Słuchaj swojego wewnętrznego głosu

newsempire24.com 7 godzin temu

18 listopada 2025, niedziela

Słuchaj siebie tak dziś przypomniało mi się w głowie, gdy Ewa wpadła do mojego pokoju z torbą pełną przysmaków na dziadka. Słyszałem, jak zamknięte słoiki z konfiturą cicho brzęczą przy wejściu, a Jaś (nasz syn) odrywał się od laptopa, pocierając nos. Jego oczy były lekko spocone po godzinach przeglądania notatek, a kark bolał go od zmęczenia.

Mamo, nie dam rady, mam zaliczenia za dwa dni. Potrzebuję choć jednego dnia, żeby się położyć. powiedział, nie podnosząc wzroku.

Położyć się? przerwała Ewa, marszcząc brwi. Dziadek ma wysokie ciśnienie, on sam w tej wiosce w Kościanie siedzi, a ty chcesz leżeć w domu? Jesteś egoistką, Jagodo.

Do pokoju wpadł mój głos, kiedy zakładałem kurtkę podróżną.

Co znowu? rozejrzałem się po stercie podręczników i wydruków rozrzuconych po biurku.

Twoja córka nie chce jechać do dziadka. Jest zmęczona, rozumiesz? odpowiedziała Ewa, wciąż trzymając torbę z domowymi przysmakami.

Zmarszczyłem brwi, rzadko wtrącałem się w konflikty między żoną a dzieckiem, ale coś w jej twarzy się zmieniło.

Jagodo, to już przesada. Dziadek się starzeje, nie widzieliśmy go już od miesiąca.

Jagoda oparła się o oparcie krzesła. W piersi kipiała frustracja, ale starała się nie dawać po sobie poznać.

Tato, rozumiem, ale ledwo stoję na nogach. Mogę przyjechać w najbliższy weekend, sam na cały dzień, porozmawiać z nim spokojnie.

Znowu twoje ja! podniosła głos Ewa. Kolejny weekend, kolejny miesiąc, kolejny rok! A dziadek wciąż sam! Siedemdziesiąt dwa lata i wnuczka nie potrafi odłożyć komputera!

Mamo, przestań. wtrącił się Jagoda, a jej głos drżał.

Nie przestaniemy! My z Piotrem harujemy jak osły, a ty nie możesz wyjechać choćby na jeden dzień!

Jagoda przycisnęła wargę, w niej walczyła nieznana siła, której nie potrafiła nazwać. Była to nie tylko zmęczenie, ale także nieuchwytne przeczucie, iż dziś powinna zostać w domu.

Nie jadę zdecydowała mocno. Przepraszam.

Kiwnąłem głową.

No to siadaj i odpoczywaj. Tylko nie zdziw się później, iż dziadek przestanie cię nazywać kochaną wnuczką.

Piotrze, przestań chwyciła mnie Ewa za ramię. Jedźmy już. Rozmawiać z nią nie ma sensu.

Zamknęliśmy drzwi z hukiem. Jagoda siedziała nieruchomo, słuchając jak nasze kroki echem znikają po schodach, a w podwórzu włącza się silnik samochodu. Wziąłem głęboki oddech i wróciłem do laptopa.

Cisza otuliła mieszkanie jak miękki koc. Jagoda otworzyła okna na wiosenny, ciepły podmuch, który przyniósł szum miasta. Zaparzyła sobie herbatę, usiadła przy komputerze i w końcu się rozluźniła.

Zegary wybiły trzy, gdy Jagoda wstała, rozciągając kręgosłup, i podeszła do kuchni po ciastko. Nagle w nosie pojawił się dziwny, ostry zapach. Najpierw pomyślała, iż to sąsiedzi grillują, ale woń stawała się coraz intensywniejsza i chemiczna, jakby coś się paliło.

Zszedła na balkon; każdy krok potęgował nieprzyjemny aromat gorzki, żrący, z nutą syntetycznego dymu. Gdy otworzyła drzwi, przed nią rozpostarła się czarna chmura dymu.

Nie, nie, nie! krzyknęła, rzucając się na zniszczony fotel. Na tapicerce leżał niedopałek papierosa z pomarańczowym, kręcącym się końcem. Ktoś go zrzucił z balkonu, a wiatr wciągnął go prosto do mieszkania.

