiu. — Powiedział to, nie podnosząc głosu. — Niech pani je.
Staruszka wzięła kromkę. Najpierw ugryzła odrobinę. Pożuła. Popatrzyła na nas.
— Dobra? — spytałam.
Zaczęła się śmiać.
— Dobra, dziecko.
Ugryzła jeszcze raz. Mama zrobiła jej kolejną kromkę.
— Wystarczy.
— Weź jeszcze.
— Nie, bo zjem dziecku kiełbasę.
Popatrzyłam natychmiast na ojca. Pani Krystyna właśnie wypowiedziała moją własną obawę. Ojciec musiał zauważyć moją minę.
Wtedy właśnie ktoś zastukał do naszych drzwi wejściowych. Mocno, trzy razy.
Mama zesztywniała z nożem w ręku. Ojciec odwrócił głowę w stronę przedpokoju.
— Kto to o tej porze — powiedziała mama, ale już wstawała, już zbierała ze stołu papier, w który zawinięta była kiełbasa, i wpychała go do szafki pod zlewem. Pani Krystyna instynktownie zasłoniła kromkę dłonią, jakby to mogło coś zmienić.
Ojciec wyszedł do przedpokoju. Zapadła cisza, w której słychać było tylko syk gazu pod garnkiem. Usłyszałam szczęk zamka.
— A, to ty — powiedział ojciec, i w jego głosie coś puściło.
To był kolega z klatki, Marek, przyszedł oddać pożyczony klucz francuski. Postał chwilę w progu, ojciec podziękował, zamknął drzwi na zasuwę. Kiedy wrócił do kuchni, mama wciąż trzymała rękę na szafce pod zlewem, jakby zapomniała, iż już nie musi.
— No i po co to chowałaś — powiedział ojciec, ale usiadł ciężej niż przedtem.
Pani Krystyna odłożyła kromkę.
— Dziecko ma jeszcze — powiedział ojciec, siadając na powrót.
— No ale przecież się nie dostaje takich rzeczy…
— Właśnie dlatego panią zawołałem.
Staruszka popatrzyła na niego.
— Ale po co, Zenek?
Ojciec wzruszył ramionami.
— Żeby zjeść razem. Tylko tyle.
Nie było żadnej wygłoszonej na głos lekcji, żadnego wielkiego zdania. Siedzieli przy stole. Jedli chleb z kiełbasą. Mama dołożyła jeszcze pokrojoną cebulę. Ojciec wyjął trzy małe kieliszki i nalał po odrobinie wina domowej roboty od kolegi z zakładu. Ja dostałam herbatę z cytryną. I przez pół godziny, w naszej małej kuchni w bloku na Struga, było niemal jak święto.
W pewnym momencie pani Krystyna powiedziała:
— Już mi więcej nie krójcie.
— Dlaczego?
— Bo już za dużo zjadłam.
— Niech pani je.
— Nie.
A potem powiedziała coś, czego nie zapomniałam.
— Zostawcie sobie na jutro. Dobrze, iż chociaż sobie przypomniałam, jaki to ma smak.
Ojciec nic nie odpowiedział. Ale i tak dołożył jej jeszcze jeden plasterek na kromkę.
Kiedy wychodziła, mama wyszła pierwsza na korytarz, popatrzyła w jedną stronę, potem w drugą.
— Chodź.
Pani Krystyna przeszła te dwa metry do swoich drzwi. Zanim weszła, odwróciła się.
— Dziękuję.
Ojciec pomachał ręką.
— Dobranoc, Krysiu.
Drzwi się zamknęły. Wróciliśmy do kuchni. Poszłam prosto do stołu. Popatrzyłam na resztę kiełbasy. Było jej wyraźnie mniej.
— Tato…
— Co?
— Czemu ją zawołałeś?
— Jak to czemu?
— Mogliśmy jeść sami przez kilka dni.
Ojciec popatrzył na mnie.
— Mogliśmy.
— To czemu?
Usiadł na krześle.
— Tobie smakowało?
— Tak.
— Mamie smakowało?
Kiwnęłam głową.
— Mnie smakowało.
Wtedy wskazał na drzwi naprzeciwko.
— A jej smakowało mniej?
— Nie.
— To co?
Owinęłam resztę papieru wokół kiełbasy, tak jak robiła to mama, i schowałam pakunek do lodówki. Zamknęłam drzwiczki. Za plecami usłyszałam, jak ojciec zgniata w kulkę serwetkę pani Krystyny, którą zostawiła przy swoim talerzu, i chowa ją do kieszeni płaszcza, jakby chciał, żeby nazajutrz w szkole nikt niczego się nie doszukał.
















