Cień na Wiśle

polregion.pl 1 tydzień temu

Nazywam się teraz inaczej, niż nazywałem się wtedy. Dokumenty, które trzymam w metalowej puszce po herbatnikach, mówią „Andrzej Kowalik". Ale urodziłem się jako Adam Kohn, w kamienicy przy ulicy Miodowej w Krakowie, i to nazwisko musiałem zostawić na progu, kiedy w 1943 roku szedłem przez pole pod Monte Cassino.

Mam sto trzy lata. Siedzę na balkonie mieszkania na Kazimierzu, tego samego, do którego wróciłem po wojnie i którego już nigdy nie sprzedałem, choć synowa dwa razy próbowała mnie przekonać, iż „dziadkowi byłoby wygodniej w czymś mniejszym, bliżej niej". Piję herbatę z cytryną, bo lekarz zabronił mi kawy jeszcze w zeszłym wieku, i patrzę, jak gołębie kłócą się o okruch bułki na parapecie sąsiada.

Urodziłem się 12 marca 1922 roku w Krakowie, w rodzinie, która żyła z handlu suknem. Ojciec, Salomon Kohn, prowadził sklep przy Szewskiej i dwie hurtownie na przedmieściach. W domu bywał rzadko — częściej widywałem go przez szybę biura niż przy stole. Matka, Regina, uczyła nas francuskiego i gry na fortepianie, choć ja wolałem uciekać na podwórko grać w palanta z chłopakami z sąsiedztwa.

Mieliśmy niańkę, jeździliśmy latem w Tatry, a raz, w roku trzydziestym czwartym, choćby nad Adriatyk. Ojciec nie ukrywał, iż jesteśmy Żydami, ale w domu obchodziliśmy głównie święta, które i tak wypadały w kalendarzu wszystkich — Nowy Rok, czasem Paschę, jeżeli akurat nie było zamówień do zrealizowania.

Kiedy w Niemczech doszedł do władzy Hitler, ojciec zaczął mówić o wyjeździe. Starszy brat Dawid i siostra Marta wypłynęli do Ameryki już w trzydziestym szóstym. Ja, matka i moja młodsza o dwa lata siostra Hela zostaliśmy — bo ojciec wierzył, iż zdąży sprzedać hurtownie, iż jeszcze jest czas.

Nie było czasu.

Wrzesień trzydziestego dziewiątego zastał nas w Krakowie. Próbowaliśmy uciekać na wschód, ale w Tarnopolu skończyły się pieniądze i skończyła się droga. Wróciliśmy. Getto na Podgórzu, potem transport, potem obóz, którego nazwy nie chcę tu wypisywać, bo widzę ją, kiedy zamykam oczy, i wystarczy mi to na resztę nocy.

Matkę i Helę straciłem w 1942 roku. Ja przeżyłem, bo miałem osiemnaście lat i ręce, które nadawały się do pracy przy torach kolejowych. W 1943 roku, kiedy transport, którym mnie wieziono do innego obozu, został ostrzelany przez partyzantów pod Brzeskiem, uciekłem przez las z dwoma innymi więźniami. Jeden zginął po tygodniu, drugiego już nigdy nie odnalazłem. Ja dotarłem do oddziału Armii Krajowej, a stamtąd — długą, krętą drogą przez Węgry i Jugosławię — do Włoch, gdzie pod nazwiskiem Andrzej Kowalik, wystawionym mi przez człowieka, którego imienia nigdy nie poznałem, wstąpiłem do 2. Korpusu Polskiego generała Andersa.

Szedłem z nimi spod Monte Cassino przez Ankonę aż po Bolonię. Nauczyłem się strzelać z moździerza, nauczyłem się spać w błocie i nauczyłem się nie pytać kolegów, skąd są, bo każdy miał coś, czego nie chciał mówić. Po wojnie wróciłem do Polski, chociaż odradzano mi to wszyscy, którzy przeżyli obozy razem ze mną i wyjeżdżali do Palestyny albo do Ameryki.

Wróciłem, bo chciałem sprawdzić, czy zostało coś z kamienicy przy Miodowej.

Zostało niewiele. Mieszkanie zajmowała już inna rodzina, sklep przy Szewskiej prowadził ktoś, kto miał papiery mówiące, iż kupił lokal zgodnie z prawem w 1940 roku. Nie walczyłem o to. Miałem dwadzieścia trzy lata i siłę tylko na to, żeby żyć dalej, nie na sądy.

Zacząłem pracować w Filmie Polskim, najpierw jako pomocnik montażysty w wytwórni na Łokietka, potem jako asystent operatora. To była praca, w której liczyło się światło, kadr, ruch taśmy — rzeczy, które nie miały nic wspólnego z tym, co widziałem w obozie, i właśnie dlatego mnie trzymały przy życiu. W latach pięćdziesiątych pracowałem przy kilku produkcjach, które potem jeździły na festiwale do Cannes i Wenecji, choć moje nazwisko nigdy nie trafiało na plakaty — byłem człowiekiem od techniki, nie od sławy.

