Kiedy Bartek zniknął z jej życia, Renata Kowalczyk zostawiła sobie tylko jedno: warsztat samochodowy przy ulicy Kolejowej w Tarnowie, dwa podnośniki, kompresor i psa imieniem Guma — kundla o krzywym uchu, którego znalazła jako szczeniaka pod jednym z tych podnośników jesienią, jedenaście lat temu. To Bartek go wtedy przygarnął, przyniósł do warsztatu w kartonie po oleju i powiedział, iż będzie z niego dobry stróż. Guma nigdy nie był stróżem. Był tylko psem, który śpi na jej stopach, kiedy nie może zasnąć.
Warsztat prowadzili razem osiemnaście lat. Ona księgowość i klientów, on — silniki. Rozstali się rok wcześniej, w kwietniu, w kuchni nad warsztatem, przy stole, na którym stała ta sama emaliowana miska, z której Guma jadł od szczeniaka.
— To wszystko? — spytała wtedy Renata, kiedy Bartek postawił na blacie torbę z ubraniami. — Osiemnaście lat i pakujesz się w dwadzieścia minut?
— A czego chcesz, sceny? Krzyku?
— Chcę, żebyś chociaż powiedział, iż ci przykro.
Nie powiedział. Wziął tylko klucze do swojego auta i psią smycz, która wisiała przy drzwiach, jakby chciał zabrać i Gumę. Renata złapała za drugi koniec.
— Jego zostawiasz — powiedziała. — Jego przynajmniej nie sprzedasz.
Bartek spojrzał na nią tak, iż zapamiętała to spojrzenie na miesiące — nie ze złości, tylko z czegoś, co wyglądało na ulgę, iż w końcu może wyjść bez kłótni. Wyszedł. Guma szczekał za nim przez dziesięć minut, siedząc przy drzwiach, dopóki Renata nie usiadła obok niego na podłodze i nie powiedziała mu, iż teraz są już tylko we dwoje.
Prawnik przy rozwodzie interesów powiedział jasno: firma zarejestrowana na oboje, pół na pół. Renata się wtedy nie kłóciła. Zgodziła się, iż Bartek zostaje w interesie, bo ona i tak większość czasu spędzała teraz w przychodni weterynaryjnej dwie ulice dalej — pracowała tam na pół etatu, odkąd zaczęła się zajmować bezdomnymi zwierzętami z okolicy.
Guma nie był jedynym. W komórce za warsztatem trzymała jeszcze trzy koty — Zosię, Pypcia i ślepego na jedno oko Miśka — oraz klatkę z papugą falistą, którą ktoś zostawił przywiązaną do latarni przy dworcu PKP. Sąsiedzi z bloku przy Kolejowej znali ją z tego, iż zimą karmiła gołębie na podwórku, mimo iż administracja groziła mandatem. Renata się tym nie przejmowała. Powtarzała, iż ptaki nie proszą o pozwolenie, żeby żyć.
Telefon od Bartka zadzwonił w środę, dwudziestego sierpnia, kwadrans po ósmej rano. Powiedział, iż musi się z nią spotkać, iż sprawa nie cierpi zwłoki. Przyszedł do niej pół godziny później, z teczką, w której trzymał dokumenty warsztatu, i z miną człowieka, który już wszystko postanowił.
— Przepisałem udziały na siebie — powiedział bez wstępu. — Notariusz to potwierdził w poniedziałek. Twoja połowa formalnie już nie istnieje.
Renata odstawiła kubek z kawą. Nie od razu zrozumiała, o co chodzi, bo przecież akt notarialny sprzed dwóch lat mówił co innego. Potem dotarło: Bartek znalazł lukę — pełnomocnictwo, które kiedyś mu dała, żeby mógł podpisywać dokumenty pod jej nieobecność, kiedy jeździła po interwencjach z fundacją. Pełnomocnictwo, którego nigdy formalnie nie cofnęła.
— Mówiłam ci, iż mogę to odwołać w każdej chwili — powiedziała. — Sam to podpisywałeś ze mną razem.
— A ja mówię, iż warsztat jest teraz mój. Masz miesiąc, żeby się wyprowadzić z mieszkania nad garażem. Ono też jest częścią nieruchomości firmowej.
Guma warknął spod stołu, kiedy Bartek podniósł głos. Renata położyła dłoń na jego karku i poczuła, jak drży — nie ze strachu, tylko z tego samego napięcia, które trzymało w gardle ją samą.
Nie krzyczała. Odprowadziła Bartka do drzwi i zamknęła je na klucz, zanim zdążył powiedzieć coś jeszcze.
Tego wieczoru usiadła przy kuchennym stole z segregatorem pełnym starych faktur i zaczęła je przekładać kartka po kartce, szukając dowodu, iż pełnomocnictwo dotyczyło tylko bieżących spraw. Karmiła koty o stałych porach, jak zawsze, wynosiła Gumę na spacer nad Białą, gdzie unosił się zapach skoszonej trawy i spalin z obwodnicy, ale wieczorami zamiast telewizora włączała lampkę nad stołem i pisała notatki na marginesach starych umów — daty, numery, wszystko, co mogło się przydać. Sąsiadka z parteru, pani Halina, pytała przez płot, czy dobrze się czuje, bo światło w kuchni paliło się do północy. Renata odpowiadała, iż po prostu robi porządki. To nie była prawda, ale też nie było kłamstwem — porządkowała swoje życie, kartka po kartce.
