Kiełbasa krakowska pod płaszczem taty

polregion.pl 10 godzin temu

Miałem dziewięć lat, kiedy tata wszedł do domu z czymś ukrytym pod płaszczem, a mama kazała nam nikomu o tym nie mówić. Był rok osiemdziesiąty trzeci. Mieszkaliśmy w Nowej Hucie, na czwartym piętrze bloku z wielkiej płyty, w kawalerce, którą tata dostał z zakładu. Nie byliśmy ani najbiedniejsi na klatce, ani najbogatsi. Zwyczajna rodzina, jak większość wokół nas.

Ojciec pracował na hucie, na drugą zmianę. Matka szyła w spółdzielni przy Mogilskiej. Ja chodziłem do podstawówki numer sto trzydzieści cztery. A dorośli w bloku żyli wokół jednego pytania, które słyszałem wszędzie: „rzucili coś?”. Nikt nie mówił wprost, iż idzie po mięso. Mówiło się: „pójdę zobaczyć, czy coś dają”. Gdy w Sezamie przy pętli tramwajowej pojawiały się kury, wiadomość leciała przez klatkę schodową szybciej niż telefon. Ktoś walił do drzwi: „rzucili kury!” — „Gdzie?” — „Na rogu, w Sezamie!”. I po chwili kobiety z siatkami znikały na dole. Czasem wracały z czymś. Czasem po dwóch godzinach w kolejce — z niczym.

Nie rozumiałem, dlaczego kupienie jedzenia to taki wysiłek. Ale słownik tamtych czasów znałem na pamięć. „Rzucili.” „Skończyło się.” „Nie złapałam.” „Dają po jednej sztuce na kartkę.” I najbardziej tajemnicze ze wszystkich — „załatwił”. Gdy ktoś coś „załatwiał”, nie dopytywałeś głośno skąd.

Tamtego wieczoru było zimno. Siedziałem w kuchni przy stole nakrytym ceratą w kwiatki i odrabiałem lekcje. Matka smażyła placki ziemniaczane. W mieszkaniu nie było ciepło, więc drzwi do kuchni trzymaliśmy zamknięte — od kuchenki gazowej i tak szło trochę więcej ciepła. Koło siódmej zaszczękał klucz w zamku. Tata. Wszedł do przedpokoju w swoim szarym płaszczu, z uszankę wciąż na głowie.

— Jesteś — zawołała matka.

— Jestem.

Tylko iż tata nie powiesił płaszcza na wieszaku, jak zwykle. Wszedł prosto do kuchni. Popatrzył na mnie. Potem na matkę.

— Zamknij drzwi.

— Zamknięte są — odpowiedziała zdziwiona.

— Dobra.

Rozpiął płaszcz. Z wnętrza, zza podszewki, wyciągnął długi pakunek owinięty w papier śniadaniowy i gazetę. Położył go na stole. Zapomniałem od razu o zeszycie.

— Co to?

Rozwinął trochę papier. Matka zastygła z łopatką w ręce.

— Skąd to masz?

— Ktoś mi dał.

Kiełbasa krakowska sucha. Cała, nie porcja, nie koniec z odpadów.

— Kto ci dał?

— Jeden chłop. Z pracy.

— A za co?

— Pomogłem mu w czymś.

Matka ściszyła głos.

— W czym?

— Kobieto, nie ukradłem tej kiełbasy.

— Nie mówię, iż ukradłeś.

— To co?

— Żebyś się w jakąś głupotę nie wpakował.

Tata zaczął się śmiać.

— Jak jeszcze trochę popytasz, to ją odniosę z powrotem.

— Broń Boże! — powiedziała tak szybko, iż wszyscy troje wybuchnęliśmy śmiechem.

Nie rozumiałem, jak kawałek wędliny może wywołać takie poruszenie. Ale wiedziałem, iż to coś wyjątkowego. Nie z tych rzeczy, które ląduje się w koszyku byle jak. To było coś, co się „załatwiło”. A o rzeczach załatwionych nie rozpowiadało się po klatce.

Matka od razu zwróciła się w moją stronę.

— I żebyś mi jutro w szkole gęby nie otwierał.

— Co mam nie mówić?

— Że mamy kiełbasę krakowską w domu.

— Dlaczego?

— Bo cała klatka nie musi wiedzieć, co mamy w lodówce.

— Ale czemu?

— Bo tak powiedziałam.

Koronny argument wszystkich matek z mojego dzieciństwa.

Tata wziął nóż do chleba.

— Kroimy.

Matka go zatrzymała.

— Poczekaj, nakryję do stołu.

Wyjęła chleb — nie był świeży, kupiony rano, brzegi już trochę zeschnięte. Ukroiła trzy grube kromki. Potem tata pokroił kiełbasę. Cienko. Patrzyłem na każdy plaster. Matka położyła po dwa kawałki na każdą kromkę. Wziąłem swoją od razu. Ugryzłem. Chleb pamiętam lepiej niż smak kiełbasy.

