# Fasolka po dziewiątą rano
Mama zadzwoniła, kiedy próbowałam jednocześnie dopić kawę, znaleźć kluczyki od auta i przekonać syna, iż czysta koszulka jest lepsza niż ta, w której grał wczoraj w piłkę na osiedlowym boisku.
– Weronika, pamiętasz, ile minut gotuje się młodą fasolkę szparagową?
– Mamo, ty ją gotujesz od czterdziestu lat.
– Gotuję. Ale tym razem jakaś twarda wyszła.
– Spróbuj jedną. Miękka – wyłączaj.
– Też tak myślałam.
Zamilkła na chwilę, potem zapytała, czy przyjedziemy w weekend. Powiedziałam, iż jeszcze nie wiem, bo Kacper ma trening, a Rafał pracę. Odpowiedziała, iż pytała tak sobie, iż u niej wszystko dobrze, i rozłączyła się, zanim zdążyłam cokolwiek dodać.
Kilka godzin później zadzwoniła do mojego brata Tomasza. Tym razem chciała wiedzieć, czym dokarmić róże – róże, u Tomasza, który od różanych krzewów trzyma się z daleka jak od ognia. Wieczorem zatelefonowała do mojej córki z pytaniem, jak powiększyć czcionkę w telefonie.
– Babciu, ja ci to w zeszłym tygodniu ustawiałam.
– Pewnie znowu nacisnęłam nie to.
Córka wytłumaczyła, mama podziękowała i się pożegnała. Takich telefonów robiło się coraz więcej. Jak podać stan licznika. Gdzie sprawdzić pogodę na jutro. Czy koperek da się mrozić. Którym autobusem dojechać do przychodni na Kwiatowej. Co kupić sąsiadce na dziesiąte urodziny córki.
Z początku odpowiadaliśmy cierpliwie. Potem zaczęła się w nas budzić irytacja.
– Ona przecież to wszystko wie – powiedział kiedyś Tomasz. – Wczoraj pytała, jak włączyć piekarnik. Ten sam piekarnik, który sama wybierała w markecie.
– Może naprawdę zapomniała?
– Weronika, mama pamięta urodziny każdego kuzyna do trzeciego pokolenia. Nie mogła zapomnieć, gdzie jest przycisk w piekarniku.
Też tak myślałam. Tylko innego wytłumaczenia nie miałam.
Mama ma sześćdziesiąt osiem lat i mieszka sama w Radomsku, godzinę drogi od nas. Po przejściu na emeryturę zajmuje się ogródkiem, czyta kryminały, chodzi na targ w środy i piątki, dwa razy w tygodniu spotyka się z koleżankami na kawę w cukierni przy rynku. Tak przynajmniej opowiadała.
Z Tomaszem staraliśmy się jej ułatwiać życie. Opłacaliśmy rachunki przez internet, zamawialiśmy zakupy z dowozem, znaleźliśmy fachowca do przycinania drzew. Na urodziny kupiliśmy nowy telefon, przed zimą wymieniliśmy piec. Wydawało się, iż wszystko mamy ogarnięte.
W jedną z sobót postanowiłam po prostu przyjechać, bez uprzedzenia – chciałam zrobić niespodziankę. Otworzyła dopiero za trzecim dzwonkiem, w starej podomce, z włosami związanymi na szybko.
– A czemu nie zadzwoniłaś?
– Bo wtedy nie byłaby to niespodzianka.
– Chociaż ciasto bym upiekła.
– Nie trzeba mi ciasta.
Zaczęła się krzątać: stawiać czajnik, wyciągać herbatniki, szukać czystego obrusa.
– Usiądź – poprosiłam. – Ja tylko na godzinkę.
Zamarła z obrusem w rękach.
– Na godzinkę?
– Muszę jeszcze wpaść do Galerii Słonecznej, Kacprowi trzeba adidasy kupić.
– No jasne, dzieci rosną.
Rozłożyła obrus, chociaż mówiłam, iż nie trzeba. Postawiła dwie filiżanki, usiadła naprzeciwko. Rozmawiałyśmy o pogodzie, o cenach jabłek na targu i o sąsiadce Basi, która przemalowała płot na taki zielony kolor, iż – jak twierdziła mama – widać go z kosmosu.
Wzięłam jej telefon.
– Pokaż, co tam z tą czcionką.
– Już wszystko dobrze.
– A piekarnik?
– Też działa.
– I fasolkę ugotowałaś?
– Ugotowałam.
Patrzyłam na nią uważnie.
– Mamo, po co dzwonisz z pytaniami, na które sama znasz odpowiedź?
Odwróciła twarz w stronę okna za firanką.
– Tak sobie pytam.
– Codziennie?
– A co, nie wolno zadzwonić do dzieci?
– Wolno. Tylko po to nie trzeba wymyślać fasolki.
Zaczęła zbierać okruchy ze stołu do dłoni. Robiła to powoli, bardzo starannie.
– Jak dzwonię zwyczajnie, to zawsze jesteście zajęci – powiedziała w końcu. – A jak trzeba coś zapytać, to chociaż parę minut porozmawiamy.
Zrobiło mi się wstyd nie od tych słów, tylko od tonu, jakim je wypowiedziała. Bez wyrzutu. Jakby tłumaczyła coś oczywistego, do czego ja sama jakoś nie doszłam.
Przypomniałam sobie nasze ostatnie rozmowy. "Mamo, jestem na zebraniu". "Mamo, właśnie siadamy do kolacji". "Oddzwonię za chwilę". I prawie nigdy nie oddzwaniałam. Za to gdy prosiła o pomoc z telefonem albo z przelewem, zawsze znajdowałam te pięć minut. Konkretna prośba wydawała się sprawą. Zwykła rozmowa – czymś, co można odłożyć.
