Warsztat przy Grochowskiej i auto, które nie chciało odejść

newsempire24.com 12 godzin temu

Nazywam się Dawid Kosiński, mam trzydzieści cztery lata i od ośmiu prowadzę warsztat przy ulicy Grochowskiej na Pradze. Teściowa mojej byłej żony, pani Halina, jeszcze rok temu przynosiła mi termos herbaty i pytała, czy zjadłem obiad. Teraz stoi po drugiej stronie ulicy i robi zdjęcia moim klientom telefonem, jakby zbierała dowody do sprawy, której nikt jej nie zlecił.

To wszystko przez to subaru. Zielone WRX, rocznik 2006, które kupiłem od kolegi za dwadzieścia dwa tysiące złotych, bo miałem plan – wyremontować, sprzedać, dołożyć do kredytu na podnośnik dwukolumnowy. Prosty plan. Tylko iż to auto ma w sobie coś, czego nie da się wytłumaczyć rozumem.

Wystawiłem je pierwszy raz na OLX w marcu. Trzy dni później, kiedy jechałem nim po zdjęcia do reklamy, na wysokości Ronda Wiatraczna zapaliła się kontrolka oleju. Okazało się, iż pękła uszczelka pod głowicą. Naprawa – dwa tysiące sto złotych i dwa tygodnie postoju.

Wystawiłem drugi raz w kwietniu. Zgłosił się chłopak z Radzymina, umówiliśmy się na sobotę, miał przywieźć gotówkę w kopercie – osiem tysięcy zaliczki, reszta przy przekazaniu kluczyków. W piątek wieczorem, kiedy podjeżdżałem pod dom, żeby je umyć przed jego przyjazdem, skrzynia biegów zaczęła wyć jak syrena. Manualna, sześciobiegowa, dwa tygodnie po naprawie głowicy. Chłopak z Radzymina odpisał mi tylko: "no to nie, dzięki" i tyle go widziałem.

To był ten moment, kiedy pani Halina – wtedy jeszcze moja teściowa, bo z Martą byliśmy po ślubie osiemnaście miesięcy – zaczęła mówić, iż to auto jest przeklęte, bo kupiłem je od człowieka, który "miał złą energię". Śmiałem się z tego wtedy. Teraz już się nie śmieję, bo z tego samego powodu, z którego się śmiałem, straciłem małżeństwo.

Marta chciała, żebym się tego subaru pozbył od pierwszego dnia. Nie dlatego, iż wierzyła w klątwy – ona po prostu widziała, jak co miesiąc znikają z naszego wspólnego konta kolejne tysiące złotych na części, które miały wrócić z zyskiem, a wracały tylko fakturami. Powiedziała mi to wprost, siedząc na taborecie w warsztacie, w listopadzie, kiedy na dworze było już ciemno o szesnastej: "Dawid, ja nie wyjdę za mąż za faceta, który zamiast oszczędzać na nasze wesele, kupuje łożyska do skrzyni biegów subaru, którego nikt nie chce." Wtedy jeszcze nie byliśmy po ślubie – pobraliśmy się dopiero w lutym następnego roku, bo uparłem się, iż najpierw sprzedam to auto i będziemy mieli pieniądze na porządne wesele w Wilanowie, a nie w podmiejskiej remizie.

Auto się nie sprzedało. Wesele było w remizie w Radości, sto dwadzieścia gości, kotlet schabowy i DJ, który znał tylko disco polo z lat dziewięćdziesiątych. Marta uśmiechała się cały wieczór, ale ja wiedziałem, iż to nie ten uśmiech, o którym marzyła.

Pani Halina – wtedy już moja teściowa – zaczęła przy każdej niedzielnej obiadowej wizycie pytać, jak idzie sprzedaż subaru. Nie ze złośliwości. Z troski, tylko iż ta troska z czasem zaczęła brzmieć jak wyrok. "Dawid, może w końcu oddaj to na złom i kup Martusi ten pierścionek, o którym marzy, zamiast ciągle łatać to zielone monstrum". Mówiła to przy kotletach mielonych, przy kompotach z wiśni, które sama robiła w słoikach na balkonie w Wawrze. Cierpliwie, uprzejmie, ale za każdym razem trochę bardziej stanowczo.

Trzeci raz wystawiłem auto w lipcu, rok temu. Tym razem naprawdę myślałem, iż się uda. Kobieta z Otwocka, nauczycielka, chciała je kupić dla syna na osiemnastkę. Umówiliśmy się na przekazanie w sobotę rano na stacji Orlen przy Grójeckiej. W piątek wieczorem pojechałem na ostatni przejazd testowy – i po prostu stanęło mi na światłach na Puławskiej. Alternator. Kolejne osiemset złotych, kolejny tydzień, kolejna wymówka od kupującej, iż "no może jednak nie, bo to chyba jakiś pech".

