Potrząśnijcie się, my tu pomieszkamy z dziesięć lat Teściowa na chwilę zamilkła, po czym powiedziała: — Oj, Żenia, Wala to taka kobieta przebojowa… Jak sobie coś wbije do głowy, to koniec. Musisz ją też zrozumieć – bardzo chce wykształcić Natalkę, dać jej edukację… — Za moje pieniądze? — Żenia zatrzymała się przed lustrem. Z odbicia spojrzała na nią blada kobieta z potarganymi włosami. — Pani Tamaro, niech ich pani zatrzyma. Niech wysiądą na najbliższej stacji i wracają do domu. Nie zamierzam ich przyjmować. Nie udostępnię im mieszkania. — Jak ja mam ich zatrzymać? — jęknęła teściowa. — Już są w podróży. Wala wzięła kredyt na studia, nie mają ani grosza na mieszkanie. Miała taką nadzieję na twoją pomoc. Żeniu, no, pozbądź się lokatorów, co ci szkodzi? To przecież rodzina, własna krew… — Własna krew? Tę Natalkę, twoją siostrzenicę, widziałam w życiu dwa razy! Mam wyrzucić ludzi z mieszkania, odciąć rodziców od wsparcia, a dziecko od zajęć tylko dlatego, iż twoja siostra tak sobie wymyśliła? W kieszeni zapiszczał komunikator. Żenia, wciąż w płaszczu, wyjęła telefon. Wiadomość była od Walentyny, siostry teściowej. „Cześć, Żenia! Jesteśmy już w pociągu. Bilety mamy na 19:40, jutro rano będziemy na Dworcu Centralnym. Przywitaj nas z Natalką. Podaj adres swojej kawalerki, nie zapisaliśmy go ostatnio. Gdzie odebrać klucze?” Żenia zamarła. Przeczytała wiadomość trzy razy, mając nadzieję, iż to pomyłka. Jaka kawalerka? Jaka Natalka? — Mamo, co tak stoisz? — Krysia wyjrzała z korytarza. — Głodna jestem. — Już, kotku, — Żenia odruchowo pogłaskała córkę po głowie, nie odrywając wzroku od telefonu. Wybrała numer Walentyny. Odebrano natychmiast, w tle stukały koła pociągu i ktoś się głośno śmiał. — Cześć, Żeniu! — głos ciotki rozbrzmiewał nienaturalnym entuzjazmem. — Dostałaś wiadomość? Chciałyśmy zrobić niespodziankę, żebyś się nie męczyła z gotowaniem – same wszystko kupimy! — Wala, poczekaj, — przerwała Żenia. — Nic nie rozumiem! Gdzie jedziecie? — Jak to gdzie? Do Warszawy! Natalka zdała na studia, mówiłam ci już wiosną. Nie dostała się na państwowe, no ale na prywatne się udało. Spakowałyśmy się, jedziemy urządzić się w twoim mieszkaniu. — W moim… czym? — Żenia oparła się o ścianę. — W tym mieszkaniu, które od sześciu lat wynajmuję? Wala, jesteście poważne? — Oj, daj spokój! — ton Walentyny od razu się zmienił. — Sześć lat temu, jak babcia zostawiła ci tę kawalerkę, siedzieliśmy przy stole, pamiętasz? Powiedziałam wtedy: „To Natalka będzie gdzie mieszkać, jak na studia ruszy”. A ty nic nie powiedziałaś! Czyli się zgodziłaś. Przez lata na to liczyłyśmy. — Nic nie powiedziałam, bo uznałam to za głupi żart! — prawie krzyknęła Żenia. — Nigdy nie planowałam nikogo tam wpuszczać. Tam mieszka rodzina z dzieckiem, mamy umowę. Płacą regularnie. Za te pieniądze utrzymuję rodziców-emerytów, a Krysia chodzi na zajęcia. O czym wy myślałyście, kupując bilety? — Myślałyśmy, iż jesteśmy rodziną! — wrzasnęła Wala. — Warszawiacy już całkiem rozsądek stracili? Chcesz zostawić siostrzenicę na dworcu? Mężowi dzwoniłaś? Wie, iż własną rodzinę na bruk wyrzucasz? — Mąż jest w delegacji pod Suwałkami, kontakt z nim to loteria. I to MOJE mieszkanie, Wala. MOJE. Czy rozumiesz? Kupione przez moją babcię, zostawione dla mnie. Igor nie ma z tym nic wspólnego. — O, to tak teraz mówisz! Natalka, słyszysz? Żona twojego brata nas nie