Jagoda pobiegła do kuchni. Drżącymi rękami wyciągnęła garnek z szafki, a woda z kranu lała się tak wolno, iż zdawała się być wiecznością. Nie czekając na pełne napełnienie, zaniosła ciężki garnek z powrotem na salon. Pierwszy raz wlała wodę na płonący fotel, ale pianka w środku wciąż dymiła. Biegła ponownie, przynosząc drugi garnek, potem trzeci i czwarty. Woda obmywała dywan, spływała po podłodze, wpadała w szczeliny przy listwach.

Po czwartej próbie dym zaczął się rozpraszać. Jagoda stała pośród zgliszczy, ciężko dysząc, mokra po łokcie. Fotel zamienił się w gąbkę spalonej tkaniny i rozpływającego się pianki, a mieszkanie pachniało spaloną plastikiem.

Usiadła na mokrej podłodze, przyciągając kolana do klatki piersiowej. Adrenalina opadła, a dreszcz przebiegł po ciele. Zrozumiała, iż gdyby wyjechała, dom mógł spłonąć całkowicie dokumenty, pamiątki, wszystko. Dzięki jej wyostrzonemu węchowi i reakcji, pożar został ugaszony.

Chwyciła telefon i wybrała numer mamy.

Mamo? zadrżał jej głos.

Jagodo? Co się stało?

Mamo, był pożar. Zdołałam go zgasić, ale fotel już nie istnieje.

Po drugiej stronie zapadła cisza, po czym Ewa odezwała się:

Jesteś cała?

Tak, wszystko w porządku. Niedopałek wleciał z balkonu, zauważyłam go, natychmiast wlałam wodę. Straży pożarnej nie wezwałam, sama ogarnęłam.

Jedziemy. wtrącił się Piotr, przejmując telefon. Nie ruszaj się, już jedziemy.

Połączenie się rozpadło. Jagoda patrzyła na to, co jeszcze chwilę temu było ich ukochanym fotelem stary, zniszczony, kupiony przez Ewę, gdy Jagoda miała dwanaście lat. Na nim oglądaliśmy filmy pod jednym kocem, płakała z pierwszej rozbitej miłości, a tata drzemkał po pracy. Teraz pozostała tylko dymiąca kupka.

Po godzinie usłyszałem klucz otwierający drzwi wejściowe. Ewa wpadła do holu, włócząc się, z czerwonymi oczami.

Jagodo!

Biegła korytarzem, aż zatrzymała się przy salonie, patrząc na dym, na kałuże wody, na czarne ślady sadzy na ścianie. Zatrzymała się przy dźwigadle, trzymając się za szyję.

Boże,

Złapała Jagodę w mocny, niemal przytłaczający uścisk. Zapach jej perfum mieszał się z potem i czymś, co przypominało strach.

Przepraszam, mój synu, przepraszam za wszystkie krzyki. Egoistka niewdzięczna Boże, jakże głupia byłam.

Jagoda przytuliła się bez słów, z trudem wydobywając z siebie jakiekolwiek wyznanie. Piotr wszedł po nich, spokojnie oceniając zniszczenia, dotknął spalonej ściany i usiadł przy miejscu fotela, dotykając rozpuszczonej pianki palcem.

Dobrze ugasiłaś pochwalił się w końcu. Dużo wody, od razu.

Nie myślałam po prostu działałam na autopilocie.

Zrobiłaś wszystko, co trzeba. Najważniejsze nie straciłaś zimnej krwi.

Położył ciężką rękę na jej ramieniu.

Dobra robota, Jasia. Naprawdę uratowałaś nasz dom.

Ewa wytrzeć łzy dłonią, nie zauważając farby na policzkach.

Wiesz, co by się stało, gdybyś pojechała? zapytała drżącym głosem. Mieszkanie stałoby puste, okna otwarte, ogień wszystko spaliłby

Mamo, rozumiem.

Nie, posłuchaj. Wrócilibyśmy do ruin. A w dole przy Petru dwójka dzieci wyobrażasz sobie?

Piotr objął Ewę ramieniem.

Len, przestań. Nic się nie stało, nie musimy się drążyć.

