Renata otwiera roletę o szóstej rano i pierwsze, co robi, to nastawia wodę na kawę w tym samym zaparzaczu, którego używała jej matka. Zapach mielonej kawy miesza się z zapachem drożdżówek z piekarni obok — piecze tam Wojtek, zawsze o tej porze wyciąga pierwszą blachę. Renata prowadzi tę cukiernię na wrocławskim Krzykach od jedenastu lat, ale dopiero teraz, cztery miesiące po pogrzebie matki, zaczęła rozmawiać z nią na głos, kiedy myje witrynę.
— Mamo, znowu zapomniałam zapłacić za prąd — mówi do szyby, ścierając odcisk palca. — Ty byś się nie zapomniała.
Telefon leży na ladzie, ekran zablokowany. Renata nagrywa te wiadomości głosowe od pogrzebu, wysyła je na numer matki, który operator jeszcze nie odłączył. Nikt jej tego nie doradził, po prostu pewnego wieczoru, kiedy nie mogła zasnąć, otworzyła aplikację i nacisnęła czerwony przycisk. Teraz ma ich czternaście. Nie odsłuchuje żadnej z nich — boi się, iż nie rozpozna własnego głosu sprzed żałoby.
Matka, Bożena, zmarła w kwietniu, w szpitalu przy Borowskiej, po trzech tygodniach, w czasie których Renata spała na krześle obok łóżka i uczyła się nowego słowa — paliatywna. Zdążyła jej powiedzieć wszystko, co się mówi w takich chwilach, a mimo to zostało tyle niedopowiedzianego, iż Renata czuje to fizycznie, jak kamień pod mostkiem.
W lipcu do cukierni wszedł mężczyzna, którego Renata nie widziała od lat — Marek, brat Bożeny, wuj, z którym matka od dawna nie utrzymywała kontaktu przez starą sprawę o działkę w Sobótce. Usiadł przy stoliku pod oknem, zamówił szarlotkę i kawę, i czekał, aż Renata skończy obsługiwać kolejkę.
— Słyszałem o mamie za późno, żeby zdążyć na pogrzeb — powiedział, nie patrząc na nią wprost, tylko na widelec obracany w palcach. — Ale przyjechałem, bo została po niej ta działka. I prawnik mówi, iż jako brat mam prawo do części.
Renata usiadła naprzeciwko niego, wciąż w fartuchu upaćkanym mąką.
— Mamo zostawiła wszystko mnie. Testament jest u notariusza przy placu Grunwaldzkim, mogę ci dać jego numer.
— Nie chodzi o pieniądze — odparł Marek, choć widelec w jego dłoni drgnął. — Chodzi o to, iż nikt mnie nie zawiadomił, kiedy umierała. Miałem prawo się pożegnać.
To zdanie zabolało bardziej niż cała reszta, bo Renata przez trzy tygodnie w szpitalu sama zadawała sobie to pytanie — kogo jeszcze powinna była zawiadomić, komu jeszcze należało się to pożegnanie, którego ona miała pod dostatkiem, a inni żadnego. Ale nie ustąpiła.
— Mama sama zdecydowała, z kim chce rozmawiać w ostatnich tygodniach. Nie moja rola, żeby to teraz zmieniać.
Marek wyszedł, zostawiając szarlotkę nietkniętą i dwadzieścia złotych na stoliku, których nie trzeba było zostawiać. Renata przez tydzień czekała na pismo od prawnika. Nie przyszło. Zamiast tego, pod koniec sierpnia, w cukierni pojawiła się koperta wsunięta pod drzwi przed otwarciem — bez znaczka, bez adresu, tylko jej imię napisane pismem, które rozpoznała natychmiast, bo widziała je całe życie na liście zakupów przyklejanych do lodówki.
List od matki. Napisany, jak się okazało z daty, dziesięć dni przed przyjęciem do szpitala — Bożena zostawiła go u sąsiadki, pani Halinki z trzeciego piętra, z instrukcją, żeby oddać córce dopiero, gdy "minie już najgorsze, żeby Renatka miała siłę go przeczytać".