chce znać! Jak przyjedziemy, to się zobaczymy. Koniec rozmowy, jutro spotkamy się na peronie. W słuchawce zabrzmiał sygnał końca rozmowy. Żenia zaniemówiła. — Krysia, idź do kuchni, w lodówce jest zapiekanka, podgrzej sobie, — zawołała do córki i z drżącymi rękami wybrała numer teściowej. Pani Tamara odebrała dopiero po chwili. — Tak, Żeniu, słucham… — Czy pani wiedziała, iż pani siostra z córką jadą do Warszawy z zamiarem zamieszkania w moim mieszkaniu? — No… Wala coś wspominała… Myślałam, iż się dogadałyście, — wydukała teściowa. — Z KIM się dogadałyśmy? — Żenia zaczęła nerwowo chodzić po korytarzu. — Od sześciu lat wynajmuję mieszkanie! Połowę pieniędzy wysyłam rodzicom na leki. Przecież pani wie, jak ciężko im przeżyć tylko z emerytury. Za resztę opłacam Krysine taniec i basen. Dlaczego pani im nie powiedziała, iż to niemożliwe? — Nie krzycz na mnie, — odezwały się urażone nuty w głosie teściowej. — Ja tu niczego nie decyduję. Sami sobie wyjaśnijcie. Tylko Igora nie dzwoń, nie denerwuj go, ma teraz ważne sprawy, a i tak już się stresuje. Żenia rzuciła telefon na kanapę. Mąż zawsze wolał trzymać się z dala od rodzinnych kłótni, ale gdy chodziło o jego mamę lub ciotkę, stawał się niezwykle uległy. — No, Żenia, oni są z małego miasta, mają inne podejście. Czasem lepiej ustąpić — mawiał zwykle. Spróbowała zadzwonić do męża. „Abonent poza zasięgiem”. Oczywiście. Jak naprawdę potrzebny, zawsze poza zasięgiem. *** Awantura była na całego. Walentyna dzwoniła już od piątej rano, wymagała, by Żenia natychmiast po nich przyjechała. — Zmęczyłyśmy się, głodne jesteśmy! Zimno tutaj, już zmarzłyśmy. Ty śpisz jeszcze?! Wstawaj! Natychmiast! Za piętnaście minut masz tu być! Żenia nie od razu zorientowała się, z kim rozmawia. Gdy pojęła, kto dzwoni, syknęła: — Dajcie mi spokój! Nigdzie nie jadę! Do mieszkania was nie wpuszczę. To wszystko. Mam dość. Po dziesiątym telefonie numer ciotki trafił na czarną listę. Walentyna zaczęła wydzwaniać z telefonu córki, więc i ten został zablokowany. Cały dzień Żenię nagabywała Tamara: prosiła, błagała, groziła, wypominała, iż powie wszystko synowi… Wieczorem zjawił się Igor — wrócił z delegacji bez uprzedzenia. — Żeniu, co tu się wydarzyło? — zapytał, gdy wszedł do mieszkania. — Mama płacze, mówi, iż wywaliłaś ciotkę Walę na bruk. Żenia, całując męża, wyjaśniła: — Przyjechały bez uprzedzenia. Od razu żądały, żebym wyrzuciła lokatorów i przyjęła Natalkę na co najmniej pięć lat gratis. Igor, czy to normalne? Oni już się rozgościli u twojej mamy, z tego co wiem. A Ty po co przyjechałeś? — Mama kazała, — westchnął mąż. — Wala wydzwaniała do mnie cały czas… — Żeniu, może byśmy jednak ustąpili? Dopóki nie załatwią akademika… Żenia stanowczo pokręciła głową: — Igor, akademika nie będzie – choćby nie złożyły papierów. Bo Wala była pewna, iż mają mieszkanie — MOJE! Wiesz, jak bardzo są bezczelne? choćby nie szukały niczego, po prostu jechały „do swojej kawalerki”. — Mama mówi, iż obiecałaś im sześć lat temu… — Igor, milczałam wtedy na stypie po babci, po prostu zignorowałam tę bzdurę, miałam inne sprawy na głowie. — Wala teraz się wścieka. Powiedziała, iż dla niej już nie istniejemy. U mamy nie zostały – niby za daleko do uczelni. Przelałem ciotce dziesięć tysięcy, coś tam wynajęły… — I Bogu dzięki! — radośnie powiedziała Żenia. — choćby się z Tobą o te pieniądze kłócić nie