Jednak Ewa nie mogła powstrzymać łez.

Krzyczałam na ciebie rano, nazywałam cię egoistką. A ty uratowałaś nas wszystkich.

Mamo, naprawdę nie przewidziałam, iż tak to wyjdzie. Byłam po prostu zmęczona i chciałam zostać w domu.

I to właśnie! przyciśnęła dłonie do jej ramion, wpatrując się w oczy. Nie wiedziałaś, ale coś wewnątrz czuło, iż trzeba tu zostać. Intuicję, przeczucie jak chcesz to nazwać. To nas uratowało.

Piotr zamruczał, choć nieco sceptycznie.

Matka trochę przesadza ze swoimi mistycznymi teoriami, ale w tym wypadku była prawda. Gdy się opierała i dzięki Bogu, iż się opierała.

Resztę dnia spędzili w półprzytłumionej ciszy. Piotr wyniósł popiół na śmietnik, Jagoda myła podłogę, Ewa ścierała sadzę ze ścian. Rozmowy były krótkie, przerywane krótkimi uwagami.

Pod koniec wieczoru pokój wyglądał prawie jak przed pożarem, jedynie pusty prostokąt na podłodze przypominał miejsce fotela. Usiadli przy małym stole, jedząc makaron z parówkami, które Ewa przygotowała w pośpiechu.

Jagodo, chcę ci coś powiedzieć. zaczęła, mieszając herbatę. Słuchaj swojej intuicji, zawsze. choćby jeżeli wydaje się głupia, choćby gdy wszyscy mówią, iż się mylisz. Gdy coś ci podpowiada, nie kłóć się z tym.

Piotr skinął głową, przeżuwając parówkę.

Zgadza się. Całe życie myślałem, iż liczy się logika, ale czasem coś po prostu klika w głowie i wiesz, co zrobić.

Dzisiaj to coś uratowało nasz dom dodała Ewa.

Jagoda spojrzała w talerz, ukrywając nieśmiałe uśmiechy. Rzadko słyszała od matki takie słowa. Zwykle między nami iskrzyło, tarło się, napięcie sięgało granic. Dziś jednak coś się zmieniło coś ważnego. Może strach, może świadomość bliskiego zagrożenia, ale pojawiło się nowe porozumienie, kruche, ale prawdziwe.

W następny weekend jedziemy do dziadka zaproponował Piotr. Wszyscy razem. Opowiemy mu nie wszystko, bo serce może nie wytrzymać.

Dobrze odparła Ewa z lekkim uśmiechem. Powiemy, iż fotel zużył się i kupimy nowy.

Ja postawię wiadro woda na balkon dodał Piotr, rozluźniając atmosferę.

Śmialiśmy się nerwowo, rozładowując napięcie dnia. Na zewnątrz ciemniało, miasto rozświetlały światła, w oddali sygnał dźwiękowy syreny może karetka, może strażacy. Jagoda przytuliła się do dźwięku, czując, iż dziś dowiedziała się czegoś o sobie o tym, iż potrafi działać, gdy trzeba, nie popadając w panikę.

I o rodzicach iż ich krzyki i napomnienia kryją strach. Strach przed utratą, przed tym, co najcenniejsze. Ten strach przybija się pod postacią pretensji, ale jest ich miłością.

Ewa zmywała naczynia, Piotr szukał w internecie nowego fotela, a ja siedział przy stole, ogrzewając dłonie przy kubku z herbatą. Zwykły niedzielny wieczór, choć zupełnie nie zwykły.

Mamo zawołałem, patrząc na nią przy zlewie. Dziękuję, iż wróciłaś, iż nie krzyczałaś, iż po prostu jesteś.

Ewa odwróciła się, spojrzała na mnie długim, nieco zmęczonym, ale ciepłym wzrokiem i odpowiedziała:

Dziękuję, Jagodo, za wszystko.

Na koniec tego zapisu chcę zapamiętać jedną prawdę: w życiu nie zawsze trzeba być rozumnym i kalkulować każdy krok; czasem najważniejsze jest posłuchać własnego serca i nie bać się podjąć decyzji, które ratują nas i naszych bliskich. To lekcja, którą zachowam na przyszłość.

Idź do oryginalnego materiału