Cisza jak brzytwa

twojacena.pl 1 tydzień temu

Nazywam się Barbara Wojtala i przez dwadzieścia dwa lata prowadziłam dział kadr w Miejskim Domu Kultury na Bródnie. Jestem świadkiem tej historii, nie jej bohaterką — proszę o tym pamiętać, bo to nie moja opowieść, tylko coś, co widziałam z bliska, siedząc za biurkiem obok sali prób.

Tego wieczoru, 25 lipca, kończyłam zmianę o dziewiętnastej i już miałam zamiar wyjść — na dworze duszno, w kiosku na rogu Kondratowicza sprzedawca akurat wystawiał lody, a ja marzyłam tylko o tym, żeby zdążyć na tramwaj numer 3 zanim się ściemni. Ale w sali prób siedział jeszcze Tomasz Barański, nasz reżyser teatralny, i grał na starym pianinie coś, co jak się później dowiedziałam, było hołdem dla rosyjskiego barda. To nie było moje zmartwienie — miałam wypełnić kartę urlopową i iść do domu. Zostałam.

Barański był u nas postacią osobną. Miał czterdzieści siedem lat, prowadził amatorski teatr piosenki, a jego artystą, jego gwiazdą, jego bólem głowy był Wiktor Sroka — chłopak, który śpiewał tak, iż starsze panie z chóru parafialnego płakały na próbach. Wiktor miał trzydzieści jeden lat, ochrypły głos po przebytym zapaleniu strun głosowych, i talent, którego nikt w tej dzielnicy się nie spodziewał.

Problem zaczął się miesiąc wcześniej, kiedy dyrektor placówki, pan Grzegorz Kowalik, postanowił, iż repertuar teatru trzeba „unowocześnić". Powiedział to na zebraniu, popijając kawę z termosu, jakby mówił o zmianie firanek. Wiktor napisał wtedy własny cykl piosenek — osiem utworów o życiu w blokowisku, o kolejkach do przychodni, o ojcu, który wyjechał do pracy do Niemiec i nie wrócił. Kowalik nazwał to „zbyt ponurym dla naszej publiczności" i kazał zdjąć program z afisza dwa dni przed premierą.

Widziałam, jak Wiktor stał wtedy w korytarzu z plikiem nut w ręku. Nie krzyczał. Powiedział tylko: „Osiem miesięcy pracy" — i poszedł do szatni. Tomasz poszedł za nim.

Od tamtej pory zaczęły się plotki. Sprzątaczka, pani Halina, powtarzała mi w kuchni, iż Wiktor podobno bierze pieniądze za występy na weselach i „ciągnie w drugą stronę", iż nie jest lojalny wobec domu kultury. Ktoś inny mówił, iż dostał propozycję z Krakowa i tylko czeka, żeby uciec, zostawiając zespół na lodzie. Kowalik na każdym zebraniu wtrącał złośliwe uwagi — iż Wiktor „za bardzo się stawia jak na chłopaka z Targówka", iż powinien być wdzięczny za salę i pianino, bo w prywatnym studiu takich warunków by nie miał.

A ja siedziałam w tej sali tego wieczoru i patrzyłam, jak Tomasz gra Wysockiego — po rosyjsku, z akcentem, który brzmiał jak modlitwa, którą ktoś powtarza, żeby nie zapomnieć. Wiktor stał oparty o framugę, z papierosem, którego nie zapalił, tylko trzymał między palcami, obracając go.

— Wiesz, co mnie w tym najbardziej dobija — powiedział wtedy, patrząc na klawisze, nie na Tomasza. — Że oni myślą, iż jak mnie zamkną w kącie, to ja przestanę śpiewać. A ja przestanę tylko śpiewać dla nich.

Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo w drzwiach stanął Kowalik. Miał przy sobie teczkę — zwyczajną, brązową, z odklejającym się rogiem, tę samą, w której trzymał listy obecności. Powiedział, iż przygotował dla Wiktora „propozycję rozwiązania sytuacji": zespół zostaje, program zdjęty na stałe, a Wiktor dostaje etat konferansjera na imprezach gminnych. Za grosze. Bez sceny.