zamierzam. Odczepiły się – i chwała za to! Igor westchnął i spuścił głowę. — Żeniu, wynajęły pokój w komunie. Wala narzeka, iż są karaluchy i pijani sąsiedzi… — Niech się przyzwyczajają. Chcesz mieszkać w stolicy? Musisz się wykazać, a nie czekać na mannę z nieba od „rodziny”, której nie widziało się od lat. I która nie raczyła choćby na urodziny zadzwonić! Żenia weszła do sypialni, mąż poszedł za nią. — Żenia, no kiepsko wyszło… Rzuciliśmy ich na pastwę losu… A jak coś się stanie? Może tam są niebezpieczni sąsiedzi? Napadną je? Nie jest ci żal Wali? Żenia odwróciła się gwałtownie: — Igor, mam córkę, mam rodziców, których utrzymuję. I mam mieszkanie, które ciężko wypracowała moja babcia. Nie zamierzam tego roztrwaniać, bo komuś 600 km stąd bardziej się przyda. Czemu miałoby mi być żal? Powiedz mi, do cholery?! Mąż zamilkł, a Żenia dodała: — Jesteś głodny? Chodź, podgrzeję kolację. I kończymy temat. Chcesz im pomagać – pomagaj ze swojej pensji. Ale mieszkanie zostaje wynajmowane, nikogo nie wyrzucam. Kropka. — Dobrze, masz rację. Pewnie sam bym nie był szczęśliwy, gdyby twoi rodzice wpadli do mojej mamy na działkę i powiedzieli: „Potrząśnijcie się, my tu pomieszkamy z dziesięć lat”. Po kolacji, kiedy Igor poszedł pod prysznic, Żenia zerknęła w telefon. Wciąż nieprzeczytana była wiadomość od teściowej: „Żenia, no nie można tak. Wala się rozchorowała przez nerwy. Przywieź im coś do jedzenia. Dużo, żeby starczyło na kilka tygodni. Mięso, warzywa, owoce i czekoladki. Kawa, herbata, kosmetyki, olej. Może jeszcze rybę. Konserw nie bierz – Wala takich nie je. Adres:…”. Żenia zablokowała też teściową. Niech sobie kilka dni posiedzi w czarnym. *** Noc upłynęła spokojnie – nikt nie wydzwaniał. Walentyna zjawiła się rano, punkt siódma. Żenia obudziła się od głośnego stukania do drzwi. Igor spał, więc to ona musiała otworzyć. Siostra teściowej zaatakowała ją od progu: — Śpisz sobie w ciepełku, pod kołderką, na czystym łóżku? A ciekawe, jak my z Natalką spałyśmy? Koszmar, muszę ci powiedzieć! Karaluchy na głowy, mróz, syf, podłoga jak lód! Z jednej strony całą noc ktoś darł się „Hej, sokoły!”, a z drugiej awantury! Masz w ogóle sumienie? Naprawdę zostawisz bliską rodzinę w takich warunkach? Słuchaj, kłócić się z tobą nie zamierzam. Nie chcesz wyrzucać swoich najemców? To nie! Przeniesiemy się z Natalką po prostu do CIEBIE! Macie przecież trójkę – jednej pokojnicy nam nie żal. Tylko większej, bo nas jest dwie! U was jest miejsce. Nie martw się, długo nie zabawię. No, 3-4 miesiące, może pół roku. Potem wrócę do siebie, jak Natalka się zaaklimatyzuje. Żenia osłupiała. — Zapomnijcie gdzie tu mieszkam! Lepiej nie psujmy sobie relacji do końca. Mam zadzwonić po policję? Nie mam problemu. Tylko po co pani kłopoty? Siostra teściowej poczerwieniała – Żenia aż się przeraziła. — Ty… Ty… Żeby ci tak się wszystko posypało, zadzierająca warszawianko! Niech twoja córka całe życie sprząta – bez żadnej szkoły! Jeszcze zobaczymy, komu będzie potrzebna pomoc. Ja Ci tego nigdy nie zapomnę! Żenia zatrzasnęła ciotce drzwi przed nosem. Wala jeszcze kilka minut wykrzykiwała na klatce, po czym poszła. *** Kłótnia zakończyła kontakty z teściową – Tamara więcej się nie odzywa. Igor matkę odwiedza, dalej jej pomaga, choćby wnuczkę czasem przywozi, ale do mieszkania już się nie wtrąca. Żenia choćby się cieszy – o jedną troskę mniej.