Wtedy Marta powiedziała mi, iż ma dość. Usiadła przy stole w naszej kuchni na Gocławiu, z tą swoją filiżanką w kwiaty, którą dostała od babci, obracała ją w palcach, aż herbata w środku zafalowała, i powiedziała, iż czuje się jak trzecia osoba w tym małżeństwie, bo pierwsze miejsce zawsze zajmuje to subaru. Że każde wolne popołudnie, które mogliśmy spędzić razem, ja spędzam pod maską. Że kiedy planowaliśmy wyjazd nad Zalew Zegrzyński na jej urodziny, ja w ostatniej chwili odwołałem, bo "akurat mam kupca na jutro rano, muszę dopieścić auto".

Rozstaliśmy się we wrześniu, cztery miesiące temu. Bez awantur, bez sądu o podział majątku – bo majątku wspólnego prawie nie było, wszystko poszło w części do subaru. Marta wróciła do mieszkania rodziców w Rembertowie. Ja zostałem w wynajętym M2 na Grochowie, z warsztatem, z dwiema ratami kredytu na podnośnik i z zielonym WRX, które stało teraz na podnośniku jak trup, którego nie potrafię pochować, bo wciąż ktoś dzwoni z pytaniem, czy jeszcze na sprzedaż.

Pani Halina przestała być moją teściową, ale nie przestała się interesować losem auta. Może dlatego, iż to auto stało się dla niej symbolem – tego wszystkiego, co według niej odebrałem jej córce. Zaczęła przychodzić pod warsztat. Nie żeby wejść i porozmawiać jak człowiek z człowiekiem. Stawała po drugiej stronie Grochowskiej, koło przystanku, i obserwowała. Czasem robiła zdjęcia telefonem, kiedy podjeżdżał ktoś oglądać auto – jakby chciała mieć dowód, iż znowu kogoś oszukuję, znowu komuś sprzedam wrak.

Trzy tygodnie temu przyszła pierwszy raz naprawdę blisko, aż pod bramę warsztatu. Miałem akurat klienta, faceta z Wesołej, który przyjechał obejrzeć subaru – dogadaliśmy się już telefonicznie na osiemnaście tysięcy, mniej niż wydałem, ale w końcu miałem to zamknąć i kupić sobie zwykłego dacię do jazdy na co dzień. Pani Halina podeszła i, nie patrząc na mnie, powiedziała do tego mężczyzny: "Niech pan uważa, to auto jest przeklęte, ono zniszczyło małżeństwo mojej córki." Facet z Wesołej popatrzył to na mnie, to na nią, wsiadł do swojego passata i odjechał bez słowa.

Wtedy coś we mnie pękło. Nie krzyczałem na nią – nigdy bym nie podniósł głosu na matkę Marty, bez względu na wszystko. Ale poszedłem do biura warsztatu, wyciągnąłem z szuflady segregator z całą dokumentacją tego auta – faktury za naprawy od trzech lat, umowę kupna od kolegi, historię serwisową, każdy paragon co do złotówki – i policzyłem. Trzydzieści siedem tysięcy sto dwadzieścia złotych. Tyle włożyłem w to auto ponad cenę zakupu. Tyle, ile mogłoby wystarczyć na porządne wesele w Wilanowie, o którym marzyła Marta, plus jeszcze zostałoby na miesiąc miodowy.

Nie zadzwoniłem do pani Haliny. Zadzwoniłem do Marty. Pierwszy raz od rozstania. Powiedziałem jej wprost, bez owijania w bawełnę: "Wiem, iż już nic między nami nie będzie, ale chcę, żebyś wiedziała jedną rzecz – to auto nigdy nie było ważniejsze od ciebie, ja po prostu nie umiałem przyznać, iż przegrywam z kawałkiem blachy." Marta milczała chwilę, potem powiedziała, iż wie, iż już za późno, ale iż dziękuje, iż to powiedziałem.

Tydzień później wystawiłem subaru po raz ostatni – tym razem nie na sprzedaż. Na aukcję charytatywną, którą organizował klub motoryzacyjny z Pragi na rzecz dzieciaka z Targówka po wypadku, na sprzęt rehabilitacyjny. Oddałem auto za symboliczną złotówkę jako pierwszą licytację, resztę dołożyli inni. Zebrało się jedenaście tysięcy trzysta złotych – mniej niż włożyłem, ale więcej niż dawało mi to auto spokoju przez ostatnie trzy lata.

Pani Halina dowiedziała się o tym od sąsiadki, która była na aukcji. Zadzwoniła do mnie tego samego wieczoru – pierwszy raz od rozstania. Nie przepraszała, bo to nie jest kobieta, która umie przepraszać wprost. Powiedziała tylko: "Dobrze zrobiłeś, Dawidzie." Odłożyłem telefon, poszedłem do warsztatu, popatrzyłem na pusty podnośnik, gdzie przez trzy lata stało zielone WRX, i wjechałem na niego dacię klienta bez żadnej myśli o tym, co jeszcze może się w niej zepsuć.

Idź do oryginalnego materiału