Wiktor wziął od niego tę teczkę. Otworzył. Przeczytał jedną linijkę i oddał z powrotem, nie mówiąc ani słowa. Kowalik chyba oczekiwał kłótni, bo stał chwilę z otwartymi ustami, zanim wyszedł.

Zostawiam czytelnikowi wyobrażenie, co się działo przez następne dwa tygodnie — bo mnie tam nie było przy każdej rozmowie, słyszałam tylko strzępki. Wiem, iż Tomasz jeździł z Wiktorem do studia nagraniowego przy ulicy Zamoyskiego, iż nagrali te osiem piosenek własnym kosztem, bo Tomasz sprzedał motor, którym jeździł od dziesięciu lat. Wiem, iż Wiktor napisał list do lokalnej gazety „Głos Pragi" — nie skargę, tylko tekst o tym, dlaczego pisze piosenki o ludziach, których nikt nie chce słuchać.

Premiera odbyła się mimo wszystko — trzeciego sierpnia, w sali obok, tej, którą wynajęła prywatna kawiarnia „Cukier i Sól" na Grochowskiej, bo do naszej sali Kowalik nie dał kluczy. Byłam tam, bo Tomasz mnie zaprosił osobiście, powiedział, iż potrzebuje „kogoś, kto zna to miejsce od kuchni".

Sala pomieściła czterdzieści osób, może czterdzieści pięć — z przyciśniętymi krzesłami pod ścianą, z barową ladą przesuniętą w kąt. Wiktor śpiewał bez mikrofonu, tylko z gitarą Tomasza, i kiedy doszedł do piosenki o ojcu, który wyjechał i nie wrócił, jedna ze starszych pań z pierwszego rzędu wyjęła chusteczkę.

Kowalik nie przyszedł. Ale przyszła jego zastępczyni, pani Ewa Radziwoń, i to ona, stojąc z tyłu sali, z telefonem w ręku, nagrała cały koncert — bez pytania kogokolwiek o zgodę, po prostu wyciągnęła telefon i nagrywała, bo, jak powiedziała mi później przy wyjściu, „ktoś to musi zobaczyć, kto podejmuje takie decyzje w tej instytucji".

Nagranie trafiło nie tylko do rady miasta — trafiło też do lokalnego radia, do audycji o kulturze na Pradze, którą prowadzi znajomy Tomasza. W ciągu tygodnia program o zdjęciu koncertu z afisza wywołał tyle telefonów do sekretariatu, iż sekretarka, pani Iwona, przestała je zapisywać po trzydziestym.

Nie było żadnej wielkiej sceny z krzykiem w korytarzu, żadnego trzaskania drzwiami. Kowalik przyszedł do mnie do kadr dziesiątego sierpnia, sam, poprosił o akta Wiktora — chciał sprawdzić, czy może go zwolnić dyscyplinarnie za „samowolne wykorzystanie repertuaru instytucji". Powiedziałam mu prawdę: piosenki napisał Wiktor, prawa autorskie ma Wiktor, żadnej instytucji nic nie zabrał. Kowalik zamknął teczkę i wyszedł bez słowa.

Dwa tygodnie później Tomasz przyniósł mi do podpisu dokument — rezygnację z pracy w domu kultury, swoją i Wiktora jednocześnie. Nie żałowałam ich, bo widziałam, jak dzień wcześniej podpisywali umowę najmu małej sali na tyłach kina „Praha", trzydzieści metrów kwadratowych, gdzie mieli prowadzić własne studio piosenki dla dwunastu uczniów. Wiktor sam podliczył na kartce, iż przy takim czynszu i takiej liczbie uczniów wystarczy im na trzy lata bez dotacji miejskich.

Zostawiłam kluczyk od szafki kadrowej na biurku, tak jak zawsze zostawiam, kiedy ktoś odchodzi. Wiktor, wychodząc, odwrócił się w drzwiach i powiedział tylko:

— Pani Barbaro, niech pani zapamięta datę — dwudziestego piątego lipca zaczęliśmy grać wbrew wszystkim.

Nie odpowiedziałam nic mądrego. Powiedziałam tylko, iż tramwaj numer 3 już pewnie odjechał, i iż powinnam wracać do domu.

Idź do oryginalnego materiału