twojacena.pl 8 godzin temu

Trochę się przesuńcie, pomieszkamy tu z dziesięć lat

Teściowa chwilę milczała, po czym powiedziała:
Oj, Janku, Halina to kobieta z charakterkiem… Jak coś sobie postanowi, nie ma zmiłuj.
Też ją zrozum: chce, żeby Andżelika się wykształciła, żeby miała porządne wykształcenie
Na mój koszt? Janek zatrzymał się przed lustrem.
Z odbicia patrzył na niego zmęczony mężczyzna o rozwichrzonych włosach.
Pani Grażyno, niech ich pani zatrzyma. Niech wysiądą na najbliższej stacji i wrócą do domu. Ja ich nie odbiorę. Nie dam mieszkania.
Jak ja mam ich zatrzymać? jęknęła teściowa. Przecież już pojechały. Halina wzięła kredyt na studia, na mieszkanie zupełnie nie mają grosza.
Tak liczyły na twoją pomoc. Janku, wyprowadź lokatorów, no co ci szkodzi? W końcu to rodzina
Rodzina? Ja tę Andżelikę, waszą siostrzenicę, widziałem dwa razy w życiu! Mam wyrzucić ludzi na bruk, odebrać swoim rodzicom wsparcie, a córce zajęcia, bo twoja siostra tak sobie postanowiła?
W kieszeni zapiszczał Messenger. Janek, nie zdejmując kurtki, wyjął telefon. Wiadomość była od Haliny, siostry teściowej.

Janku, hej! Już jesteśmy w pociągu. Bilety mamy na 19:40, jutro rano będziemy na Warszawie Centralnej. Przywitaj nas z Andżeliką.

Podaj adres swojej kawalerki, bo nie zapisaliśmy ostatnio. Gdzie odebrać klucze?

Janek zamarł. Przeczytał tę wiadomość trzy razy, mając nadzieję, iż to jakaś pomyłka. Jaka kawalerka? Jaka Andżelika?

Tato, czemu tak stoisz? Zuzka wychyliła się z korytarza. Chcę jeść.

Już, kotku, Janek odruchowo pogłaskał córkę po głowie, nie odrywając wzroku od ekranu.

Wybrał numer Haliny. Słuchawkę odebrano natychmiast, w tle słychać było stukot kół i śmiechy.

