Kawiarnia przy Świętego Marcina w Poznaniu, styczeń

polregion.pl 1 tydzień temu

Anka Wróblewska, 41 lat, wyjmuje pieczątkę i przystawia ją do faktury. Za oknem trzeci dzień z rzędu leje, chodnik przy tramwajowym przystanku zamienił się w kałużę wielkości małego jeziora, a ekspedientka z kwiaciarni obok od rana wynosi wiadro i wylewa wodę z markizy. Anka prowadzi tę kawiarnię od jedenastu lat. Sama, bez wspólnika, bez męża — rozwiodła się dawno, dzieci nie ma, i to jest właśnie ten fakt, który ludzie w tym mieście najchętniej komentują.

— Sama? W tym wieku? — usłyszała wczoraj od klientki, która przyszła po ciastko z makiem. — To musi być ciężkie, tak samej.

Anka się uśmiechnęła, podała ciastko, policzyła resztę. Nie odpowiedziała nic, bo już wie, iż nie ma sensu.

Bo jak schudnie — powiedzą, iż choruje. Jak przytyje — iż się zaniedbała. Ubierze się ładniej na spotkanie z dostawcą kawy — sąsiadka z piętra wyżej, pani Grażyna, zaraz szepnie mężowi, iż Wróblewska to musi mieć kogoś, skoro się tak stroi. Ubierze się zwyczajnie — inni uznają, iż firma podupada. Gdy jest poważna przy rozliczeniach z ZUS-em, mówią, iż sztywna. Gdy się śmieje z kelnerką Olą przy zamykaniu lokalu, ktoś zza lady szepcze, iż beztroska, iż nie traktuje biznesu serio. Powie wprost dostawcy, iż towar był zepsuty i nie zapłaci — nazwą ją trudną. Będzie milczeć i przełknie stratę — nazwą naiwną.

Jej brat, Tomek, ma inaczej, ale też ma. Zarabia dobrze jako kierownik budowy pod Poznaniem, kupił sobie w zeszłym roku używane BMW serii 3, ciemnogranatowe, i od tamtej pory teściowa przy każdym niedzielnym obiedzie wtrąca, iż pewnie coś kombinuje, bo uczciwą pracą się tyle nie zarabia. Kiedy stracił kontrakt trzy lata temu i jeździł starym passatem — mówili, iż nieudacznik.

Nie ma wyjścia z tej pułapki. Anka to zrozumiała pewnego wieczoru, gdy zamykała kasę fiskalną i licząc utarg — sto osiemdziesiąt siedem złotych mniej niż zwykle, bo deszcz odstraszył klientów — pomyślała, iż przez jedenaście lat próbowała się dopasować do wszystkich naraz. Do klientów, do sąsiadów z kamienicy, do byłego męża, który zresztą też miał zawsze zdanie na temat tego, jak powinna wyglądać i mówić.

W tym samym czasie, dwie ulice dalej, jej córka chrzestna Julia — dwadzieścia sześć lat, pracuje w agencji reklamowej przy placu Wolności — siedzi na schodach przed swoją kamienicą i pali papierosa, którego zwykle nie pali, bo dostała telefon od matki. Matka powiedziała jej wprost: rzucasz dobrą pracę w korporacji dla jakiejś reklamy, ludzie gadają, iż ci się w głowie poprzewracało. Julia milczy przez telefon, bo nie umie tego wytłumaczyć w dwóch zdaniach — iż w korporacji siedziała po dziesięć godzin i nienawidziła każdego poniedziałku, a teraz zarabia mniej, ale wstaje bez ściśniętego żołądka.

— Ciociu — mówi Julia następnego dnia, kiedy wpada do kawiarni po drodze na spotkanie z klientem, z laptopem pod pachą i plamą kawy na rękawie płaszcza — ludzie chyba nigdy nie przestaną mieć zdania.

Anka stawia przed nią cappuccino, nie to najmocniejsze, bo wie, iż Julia i tak nie dosypie cukru. Za oknem przejeżdża tramwaj numer pięć, rozchlapując wodę na chodnik, a starszy pan z psem — jamnikiem imieniem Bąbel, który codziennie o tej porze przechodzi tędy — przystaje, żeby otrzepać but.