Renata usiadła na taborecie za ladą, zanim jeszcze zdjęła fartuch, i czytała, podczas gdy Wojtek z piekarni pukał w szybę, pytając, czy zamawia dzisiaj bułki jak zwykle. Nie odpowiedziała.
Matka pisała o działce w Sobótce — iż należy się Renacie w całości, bo to ona przez jedenaście lat przynosiła jej rosół, kiedy chorowała na grypę, a Marek przez tyle samo lat nie zadzwonił choćby w Wigilię. Ale pisała też coś, o czym Renata nie wiedziała: iż pod materacem w sypialni, w starej puszce po herbacie, leżą oszczędności — trzydzieści osiem tysięcy złotych, odkładane przez lata z myślą o wnukach, których Renata jeszcze nie miała, ale matka wierzyła, iż będzie miała. I iż jeżeli Marek przyjdzie prosić o pieniądze, powołując się na krew, Renata ma prawo mu odmówić bez wyrzutów sumienia, bo krew to za mało, kiedy zabrakło obecności.
Na końcu było jedno zdanie, które Renata przeczytała jeszcze trzy razy, zanim zrozumiała, iż matka pisała je świadoma, co się dzieje: "Jak mnie zabraknie, nie musisz do mnie mówić przez telefon do nieba, córeczko — wystarczy, iż będziesz uczciwa wobec siebie, tak jak ja starałam się być uczciwa wobec ciebie".
Puszkę znalazła tego samego wieczoru, dokładnie tam, gdzie matka opisała. Pieniądze przeliczyła na stole w kuchni, banknot po banknocie, obok stała nietknięta filiżanka herbaty, bo ręce miała zajęte.
Nazajutrz zadzwoniła do notariusza przy placu Grunwaldzkim i umówiła się na spisanie oficjalnego oświadczenia w sprawie działki — chciała, żeby wszystko było w papierach, żeby nikt nigdy więcej nie mógł powiedzieć, iż coś jest niejasne. Marek zjawił się w kancelarii dziesięć minut spóźniony, w tej samej kurtce co w cukierni, i usiadł po drugiej stronie biurka, jakby to on miał tu coś do stracenia.
— Działka zostaje przy mnie, zgodnie z testamentem — powiedziała Renata, kładąc przed nim kopię dokumentu. — Ale to, co mama zostawiła osobno, w kopercie do ciebie, jest tutaj.
Podała mu list — nie ten sam, inny, który sama dopisała w nocy, załączając trzy tysiące złotych, sumę, którą uznała za sprawiedliwą, nie za obowiązek, tylko za gest. Marek otworzył kopertę przy niej, przeczytał, złożył pieniądze z powrotem do środka i odłożył na biurko.
— Nie chcę jałmużny.
— To nie jałmużna. To wszystko, na co zasługujesz przy tym stole, Marek. Reszta była między mną a mamą.
Wyszedł bez pieniędzy, notariusz nie skomentował, tylko przesunął w stronę Renaty stos dokumentów do podpisu. Podpisała każdy, ręka jej nie drżała.
Wieczorem, w cukierni, po zamknięciu, usiadła przy stoliku pod oknem, tym samym, przy którym siedział Marek. Telefon leżał obok, piętnasta wiadomość głosowa czekała nienagrana. Tym razem Renata nie sięgnęła po niego. Wzięła zamiast tego notes, ten sam, w którym matka zapisywała przepisy na szarlotkę, i dopisała na pustej stronie datę oraz jedno zdanie: "Dzisiaj zrobiłam to, co uczciwe". Zamknęła zeszyt, zgasiła światło w witrynie i wyszła na Grabiszyńską, gdzie Wojtek zamiatał już przed swoim sklepem, pytając, czy jutro zamawia bułki jak zwykle.
— Jak zwykle — odpowiedziała i po raz pierwszy od kwietnia to słowo nie zabrzmiało jak coś, co trzeba było jeszcze przetrwać.