W piątek pojechała do kancelarii adwokackiej przy Rynku, tej samej, w której osiemnaście lat wcześniej rejestrowali spółkę. Adwokat, pan Wojciechowski, wysłuchał jej, przejrzał stare papiery, które mu przyniosła w foliowej koszulce, i powiedział rzecz, której Bartek najwyraźniej nie przewidział: pełnomocnictwo dotyczyło wyłącznie bieżących spraw operacyjnych warsztatu — zamówień na części, podpisywania faktur. Nie obejmowało rozporządzania udziałami w spółce. Notariusz, który to sporządził w poniedziałek, przyjął wersję Bartka bez weryfikacji zakresu umocowania. To był błąd, który dawało się cofnąć.
— To ile to potrwa? — spytała Renata.
— Rok. Może dwa, jeżeli będzie się upierał — powiedział Wojciechowski. — Ale wygra pani, to jest pewne jak w banku. Pytanie, czy chce pani czekać.
Nie chciała. Ale wiedziała już, iż nie musi się bać.
Trzy tygodnie później, w czwartek rano, Renata przyszła do warsztatu z teczką pod pachą i Gumą na smyczy. Bartek stał przy podnośniku, pod którym leżał opel jakiegoś klienta, i nie od razu ją zauważył.
— Mam dla ciebie coś do podpisania — powiedziała.
Rozłożyła na blacie skrzynki z narzędziami dwa dokumenty: pozew o stwierdzenie nieważności przeniesienia udziałów oraz — obok niego — ugodę, którą przygotował Wojciechowski. Ugoda mówiła prosto: Bartek zatrzymuje warsztat i spłaca jej równowartość połowy udziałów, sto dziewięćdziesiąt tysięcy złotych, w ratach rozłożonych na dwadzieścia cztery miesiące. W zamian ona rezygnuje z roszczeń i przekazuje mu całość praw do firmy.
Bartek przeczytał dokument raz, potem drugi. Rzucił nim o blat tak, iż klucz nasadowy, który leżał obok, spadł na betonową podłogę z brzękiem, który sprawił, iż Guma zaszczekał głośno i szarpnął smyczą.
— Sto dziewięćdziesiąt tysięcy? Oszalałaś. Nie mam takich pieniędzy.
— Masz dwadzieścia cztery miesiące, żeby je znaleźć. Warsztat na to zarabia, sam mi to kiedyś liczyłeś.
— A jak nie podpiszę?
— To idziemy do sądu i notariusz zezna pod przysięgą, iż przyjął twoje oświadczenie bez sprawdzenia pełnomocnictwa. Wtedy nie tylko stracisz udziały, tylko jeszcze zapłacisz mi odsetki za rok albo dwa zwłoki. Poza tym on sam nie chce mieć z tym kłopotu — zadzwoniłam do niego wczoraj.
Bartek podniósł głos, powiedział, iż to jego warsztat, iż zbudował go rękami, iż ona tylko siedziała przy papierach, kiedy on leżał pod samochodami. Guma warczał teraz nieprzerwanie, aż Renata musiała przyklęknąć i przytrzymać go za obrożę, mówiąc mu cicho, żeby usiadł. Kiedy wstała, Bartek już nie krzyczał — stał z rękami opartymi o blat, głową pochyloną nad papierami, i milczał dłużej, niż trwała cała kłótnia.
— jeżeli podpiszę, to koniec. Nie wracasz tu więcej.
— Nie mam zamiaru.
Wziął długopis. Ręka mu drżała, kiedy stawiał podpis — litery wyszły niewyraźne, jakby pisał w biegu. Odłożył długopis z takim trzaskiem, iż znowu podskoczył klucz nasadowy na blacie.
— Zabieraj to psisko i idź — powiedział, nie patrząc na nią.
Guma obwąchał kałużę oleju pod oplem, kichnął i wrócił do Renaty, opierając łeb o jej kolano, jakby wiedział, iż to już koniec tej sprawy.
Mieszkanie nad garażem zostawiła miesiąc później — nie dlatego, iż musiała, tylko dlatego, iż znalazła coś lepszego: dom z ogrodem na obrzeżach miasta, przy ulicy Spokojnej, z miejscem na wybieg dla psów i klatki dla ptaków, które zamierzała zapełnić kolejnymi znajdami. Pierwszą ratę od Bartka przelała na konto fundacji, którą zarejestrowała tydzień wcześniej. Drugą też. Papuga, która nigdy nie miała imienia, dostała je wtedy — nazwała ją Rata, na pamiątkę.
Bartek dzwonił jeszcze dwa razy, żeby negocjować niższą kwotę. Nie odbierała. Trzeci raz przyszedł osobiście, pod nowy dom przy Spokojnej, stanął przy furtce i patrzył, jak Guma biegnie w jego stronę, warcząc, dopóki Renata nie gwizdnęła krótko — pies zawrócił i usiadł przy jej nodze. Bartek nic nie powiedział. Odwrócił się i poszedł do samochodu.
Renata wróciła do środka, gdzie na kuchennym stole czekała niedopita herbata i miska z suchą karmą dla Miśka, który jak zawsze jadł jako ostatni, bo widział gorzej niż inne koty i musiał najpierw obwąchać wszystko dookoła. Guma położył się przy jej stopach, tam gdzie zawsze, i westchnął ciężko, jakby cały ten dług, który przez rok nosił razem z nią, w końcu został spłacony.