— Nie przestaną — mówi Anka. — Schudłam po rozwodzie, bo nie mogłam jeść, i sąsiadka od razu zapytała, czy mam raka. Przytyłam potem trochę, bo zaczęłam piec dla klientów i próbować wszystko sama — to samo pytanie, tylko w drugą stronę.

Julia kręci łyżeczką w filiżance, nie pije.

— To co mam zrobić z tą robotą?

— Zostać, jeżeli ci dobrze. Albo odejść, jeżeli źle. Ale nie dlatego, co powie mama przy niedzielnym rosole.

Rozmowa się urywa, bo do lokalu wchodzi klient — pan Zdzisław, emeryt, zamawia zawsze to samo, szarlotkę i herbatę z cytryną, siada przy oknie i czyta gazetę, którą przynosi ze sobą, bo nie ufa temu, co piszą w internecie. Anka podchodzi, przyjmuje zamówienie, a Julia zostaje sama przy stoliku ze stygnącą kawą.

Wieczorem, już po zamknięciu, gdy Ola myje ostatnie filiżanki, a Anka liczy utarg przy słabym świetle jednej lampki nad kasą — bo drugą żarówkę trzeba było wymienić jeszcze w zeszłym tygodniu i wciąż nie zdążyła — dzwoni telefon. To matka Anki, siedemdziesięcioletnia pani Bogusia, mieszka na Ratajach, sama, od kiedy owdowiała.

— Aniu, sąsiadka pyta, dlaczego nie wyszłaś drugi raz za mąż. Mówię jej, iż nie wiem.

— Bo nie musiałam, mamo.

— No wiesz, ludzie gadają.

— Ludzie zawsze będą gadać. Jak wyjdę, powiedzą, iż za pieniądze. Jak zostanę sama, powiedzą, iż nikt mnie nie chce. Nie ma wersji, w której przestaną.

W słuchawce robi się cicho na chwilę, potem pani Bogusia wzdycha i zmienia temat na to, iż w telewizji znowu pokazują ten sam serial, co w zeszłym sezonie, tylko z innymi aktorami.

Punkt zwrotny przychodzi tydzień później, w piątek, kiedy do kawiarni wchodzi dawna wspólniczka Anki, Marta, z którą się rozstały w konflikcie pięć lat temu o to, kto ma prawo do nazwy lokalu. Marta otworzyła własną kawiarnię przy Starym Rynku, większą, z neonem i insta-friendly wystrojem. Przyszła nie na kawę — przyszła z papierem, żeby zaproponować Ance sprzedaż jej lokalu, bo kamienica podobno idzie do remontu, a właściciel chce podnieść czynsz o sto procent.

— Wiem, iż to dla ciebie szok — mówi Marta, kładąc dokument na stoliku obok cukiernicy. — Ale lepiej sprzedać teraz, póki masz jakąkolwiek wartość, niż zostać z niczym, kiedy podniosą czynsz.

Anka bierze papier, czyta. Cena zaniżona, dokładnie o tyle, o ile Marta wie, iż Anka jest teraz w gorszej sytuacji finansowej po deszczowym miesiącu. Palce Anki zatrzymują się na dolnej linijce z kwotą. Przez chwilę liczy w głowie: czynsz, prąd, ZUS, i to, ile jeszcze wytrzyma konto firmowe, jeżeli pogoda się nie poprawi. Myśli o tym, iż gdyby sprzedała, przestałaby się bać każdego pierwszego dnia miesiąca. To jest ten moment, w którym cały ciężar jedenastu lat cudzych opinii mógłby ją złamać — mogłaby uznać, iż skoro wszyscy i tak mają zdanie, to i tak przegra, więc czemu nie sprzedać i nie dać sobie spokoju.