Janeczek! głos ciotki dźwięczał sztuczną radością. Dostałeś wieści? Chcieliśmy zrobić ci niespodziankę, żebyś nie musiał gotować, same wszystko kupimy!

Halina, czekaj. Ja nic nie rozumiem! Dokąd jedziecie?

Jak to dokąd? Do Warszawy! Andżelika dostała się na studia, mówiłam ci już wiosną. Na dzienne się nie dostała, ale będzie studiować zaocznie.

Spakowałyśmy się, przyjeżdżamy się zadomowić w twojej kawalerce.

W mojej… czym? Janek oparł się plecami o ścianę. W tej kawalerce, którą wynajmuję już sześć lat? Halina, wyście chyba oszalały?

Oj, już nie przesadzaj! głos Haliny zrobił się od razu ostrzejszy. Sześć lat temu, kiedy ta kawalerka przypadła ci po babci, siedzieliśmy przy stole, pamiętasz?

Powiedziałam wtedy: To Andżelika będzie miała gdzie mieszkać, jak pójdzie na studia. I nie zaprzeczyłeś! Dla nas to był znak. Liczyłyśmy na to przez te lata.

Nie zaprzeczyłem, bo uznałem to za idiotyczny żart! Janek niemal krzyknął. Nigdy nie zamierzałem nikogo tam wpuszczać.

Tam mieszka rodzina z dzieckiem. Mamy umowę, płacą regularnie. Z tych pieniędzy żyją moi rodzice-emeryci, a Zuzka chodzi na zajęcia.

O czym wy w ogóle myślałyście, kupując bilety?

Myślałyśmy, iż jesteśmy rodziną! warknęła Halina. Czy wy, warszawiacy, już wstydu nie macie?

Chcesz zostawić siostrzenicę na dworcu? Dzwoniłeś do męża? Wie, iż wyrzucasz jego rodzinę na bruk?

Mąż jest teraz w delegacji pod Gorzowem, zasięg ma jak chce. I to jest moje mieszkanie, Halina. MOJE. Rozumiesz?

Kupione przez moją babcię, zapisane na mnie. Piotr nie ma z tym nic wspólnego.

A to tak teraz rozmawiasz! Andżelika, słyszysz? Żona twojego wujka nie chce nas znać! No nic, przyjedziemy pogadamy.

Koniec, zasięg się kończy, jutro zobaczymy się na peronie.

W słuchawce rozległy się krótkie sygnały. Janek oniemiał.

Zuzka, idź do kuchni, w lodówce jest zapiekanka, podgrzej sobie samodzielnie, zawołał do córki i trzęsącymi się rękami wybrał numer do teściowej.

Grażyna odebrała po chwili.

Tak, Janeczku, słucham cię.

Pani Grażyno, wiedziała pani, iż siostra z córką jadą do Warszawy z zamiarem zamieszkania w moim mieszkaniu?

No… Halina coś wspominała… Myślałam, iż się dogadaliście, wymamrotała teściowa.

Z kim się dogadaliśmy? Janek zaczął nerwowo chodzić po korytarzu. Od sześciu lat wynajmuję tam mieszkanie.

Połowa pieniędzy idzie na leki dla moich rodziców. Przecież wie pani, jak ciężko im z samej emerytury.

Reszta to Zuzkine zajęcia i sport.

Czemu im pani nie powiedziała, iż to niemożliwe?

Nie krzycz na mnie, teściowa zaraz się żaliła. Ja w ogóle nie mam z tym związku. Sami się dogadajcie.

Tylko Piotrkowi nie dzwoń, nie denerwuj go, ma ważne spotkania, już i tak jest rozkojarzony.

Janek rzucił telefon na kanapę. Mąż zawsze starał się nie brać udziału w rodzinnych kłótniach, ale gdy chodziło o matkę lub ciotkę, nagle stawał się zadziwiająco uległy.