– Dlaczego nie powiedziałaś, iż ci samotno?
Wzruszyła ramionami.
– Nie lubię tego słowa. Nie siedzę całymi dniami przy oknie. Mam ogród, kota, koleżanki. Po prostu każde z was żyje swoim życiem. Rozumiem to.
– Rozumiesz, a wymyślasz problemy z piekarnikiem.
– Niewielki to problem. Jeden przycisk.
Obie się roześmiałyśmy. Z podwórka dobiegł głos:
– Marysiu, jesteś w domu?
Pod furtkę podeszła Basia z dwiema sadzonkami porzeczek.
– Popatrz, co mi wcisnęli na targu. Mówili, jedna wczesna, druga późna, a ja teraz nie wiem, która jest która.
Mama wyszła na ganek. Wzięła sadzonki, obejrzała pąki i zaczęła tłumaczyć, gdzie je najlepiej posadzić. Po kilku minutach była zupełnie inną osobą. Mówiła żywo, gestykulowała słoneczną część działki, wspominała, jak w zeszłym roku ratowała porzeczki przed mszycą. Basia słuchała uważnie, dopytywała.
Wtedy dotarła do mnie kolejna rzecz. Z bratem tak zaangażowaliśmy się w pomaganie mamie, iż stopniowo odebraliśmy jej niemal wszystkie sprawy, w których mogła być nam potrzebna. Nie pytaliśmy o rady, bo wszystko znajdowaliśmy w Google. Nie prosiliśmy o przepisy – znowu internet. Nie zostawialiśmy jej wnuków, żeby jej nie męczyć. choćby jabłka z jej sadu braliśmy niechętnie – po co wozić, skoro takie same można kupić w Biedronce koło domu.
Chroniliśmy ją przed zbędnym kłopotem. I razem z kłopotem zabraliśmy z jej życia poczucie, iż bez niej coś by się nie udało.
– Mamo – powiedziałam, gdy Basia poszła – pamiętasz to ciasto ze śliwkami, które piekła babcia?
– Z kruszonką na wierzchu?
– Tak. Mnie nigdy nie wychodzi.
– Bo rozpuszczasz masło. Trzeba je zimne zetrzeć z mąką.
– Nauczysz mnie?
Spojrzała na zegarek.
– A adidasy?
– Kupimy później.
Wyjęła z lodówki masło. Ja znalazłam mąkę, ona przebrała śliwki i odłożyła kilka zbyt miękkich. Ciasto piekłyśmy prawie dwie godziny – nie dlatego, iż było skomplikowane. Po prostu mama co chwilę odchodziła od tematu na rzecz jakiejś historii. Opowiedziała, jak babcia upiekła je pierwszy raz na urodziny taty. Jak raz pomyliła cukier z solą. Jak my z Tomaszem w dzieciństwie wydłubywaliśmy pestki ze śliwek i kłóciliśmy się, komu dostanie się większy kawałek.
Gdy ciasto stało w piekarniku, napisałam mężowi, iż się spóźnię. Zadzwoniłam do brata.
– Jesteś jutro wolny?
– A co się stało?
– Nic. Mama chce nam pokazać, jak przycinać winorośl.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– Sama powiedziała?
– Jeszcze nie.
– Weronika…
– Przyjedź z dziećmi. Ucieszy się.
Nazajutrz Tomasz przywiózł obu synów. Mama rozdała wszystkim rękawice, sekatory i kazała niczego nie ruszać bez pozwolenia. Chłopcy słuchali uważniej niż na lekcjach. Tomasz kłócił się, iż jedną łozę trzeba zostawić, mama twierdziła co innego. Po godzinie śmiali się już tak głośno, iż Basia wyjrzała zza swojego zielonego płotu.
Od tamtej pory nie zaczęliśmy dzwonić do mamy po pięć razy dziennie. Życie nie zmieniło się w reklamę wielkiej zgranej rodziny. przez cały czas bywaliśmy zajęci, zapominaliśmy oddzwonić, nie zawsze mogliśmy przyjechać. Po prostu w naszych rozmowach ubyło pytań o to, co jej kupić. Zamiast tego pojawiły się inne: Mamo, jak myślisz? A jak ty to kiedyś robiłaś? Sprawdzisz, czy dobrze posadziłam? Przyjedziesz do nas w sobotę? Nie pomagać. Po prostu przyjedziesz?
Miesiąc później, na początku sierpnia, mama zadzwoniła znowu rano.
– Weronika, ile trzeba gotować młodą fasolkę?
Chciałam się roześmiać, ale usłyszałam w jej głosie chytry ton.
– Nie wiem, mamo. Pokażesz mi.
– No to przyjedź, to pokażę.
Kiedy odłożyłam telefon, wyjęłam z szuflady stary zeszyt babci z przepisami – ten sam, w którym mama zapisała kiedyś przepis na ciasto ze śliwkami – i włożyłam go do torby. Pomyślałam, iż to ja zawiozę go do Radomska na stałe, żeby leżał u niej, a nie u mnie w szufladzie. Niech to ona będzie tą, do której przychodzi się po przepis, a nie ja, która go chowa na później.
W sobotę pojechałam sama, bez dzieci, bez listy zakupów, bez pretekstu. Zapukałam, mama otworzyła w fartuchu, z rękami w mące.
– Fasolka już się gotuje – powiedziała. – Chodź, pokażę ci na żywo, a nie przez telefon.
Weszłam do kuchni, postawiłam zeszyt na stole obok garnka, i tym razem nie patrzyłam na zegarek.
