Ożeniłem się w 1951 roku z Ireną, montażystką dźwięku, która pracowała piętro niżej. Mieliśmy syna Piotra w 1954 roku. Irena zmarła w 2003 roku, po pięćdziesięciu dwóch latach małżeństwa. Piotr mieszka w Warszawie, dzwoni w niedziele o osiemnastej, punktualnie jak zegarek, i za każdym razem pyta, czy pamiętam wziąć tabletki na serce.

Przez te wszystkie lata nikomu, oprócz Ireny, nie powiedziałem, iż nazywam się Adam Kohn. Dla urzędu, dla sąsiadów, dla kolegów z pracy byłem Andrzejem Kowalikiem, człowiekiem, który „stracił dokumenty podczas wojny i odtworzył je na nowo". To była wygodna historia. Nikt nie dopytywał zbyt mocno w tamtych latach — po wojnie każdy miał w papierach jakąś dziurę.

Dopiero trzy lata temu, kiedy wnuczka Zosia pisała pracę magisterską o Żydach krakowskich ocalałych z Zagłady, zapytała mnie, czy znałem kogoś, kto przeżył. Powiedziałem jej wtedy, siedząc dokładnie na tym balkonie, z tą samą filiżanką w ręku: „Znałem. To byłem ja".

Zosia nie krzyknęła, nie rozpłakała się od razu. Wstała, poszła do kuchni, wróciła z dyktafonem i postawiła go na stoliku między nami. „Możesz mi to powtórzyć od początku, dziadku? Powoli?"

Nagrywaliśmy przez trzy popołudnia. Opowiedziałem jej o Miodowej, o getcie, o torach kolejowych, o ucieczce przez las pod Brzeskiem, o człowieku bez imienia, który dał mi papiery Andrzeja Kowalika. Powiedziałem jej też rzeczy, których nie mówiłem choćby Irenie — iż przez pierwsze dziesięć lat po wojnie budziłem się w nocy przekonany, iż słyszę gwizdek lokomotywy, i iż dopiero narodziny Piotra to przerwały.

Zosia obroniła pracę w czerwcu tego roku, z wyróżnieniem. Na obronie, w sali Uniwersytetu Jagiellońskiego, siedziałem w pierwszym rzędzie w garniturze, który kupiłem jeszcze w latach siedemdziesiątych i który wciąż na mnie pasuje, bo nigdy specjalnie nie przytyłem. Promotor zapytał ją na koniec, czy chciałaby dodać coś od siebie. Zosia spojrzała w moją stronę i powiedziała: „Chciałabym, żeby mój dziadek, Adam Kohn, wstał, jeżeli może".

Wstałem. Kolana bolały jak zawsze, ale wstałem.

Tydzień po obronie poszliśmy razem — Zosia, Piotr i ja — do Urzędu Stanu Cywilnego przy ulicy Lea. Złożyłem wniosek o wpisanie do mojego aktu urodzenia adnotacji o prawdziwym nazwisku rodowym, obok tego, które nosiłem osiemdziesiąt lat. Urzędniczka, młoda kobieta z opaską na włosach w kolorze biało-czerwonym, bo akurat mijały Dni Krakowa, przeczytała dokumenty dwa razy, zanim spytała: „To znaczy, iż pan Kowalik i pan Kohn to ta sama osoba?"

„Tak" — powiedziałem. — „Tylko iż teraz to w końcu napisane na papierze".

Dostałem odpis nowego aktu trzy tygodnie później, kopertą poleconą. Trzymam go teraz w tej samej puszce po herbatnikach, obok fotografii matki i Heli, których nie mam już adekwatnie z czego odtworzyć w pamięci — twarze się zacierają, zostają tylko fragmenty: dłoń matki poprawiająca mi kołnierzyk, śmiech Heli z podwórka przy Miodowej.

Zosia przychodzi teraz w każdą środę, z termosem herbaty, bo mówi, iż moja jest za słaba. Siadamy na tym samym balkonie. Ona ma już swój egzemplarz pracy magisterskiej z moim prawdziwym nazwiskiem na stronie z podziękowaniami, a ja mam dokument, który przez osiemdziesiąt lat czekał, żeby ktoś w końcu zapytał mnie wprost.

Gołębie wciąż kłócą się o okruchy na parapecie sąsiada. Ja piję herbatę, już bez cytryny, bo Zosia twierdzi, iż tak jest zdrowiej. Nie sprzeczam się z nią o to. Są rzeczy, o które warto się spierać, i są takie, które lepiej po prostu przyjąć — tak jak przyjąłem w tym roku z powrotem własne nazwisko.

Idź do oryginalnego materiału