Odkłada papier na stolik, nie oddaje go jeszcze. Idzie do szafki za ladą, wyciąga teczkę z umową najmu, którą podpisała trzy lata temu na dziesięć lat z opcją przedłużenia — właściciel kamienicy, pan Kowalczyk, dał jej wtedy stawkę zamrożoną, bo znał jeszcze jej ojca. Ręka zawisa nad telefonem sekundę dłużej, niż powinna — bo jeżeli Marta mówi prawdę, jeżeli czynsz naprawdę idzie w górę, to za chwilę będzie musiała przyznać się do porażki na oczach tej właśnie kobiety. Wybiera numer.

— Panie Kowalczyk, słyszałam, iż planuje pan podnieść czynsz w kamienicy.

Głos w słuchawce brzmi zdziwiony.

— Komu pani to powiedziała? Nikomu nie podnoszę, umowa jest umowa, do dwa tysiące trzydziestego trzeciego roku.

Anka odkłada telefon i patrzy na Martę.

— Wiesz co jest zabawne? Że przez jedenaście lat ludzie mówili mi, co mam robić z tym lokalem, z moim życiem, z tym, jak wyglądam i z kim sypiam. I ani jedna z tych osób nie zapłaciła za mnie ani złotówki czynszu.

Bierze papier ze stolika, składa go na pół, potem jeszcze raz, i wręcza go Marcie z powrotem.

— Nie sprzedaję. I proszę więcej nie przychodzić tu z takimi ofertami, udając, iż robisz mi przysługę.

Marta wychodzi bez słowa, dzwoneczek nad drzwiami brzęczy głośniej niż zwykle, bo trzasnęła drzwiami mocniej, niż chciała.

Trzy tygodnie później Anka idzie do notariusza przy Rondzie Kaponiera i przepisuje jednoosobową działalność na spółkę z Julią — dziewczyna zostawiła w końcu agencję reklamową, po tym jak dostała propozycję nie do odrzucenia od klienta, dla którego pracowała freelance, i zdecydowała się pomóc ciotce prowadzić kawiarnię na pół etatu, zajmując się jednocześnie promocją w mediach społecznościowych. Podpisują umowę spółki, dwadzieścia procent udziałów dla Julii, reszta zostaje przy Ance. Na koncie firmowym w mBanku widnieje teraz kwota czterdziestu dwóch tysięcy złotych odłożonych przez lata na wypadek remontu — Anka przelewa piętnaście tysięcy na nowy szyld i markizę, bo stara jest już postrzępiona.

W sobotę rano dwaj robotnicy montują litery nowego szyldu, jedna po drugiej. Anka stoi na chodniku z kubkiem kawy, patrzy, jak przykręcają ostatnią — literę "j" w słowie "Wróblewskiej" — a obok niej zatrzymuje się pan Zdzisław ze swoją gazetą pod pachą.

— Ładnie — mówi tylko, nie odrywając wzroku od szyldu.

Tramwaj numer pięć przejeżdża akurat wtedy, rozchlapując wodę z kałuży aż na krawężnik, a pies Bąbel szarpie smycz, węsząc w stronę otwartych drzwi kawiarni, skąd unosi się zapach świeżo mielonej kawy. Julia wychodzi z lokalu z telefonem w ręku, robi zdjęcie szyldu do relacji na Instagramie i krzyczy od progu:

— Ciociu, chodź, zrobimy zdjęcie razem, ludzie będą chcieli zobaczyć, kto tu teraz rządzi!

Anka podchodzi, staje obok siostrzenicy pod nowym napisem, poprawia włosy odruchowo — i w tej samej chwili zza rogu, z parasolem otwartym mimo iż akurat przestało padać, przechodzi pani Grażyna, zwalnia kroku, patrzy na szyld, na obie kobiety, na aparat w ręku Julii, i mówi półgłosem do nikogo konkretnego:

— No proszę, remont sobie zrobiła. Ciekawe, skąd na to pieniądze.

Anka słyszy to wyraźnie. Nie odwraca się. Kładzie tylko rękę na ramieniu Julii, uśmiecha się do telefonu, i mówi cicho, tak żeby usłyszała ją tylko siostrzenica:

— Rób zdjęcie. Ta litera kosztowała mnie jedenaście lat.

Idź do oryginalnego materiału