No wiesz, Janku, oni z prowincji, mają inne spojrzenie na świat, zwykle mówił. Prościej im ustąpić

Janek próbował zadzwonić do męża. Abonent jest poza zasięgiem. Oczywiście. Kiedy naprawdę był potrzebny, zawsze był poza zasięgiem.

***

Awantura była ogromna. Halina zaczęła dzwonić o piątej rano, żądając, by Janek natychmiast po nie przyjechał.

Zmęczone jesteśmy, głodne! Zimno tu, już zmarzłyśmy. Śpisz jeszcze? Wstawaj! Natychmiast! W piętnaście minut masz być tu!

Janek nie od razu zorientował się, kto dzwoni. Ale jak już ogarnął, warknął:

Dajcie mi spokój! Nigdzie nie jadę! Do mieszkania was nie wpuszczę. Dość tego. Mam dosyć.

Po dziesiątym telefonie numer do ciotki poszedł na czarną listę.

Halina zaczęła wydzwaniać z telefonu córki, więc zablokował i ten.

Cały dzień Janek miał potem na głowie Grażynę: prosiła, błagała, narzekała, iż się obrazi i wszystko powie Piotrowi…

Wieczorem nagle zjawił się Piotr wrócił z delegacji bez uprzedzenia.

Co się tam u was dzieje? zapytał od progu. Mama dzwoni, płacze, mówi, iż wyrzuciłeś ciocię Halinę na ulicę.

Janek, całując i przytulając męża, wyjaśnił:

Przyjechały bez zapowiedzi. Od razu zażądały, bym wyrzucił najemców i Andżelikę na minimum 5 lat wprowadził za darmo.

Piotrze, czy tak normalni ludzie się zachowują? Nie mają za grosz przyzwoitości?

Zresztą, z tego co wiem, już są rozpakowane u twojej mamy.

A ty czemu przyjechałeś?

Matka mnie wezwała, westchnął mąż. Ciotka też mi zawracała głowę

Może powinniśmy im ustąpić? Póki nie znajdą akademika

Janek pokręcił głową:

Piotr, akademika nie mają i nie będą mieć. choćby nie złożyły papierów. Halina była pewna, iż mają już mieszkanie. Moje!

Rozumiesz skalę ich bezczelności? Niczego nie szukały, po prostu jechały do swojej kawalerki.

Mama mówi, iż obiecałeś sześć lat temu

Nie zaprzeczyłem wtedy na pogrzebie, Piotrze. Miałem dość tych dyrdymałów.

Ciotka szaleje. Ogłosiła, iż już dla niej nie istniejemy. Swoją drogą, u mamy nie zostały za daleko do uczelni.

Wysłałem jej cztery tysiące złotych, coś sobie chyba wynajęły

I chwała Bogu! Janek uderzył dłonią w stół. To najlepsza wiadomość dnia. choćby o te pieniądze nie będę się z tobą kłócił. Dobrze, iż nas zostawiły w spokoju!

Piotr westchnął i opuścił głowę.

Janku, wynajęły pokój w jakiejś ruderze. Ciotka narzeka, iż pluskwy i sąsiedzi pijacy.

Niech się przyzwyczaja. Jak się chce mieszkać w stolicy, trzeba się umieć zakręcić, a nie liczyć na mannę z nieba od rodziny, z którą nie miało się kontaktu przez lata. Ani razu choćby nie złożyły życzeń na urodziny!

Janek odwrócił się i ruszył do sypialni, mąż poszedł za nim.

Janku, to trochę niezręcznie! Jakby nie patrzeć, rzuciliśmy je na pastwę losu.

A jeżeli stanie się coś niedobrego? jeżeli sąsiedzi będą agresywni? Jak ktoś je napadnie?

Naprawdę ci nie żal ciotki Haliny?

Janek gwałtownie odwrócił się do męża:

Piotr, ja mam córkę i rodziców, za których jestem odpowiedzialny. Mam mieszkanie, na którego zakup moja babcia ciężko pracowała.

