Miałam sześć lat, kiedy zrozumiałam, iż pieniądze to najprostsza rzecz na świecie: bierzesz, idziesz na targ i kupujesz to, czego chcesz. Mieszkałam wtedy z dziadkiem w Kętrzynie, w domu przy ulicy, gdzie zimą pachniało węglem z pieców, a latem kurzem z podwórka. Był rok dziewięćdziesiąty trzeci, może czwarty — nikt wtedy nie pilnował dzieci tak, jak się dziś pilnuje. Bazar był dosłownie po drugiej stronie ulicy.
Widziałam, gdzie babcia chowa pieniądze — w drewnianej szkatułce pod obrusem w kredensie. Brałam, ile mi się wydawało, iż potrzeba, i szłam kupować sobie te głupie plastikowe lalki, jakieś cukierki w papierkach, breloczek z konikiem. Zrobiłam tak ze cztery razy, zanim w domu się zorientowali.
Piąty raz zdemaskowała mnie babcia. Stanęła w progu kuchni z pustą szkatułką w ręku i tylko powiedziała: „Feliksie, chodź, zobacz”.
Dziadek wszedł powoli, otarł dłonie o spodnie, spojrzał na szkatułkę, potem na mnie, siedzącą na stołku z breloczkiem-konikiem w kieszeni sukienki.
— Skąd masz pieniądze na tego konika?
Milczałam. On zdjął pasek. Skórzany, z metalową klamrą, która stuknęła o krawędź stołu, kiedy go rozpinał. Pamiętam ten dźwięk dokładnie — metal o drewno, cichy, suchy trzask. Pamiętam światło z okna, które padało na klepisko kuchni w prostym pasie, i kurz unoszący się w tym pasie światła, kiedy dziadek zrobił krok w moją stronę.
— U mnie się nie kradnie — powiedział. Nie krzyczał. Głos miał spokojny, jakby mówił o pogodzie albo o tym, iż trzeba nakarmić kury.
Nie pamiętam bólu. Pamiętam, iż zacisnęłam palce na brzegu stołka tak mocno, iż zbielały mi knykcie, i iż patrzyłam w ten kurz w świetle, bo gdzieś indziej patrzeć nie umiałam. Nie było miejsca na myśl, iż sześciolatka, która wzięła pieniądze bez pytania, w ogóle nie rozumie, czym jest kradzież — iż dla niej to było po prostu „wziąć i pójść kupić", tak jak robili dorośli.
To jedno z najcięższych wspomnień mojego dzieciństwa. I przez dwadzieścia lat w ogóle go nie pamiętałam. Wypłynęło samo, w dwudziestym siódmym roku życia, w najmniej odpowiednim momencie — w kolejce do kasy w markecie, kiedy zobaczyłam kobietę odpinającą pasek u córki, bo dziecko marudziło o batonik.
Piszę to teraz i, cholera, przez cały czas ściska mnie w gardle — mimo iż przerabiałam to z terapeutami chyba z pięć razy.
Od gimnazjum zaczęły mnie męczyć ataki bólu głowy. Ustępowały tylko po lekach na receptę, tych mocniejszych. Byłam u neurologa, robiłam rezonans, robiłam wszystko — wyniki czyste. A napady tylko się nasilały. Czasem to nie był zwykły ból, tylko prawdziwa migrena — trzeba było zaciemnić pokój, zasłonić okno kocem, żeby żadna smuga światła się nie przebiła, i leżeć bez ruchu, aż minie.
Trochę zelżało, kiedy skończyłam studia i zaczęłam pracować od ósmej do szesnastej, z regularnym snem. Ale tylko trochę.
Miałam dwadzieścia dziewięć lat, kiedy pojechałam na warsztat pewnej techniki medytacyjnej — w ośrodku pod Olsztynem, w starym dworku, gdzie na piętrze skrzypiała podłoga, a w pokojach pachniało wilgotnym drewnem i starymi firankami. Na start trzeba było wybrać temat, nad którym się pracuje. Wybrałam bóle głowy — bo miałam już dość.
Drugiego dnia siedziałam na macie, oczy zamknięte, prowadząca mówiła cicho, żeby oddychać powoli i zejść w ciało. Poczułam najpierw ciężar w potylicy, potem w skroniach, jakby ktoś zaciskał obręcz. I nagle — zapach kurzu. Dokładnie ten sam, znad klepiska w kuchni dziadka. Poczułam pod palcami krawędź drewnianego stołka. Usłyszałam stuknięcie klamry o stół.
Zobaczyłam siebie sześcioletnią, siedzącą z zaciśniętymi palcami, patrzącą w smugę światła z okna. I usłyszałam ten spokojny głos: „U mnie się nie kradnie”.
Rozpłakałam się na macie, głośno, tak iż prowadząca podeszła i usiadła obok, nie dotykając mnie, tylko mówiąc, żebym oddychała. Oddychałam. Obręcz w skroniach zaczęła puszczać, milimetr po milimetrze, jakby ktoś odkręcał śrubę.
Dzień później, w kolejnej medytacji, wróciła jeszcze jedna scena z wczesnego dzieciństwa — inna sytuacja, inny dzień, ale to samo uczucie zaciśniętych palców na krawędzi czegoś twardego, ta sama bezradność. Wtedy zrozumiałam, iż to nie same zdarzenia bolały najbardziej, tylko to jedno uczucie, które się w nich powtarzało.
Nie obwiniam dziadka. W jego świecie, w jego wychowaniu to była norma. Jako niespełna dziesięciolatek grzebał zabitych podczas kolejnych wojen i zmian władzy w tej części Europy na początku dwudziestego wieku. Dożył stu dwóch lat i przy każdych świętach, aż do końca, powtarzał to samo, patrząc każdemu z nas po kolei w oczy:
— Pracujcie. Trzeba dobrze pracować.
Wieczorem po tamtym warsztacie wyszłam na ganek dworku. Było ciepło, cykady grały gdzieś w trawie za płotem. Usiadłam na drewnianych schodkach, dotknęłam skronią framugi — zimnej, chropowatej — i czekałam, aż zabolę. Nie zabolałam.