— Dołóż jeszcze.

— Masz jeszcze.

— Ale zmieściłoby się więcej.

Tata się roześmiał.

— No dołóż mu jeszcze jedną.

Jadłem powoli, chociaż mógłbym zjeść całą kromkę w trzy sekundy. I wtedy, w środku żucia, usłyszałem kroki na klatce.

Wszyscy troje zamarliśmy.

Kroki szły powoli, od strony windy. Zatrzymały się gdzieś na wysokości naszych drzwi. Matka odłożyła kromkę na talerz, bezgłośnie, jakby sam dźwięk sztućca o porcelanę mógł zdradzić, co jemy.

— Ktoś stoi — szepnęła.

Tata wstał, podszedł do drzwi kuchennych, uchylił je centymetr. Nasłuchiwał. Kroki ruszyły dalej, w górę, na piąte piętro. Trzasnęły czyjeś drzwi.

— Pan Zdzisiek wraca z nocnej — powiedział, wracając do stołu.

Matka wypuściła powietrze i dopiero wtedy wzięła z powrotem kromkę. Ale zauważyłem, iż odtąd jadła szybciej, jakby chciała, żeby kiełbasa zniknęła ze stołu, zanim ktoś inny ją zobaczy.

Przez chwilę nikt się nie odzywał. Wtem tata przerwał.

— Słuchaj.

— Co? — spytała matka.

— Zawołaj panią Hankę.

Popatrzyła na niego.

— Teraz? Po tym, co się przed chwilą działo?

— Właśnie teraz.

— Po co?

Wskazał wzrokiem na kiełbasę.

— Niech i ona zje.

Matka ściszyła głos.

— Chłopie…

— Co?

— A jak ktoś zobaczy?

— Co ma zobaczyć?

— Że do nas przychodzi, wieczorem, po tym jak ktoś tu chodził po schodach.

— To idź cicho i powiedz, żeby przyszła.

Pani Hanka mieszkała naprzeciwko, drzwi w drzwi. Kobieta po siedemdziesiątce, drobna, chuda, została sama — mąż zmarł jej trzy lata wcześniej, dzieci wyjechały do Krakowa i wpadały rzadko. Widywałem ją prawie codziennie na klatce. Wychodziła z siatką. Czasem zamiatała przed drzwiami. Wpadała do nas zapytać, kiedy jest czynsz do zapłacenia. Czasem matka zanosiła jej talerz rosołu. Nie była rodziną. Była po prostu panią Hanką z naprzeciwka.

Matka wyszła na klatkę. Wstałem od razu.

— Siedź tu — powiedział tata.

Oczywiście nie usiedziałem. Podszedłem pod drzwi kuchenne. Usłyszałem, jak matka cicho otwiera zamek od wejściowych. Nie zadzwoniła do sąsiadki dzwonkiem. Zapukała delikatnie. Dwa razy. Po chwili drzwi się otworzyły.

— Haniu…

Matka mówiła prawie szeptem.

— Tak, kochana?

— Chodź na chwilę do nas.

— Coś się stało?

— Nie. Chodź.

— Teraz?

— Teraz. Ale tak… żeby nikomu nie mówić.

Wtedy nie rozumiałem, po co ta cała tajemnica. Później zrozumiałem klimat tamtych lat. Ludzie uważali na to, co mają, skąd to mają i, przede wszystkim, komu opowiadają. Rzeczy zdobyte „spod lady” budziły zazdrość, pytania i plotki, a strach przed donosem czy zwróceniem na siebie uwagi nie był dla dorosłych, którzy pamiętali stan wojenny, czymś abstrakcyjnym.

Po minucie pani Hanka weszła. Miała na sobie ciemny szlafrok i narzucony na wierzch sweter. Na nogach kapcie z pomponami, które jej wnuczka przywiozła z wczasów.

— Co się stało?

— Nic — powiedział tata. — Siadaj.

— Ludzie, wystraszyliście mnie.

Matka zamknęła drzwi mieszkania. Potem drzwi kuchni. Pani Hanka usiadła. I wtedy zobaczyła kiełbasę. Popatrzyła na nią. Potem na tatę.

— Co to jest?

— A co ma być?

Tata się uśmiechał. Sąsiadka podeszła bliżej.

— To krakowska?

— Ona.

— Skąd to masz?

Tata zaczął się śmiać.

— Jak pani jeszcze zacznie jak moja żona, to schowam z powrotem.

Pani Hanka złapała się za usta.

— Boże… Ja nie jadłam takiej od…

Urwała. Sama nie wiedziała od kiedy. Matka wzięła chleb. Ukroiła kromkę. Tata położył na niej parę plasterków.

— Proszę, Haniu.

Sąsiadka od razu zaczęła machać rękami.

— Nie, kochani. Jedzcie sami. Macie dziecko.

— Mamy dość.

— Zostawcie, ja już jadłam.

Tata na nią popatrzył.

— Co pani jadła?

— Jadłam.

— Co?

Uśmiechnęła się zawstydzona.