Nie pozwolę tego roztrwonić tylko dlatego, iż ktoś, kilkaset kilometrów stąd, uznał, iż należy mu się bardziej.

Dlaczego mam się nad nimi litować? Powiedz mi!

Mąż zamilkł, a Janek dodał:

Będziesz jadł? Chodź, podgrzeję kolację. I zakończmy temat. Chcesz im pomagać pomagaj ze swojej pensji.

Ale mieszkanie jest wynajmowane, nikogo nie będę wyrzucać. I kropka.

Dobrze. Masz rację. Też bym nie był zadowolony, gdyby twoi rodzice przyjechali do moich na działkę i powiedzieli: Trochę się przesuńcie, pomieszkamy tu z dziesięć lat.

Po kolacji, kiedy Piotr wyszedł pod prysznic, Janek sięgnął znów po telefon. Na ekranie czekała nieprzeczytana wiadomość od teściowej:

Janek, tak nie można. Halina się rozchorowała ze stresu. Zawieź im trochę jedzenia.

Weź dużo, żeby starczyło na parę tygodni.

Koniecznie mięso, warzywa, owoce i czekoladki. Kawa, herbata, środki higieniczne, olej.

Można też rybę. Konserw nie bierz Halina tego nie jada. Adres:.

Janek zablokował teściową. Niech chociaż parę dni odpocznie w czarnym spisie.

***

Noc minęła względnie spokojnie nikt z rodziny nie dzwonił.

Halina pojawiła się wcześnie rano, dokładnie o siódmej.

Janek obudził się od głośnego pukania do drzwi.

Piotr spał, więc musiał otworzyć sam.

Ciotka od progu rzuciła się z wyrzutami:

Ty sobie śpisz w cieple, pod kołderką, na czystej pościeli?

Może byś się zainteresował, jak my z Andżeliką spędziłyśmy noc?

Okropnie, powiem ci! Na głowę spadały pluskwy, w pokoju zimno, brudno, podłoga lodowata!

Z prawej całą noc ktoś śpiewał Cyganeczka Zosia, z lewej kłócili się na całe gardło.

Masz w ogóle sumienie? Pozwolisz bliskiej rodzinie mieszkać w takich warunkach?

Wiesz, Janku, nie zamierzam się z tobą kłócić. Nie chcesz wyrzucać najemców? To nie! Przeniesiemy się z Andżeliką do ciebie!

Macie trzy pokoje, jedną maleńką dla nas na pewno znajdziecie. Tylko najlepiej tę największą, w końcu jesteśmy dwie!

No i nie martw się, zostaniemy tylko na chwilkę. 3-4 miesiące, może pół roku.

Potem wrócę do siebie, jak córka się już przyzwyczai.

Janek osłupiał.

Zapomnijcie o tym adresie! Nie warto jeszcze bardziej psuć relacji.

Chcecie żebym wezwał policję? Zadzwonię, żaden problem.

Ale po co wam jeszcze takie kłopoty?

Ciotka poczerwieniała tak nagle, iż Janek się przestraszył.

Ty… Ty… Oby cię pokarało, warszawiaku zadufany!

Niech ci córka całe życie sprząta po innych, bez szkoły!

Jeszcze będziesz mnie prosił o pomoc. Ale ja ci tego nie zapomnę. Świat okrągły, a los bywa przewrotny!

Janek po prostu trzasnął drzwiami ciotce przed nosem. Halina jeszcze przez chwilę krzyczała na klatce, w końcu odeszła.

***

Kłótnia z Haliną popsuła relacje z teściową Grażyna przestała się odzywać do Janka.

Piotr odwiedza matkę, dalej jej pomaga, czasem choćby przywozi wnuczkę, ale do mieszkania syna Grażyna już nie zagląda.

I Janek cieszy się, iż tak się wszystko skończyło jeden problem mniej.

Idź do oryginalnego materiału