Mam sześćdziesiąt trzy lata i już wiem, jak to się skończy. Wnusia Zosia, którą teraz noszę na rękach po placu w Żywcu, kiedyś będzie mnie prowadzić pod ramię do łazienki. To nie jest smutna myśl. To jest obietnica, którą sobie składam każdego wieczoru, siedząc na balkonie z herbatą, patrząc na góry, które ciemnieją coraz szybciej.
Mój syn Marek ma trzydzieści pięć lat, mieszka dwie ulice dalej, w bloku przy tej samej piekarni, gdzie kupuję drożdżówki z serem od trzydziestu lat. Ekspedientka Halina zna mnie z imienia, wie, iż biorę zawsze dwie sztuki, jedną dla siebie, jedną „na wszelki wypadek" — a ten wszelki wypadek to zawsze Marek, który wpada po pracy głodny jak wilk.
Dziś też wpadł, chociaż nie po drożdżówkę.
Siedział przy moim stole kuchennym z telefonem przyciśniętym do ucha, palcem drugiej ręki uciszając mnie w powietrzu, a ja akurat wtedy, oczywiście akurat wtedy, nie mogłam otworzyć słoika z ogórkami.
— Marek — powiedziałam, stawiając słoik przy jego łokciu.
— Mamo, jestem w banku — wycedził, zasłaniając mikrofon dłonią.
— To pilne.
— Zaraz.
— Nie zaraz. Teraz.
Odłożył telefon na blat z takim hukiem, iż aż podskoczyła cukiernica, i otworzył słoik jednym szarpnięciem, jakby to była zniewaga, nie prośba. Ogórki wylądowały na talerzu. Podniósł telefon z powrotem do ucha, ale bank już się rozłączył. Zobaczyłam to po jego twarzy, po tym, jak zacisnął szczękę.
— Wiesz, ile czekałem na tę rozmowę? Trzy tygodnie czekałem na oddzwonienie z kredytu.
— Przepraszam.
— Nie, mamo, ty nie przepraszasz. Ty robisz to specjalnie.
To mnie zabolało bardziej, niż powinno. Usiadłam naprzeciwko niego, wzięłam jeden ogórek widelcem, chociaż wcale nie miałam na niego ochoty, tylko po to, żeby coś robić rękami.
— Ugotowałem ci kaszę jaglaną z warzywami — powiedział po chwili, wstając do lodówki, jakby chciał zamknąć temat. — Jest w pojemniku, wystarczy podgrzać.
— Wolałabym rosół z makaronem.
— Mamo, lekarz mówił o cukrze.
— Lekarz nie musi tego jeść.
Postawił przede mną talerz z kaszą i brokułami, twardo, bez słowa, i usiadł z powrotem, pocierając czoło tak, jak robił to jego ojciec, kiedy tracił cierpliwość. Zjadłam trzy kęsy pod jego spojrzeniem, każdy z miną, jaką miała moja matka, kiedy próbowałam ją nakarmić zupą, którą uważała za za słoną.
— Marek, gdzie mój pilot?
— Przecież leżał na stoliku pięć minut temu.
— Nie ma go.
Wstał, westchnął, zajrzał pod poduszki na kanapie, a ja w tym czasie po cichu przesunęłam okulary z czubka głowy na nos, bo właśnie sobie przypomniałam, iż tam były cały czas. Znalazł pilota w koszu na pranie, obok jednej skarpetki bez pary — dokładnie tak, jak on sam gubił skarpetki, kiedy miał dziesięć lat, a ja szukałam ich po całym mieszkaniu, klnąc pod nosem.
— Jak on się tam znalazł — mruknęłam, nie patrząc mu w oczy.
— Nie wiem, mamo. Naprawdę nie wiem.
W jego głosie było więcej zmęczenia niż złości, i to zmęczenie osiadło między nami jak kurz na meblach, którego nikt nie chce ścierać. Wstał, zaczął zbierać naczynia, głośniej niż trzeba, talerze stukały o siebie w zlewie.
— Może powinnaś przenieść się bliżej mnie — powiedział do kranu, nie odwracając się. — Albo ja bliżej ciebie. Nie wiem. Ciągle coś. Ciągle telefony, ciągle słoiki, ciągle pilot.
— Jestem uciążliwa.
— Nie powiedziałem tego.
— Ale pomyślałeś.
Odłożył gąbkę, otarł ręce o ścierkę wiszącą na piekarniku — tę samą, którą kupiłam piętnaście lat temu w Bielsku, kiedy jeszcze jeździłam do matki co niedzielę — i podszedł do szafki w przedpokoju, żeby wyjąć moją kurtkę, bo robiło się zimno, a on zawsze sprawdzał, czy mam ciepło, zanim wychodził.
Sięgnął do kieszeni, żeby wyjąć chusteczki, które tam czasem zapominałam, i zamarł.
W palcach trzymał karteczkę, złożoną na pół, którą wsunęłam tam jeszcze w zeszłym tygodniu, kiedy prasowałam tę kurtkę, i o której zupełnie zapomniałam.
Rozłożył ją powoli. Zobaczyłam, jak porusza się jego gardło, zanim jeszcze przeczytał na głos, chociaż nie musiał, bo stałam wystarczająco blisko, żeby widzieć własne pismo: „Jestem z ciebie dumna. Zawsze byłam."
Stał tak z kartką w ręce, a ja patrzyłam na jego dłonie — te same dłonie, które kiedyś ledwo mieściły się w mojej, kiedy prowadziłam go przez ulicę do przedszkola, teraz duże, spracowane, z obrączką, którą kupił trzy lata temu.
— Kiedy to napisałaś — zapytał, a głos mu się łamał na drugim słowie.
— Nie pamiętam. Dawno.
— Mamo.
— Zostawiam ich więcej. W różnych miejscach. Znajdziesz, jak przyjdzie czas.
Nie powiedział nic. Odłożył kartkę na stolik przy drzwiach, tam gdzie trzymam klucze, i pomógł mi włożyć kurtkę, chociaż wcale nie wychodziłam, tylko chciał chyba dotknąć czegoś, co jeszcze przed chwilą było moje, a teraz jakby stało się nasze wspólne.
Zostałam na kanapie dłużej niż zwykle tego wieczoru, oglądając wiadomości trochę za głośno, tak jak lubię, a Marek siedział obok, nie wychodząc od razu, chociaż zwykle wychodzi zaraz po kolacji.
Kiedy zasnęłam w fotelu przed telewizorem — a musiałam zasnąć, bo obudził mnie chłód i cisza po wyłączonym ekranie — poczułam, jak coś ciężkiego i ciepłego opada mi na kolana i ramiona. Otworzyłam oczy na tyle, żeby zobaczyć, jak Marek podciąga koc pod moją brodę, dokładnie tak, jak ja robiłam to jemu, kiedy bał się burzy za oknem i nie chciał spać bez światła.
— Śpij, mamo — powiedział cicho, gasząc lampę w kształcie żaby, ale zostawiając włączone światło w korytarzu.
Usłyszałam, jak zamyka za sobą drzwi wejściowe, ciszej niż zwykle.