— Trochę ziemniaków z wczoraj.

Tata przysunął jej talerzyk.

— To teraz zje pani kiełbasę.

— Nie, chłopie…

— Haniu.

Powiedział to bez podnoszenia głosu.

— Niech pani je.

Sąsiadka wzięła kromkę. Najpierw odgryzła malutki kawałek. Pożuła. Popatrzyła na nas.

— Dobra? — zapytałem.

Roześmiała się.

— Dobra, złociutki.

Odgryzła więcej. Matka zrobiła jej drugą kromkę.

— Wystarczy.

— Jeszcze weź.

— Nie, bo zjem kiełbasę dziecku.

Popatrzyłem od razu na tatę. Pani Hanka właśnie wypowiedziała moją własną obawę. Tata pewnie zauważył moją minę.

— Dziecko ma jeszcze.

— Przecież się nie dostaje…

— No właśnie dlatego panią zawołałem.

Sąsiadka spojrzała na niego.

— Chłopcze, ale po co?

Tata wzruszył ramionami.

— Żeby zjeść razem. Tyle.

Siedzieli przy stole. Jedli chleb z kiełbasą. Matka dołożyła jeszcze trochę cebuli pokrojonej w piórka. Tata wyjął trzy kieliszki i nalał odrobinę nalewki, którą przywiózł od brata spod Rzeszowa. Ja dostałem herbatę z cukrem. I przez pół godziny w naszej małej blokowej kuchni było niemal jak na świętach.

W pewnej chwili pani Hanka powiedziała:

— Nie krójcie już dla mnie.

— Czemu?

— Bo już za dużo zjadłam.

— Niech pani je.

— Nie.

I wtedy powiedziała coś, czego nie zapomniałem.

— Zostawcie sobie na jutro. Dobrze, iż chociaż przypomniałam sobie, jaki to ma smak.

Tata nic nie odpowiedział. Tylko wzruszył ramionami, odkroił jeszcze jeden kawałek kiełbasy i pododwinął go w jej stronę, na sam brzeg talerza, jakby przypadkiem.

Kiedy pani Hanka wychodziła, matka wyszła pierwsza na klatkę. Rozejrzała się w jedną stronę. Potem w drugą.

— Chodź.

Sąsiadka przeszła te dwa metry do swoich drzwi. Zanim weszła, odwróciła się.

— Dziękuję.

Tata pomachał ręką.

— Dobranoc, Haniu.

Drzwi się zamknęły. Wróciliśmy do kuchni. Podszedłem od razu do stołu. Popatrzyłem na resztę kiełbasy. Było jej wyraźnie mniej.

— Tato…

— Co?

— Po co ją zawołałeś?

— Jak to po co?

— Moglibyśmy jeść przez kilka dni sami.

Tata popatrzył na mnie.

— Moglibyśmy.

— To dlaczego?

Usiadł na krześle.

— Tobie smakowało?

— Tak.

— Mamie smakowało?

Skinąłem głową.

— Mnie smakowało.

Potem wskazał na drzwi naprzeciwko.

— A jej ma smakować mniej?

— Nie.

— To o co chodzi?

W wieku dziewięciu lat nie mogę powiedzieć, żebym był tym poruszony. Popatrzyłem znowu na kiełbasę. Wciąż wydawało mi się, iż pani Hanka zjadła sporo za dużo.

Następnego dnia rano matka znowu zrobiła nam chleb z kiełbasą. Dwie kromki dla mnie. Kilka dla taty. Zauważyłem od razu, iż sobie nic nie przygotowała.

— A ty?

— Co ja?

— Nie jesz?

— Próbowałam jak kroiłam.

Uwierzyłem jej. Dopiero lata później zrozumiałem, iż matka „próbowała jak kroiła” podejrzanie wiele rzeczy w moim dzieciństwie. Gdy było mięso. Gdy pojawiały się pomarańcze pod świąteczne. Gdy ktoś dostał tabliczkę czekolady z paczki od cioci z Ameryki. Gdy z ciasta zostawało zbyt mało kawałków. „Próbowałam.” „Nie jestem głodna.” „Jadłam wcześniej.”

Kiełbasa skończyła się po kilku dniach. Nie pamiętam dokładnie po ilu. Nie pamiętam też, kto konkretnie ją tacie dał — jakiś kolega z huty, któremu tata załatwił kiedyś części do Fiata 126p. W tamtych latach istniało mnóstwo takich niewidzialnych ścieżek, którymi ludzie docierali do rzeczy, jakich nie było w zwykłych sklepach.

Do dziś, kiedy myślę o tamtym wieczorze, widzę nie kiełbasę schowaną pod płaszczem, tylko małą kuchnię w bloku. Czworo ludzi przy stole nakrytym ceratą. Chleb. Cebula. Kilka plasterków krakowskiej. I panią Hankę, która odsuwa talerzyk i mówi: dobrze, iż chociaż przypomniałam sobie, jaki to ma smak.

Idź do oryginalnego materiału