Pies, który liczy dni

newsempire24.com 1 tydzień temu

Jestem wolontariuszką w schronisku przy ulicy Widok w Radomiu, dwanaście lat już tu przychodzę, w każdy wtorek i czwartek po pracy. Pracuję w przychodni jako rejestratorka, więc ze zwierzętami stykam się dopiero po szesnastej, kiedy zdejmuję fartuch i jadę na drugi koniec miasta.

Boks numer siedem stoi pusty od miesiąca, ale przez dwieście osiemdziesiąt jeden dni mieszkał w nim Cygan — owczarek podwórkowy, może ze dwanaście kilo za dużo, blizna nad okiem, której nikt nie potrafił wytłumaczyć. Przyszedł do nas w listopadzie, w te pierwsze mrozy, kiedy kaloryfery w budynku ledwo grzeją i trzeba nosić dwie pary skarpet pod kaloszami. Ludzie przychodzili, oglądali go przez kratę, pytali o rasę, o wiek, czasem choćby się schylali, żeby podać rękę przez siatkę. Wychodzili z innym psem. Zawsze z innym.

Kierowniczka schroniska, pani Bożena, ma zwyczaj wieszać na drzwiczkach boksu kartkę z liczbą dni pobytu. Nie robi tego dla adoptujących — robi to dla siebie, mówi, żeby pamiętać, iż każdy dzień się liczy, iż to nie jest magazyn, tylko poczekalnia na czyjeś życie. Kartka przy siódemce urosła z jedynki do setki, potem do dwustu, i w pewnym momencie przestałam na nią patrzeć, bo bolało.

W styczniu, akurat kiedy w telewizorze w dyżurce lecą wiadomości o kolejnej fali mrozu i pani Bożena robi wszystkim herbatę w wyszczerbionych kubkach z reklamą karmy sprzed dziesięciu lat, zjawiła się u nas nowa wolontariuszka, studentka weterynarii, Ania. Przyniosła ze sobą pudło słoików masła orzechowego — kupiła za własne pieniądze, sto dwadzieścia złotych z pierwszej wypłaty za korepetycje, bo przeczytała gdzieś, iż smarowanie łapą po ściance kojca to jedna z niewielu rzeczy, które psu w zamknięciu dają zajęcie na dłużej niż pięć minut. Wybrała słoiki bez ksylitolu, bo akurat na zajęciach mieli wykład o zatruciach, i to ją przeraziło bardziej niż cokolwiek innego tego dnia.

Cygan nie od razu zaufał łapie wsuniętej przez kratę. Wąchał długo, cofał się, wracał. W końcu polizał.

To była pierwsza rzecz, którą zrobił z entuzjazmem od miesięcy — tak przynajmniej mówiła pani Bożena, zapisując to w zeszycie, który prowadzi dla wszystkich psa osobno, bo twierdzi, iż urzędowa karta w komputerze nie oddaje charakteru zwierzęcia.

Nie mam złudzeń, iż jeden słoik cokolwiek zmienia w wielkiej sprawie. Ale schronisko przy Widok utrzymuje się z dotacji miejskich, które starczają na karmę suchą i szczepienia, i ani grosza więcej — nie ma budżetu na przysmaki, na zabawki wypełniane pastą, na te drobiazgi, które dla człowieka są niczym, a dla psa zamkniętego w boksie osiemnaście godzin na dobę są jedyną rozrywką między spacerem a spacerem. Pani Bożena zawsze mówi, iż pies, który ma czym się zająć, szczeka mniej, a pies, który szczeka mniej, ma większą szansę, iż ktoś się przy jego boksie zatrzyma dłużej niż trzydzieści sekund.

Rozniosłam więc wieść dalej. Nie miałam wielkiego planu — po prostu w przychodni, między jednym pacjentem a drugim, powiedziałam koleżance z rejestracji, iż schronisko potrzebuje masła orzechowego, serka w tubce, herbatników dla psów. Ona powiedziała mężowi. Mąż pracuje w hurtowni i przyniósł kolejnego dnia karton, o którym nikt go nie prosił — dwadzieścia cztery opakowania herbatników, bo akurat mieli nadwyżkę z przeterminowanej daty ważności o dwa tygodnie, a psy przecież nie sprawdzają dat.

Pod koniec lutego, kiedy śnieg w Radomiu już dawno stopniał i zamienił się w to szare błoto, które trzyma się do kwietnia, przyszła do schroniska kobieta z małą córką. Dziewczynka miała z tych, co to mówi rodzicom "chcę tego smutnego", i wskazała palcem na boks siedem. Matka się zawahała — Cygan wyglądał na psa, który już przestał się uśmiechać do ludzi. Ania akurat była na dyżurze, wyjęła z szafki słoik, nałożyła odrobinę na deskę i podała przez kratę. Cygan podszedł, polizał, spojrzał na dziewczynkę tak, jakby czekał właśnie na nią.

Dokumenty podpisali tego samego dnia. Pani Bożena zdjęła kartkę z liczbą dni z drzwiczek boksu i wpisała do zeszytu ostatnią cyfrę: dwieście osiemdziesiąt jeden.

Boks stoi teraz pusty, ale nie na długo — w środę przywieziono dwa kundelki po wypadku na obwodnicy, matka i szczeniak, oboje w gipsie na przedniej łapie. Zapas masła orzechowego z kartonu od hurtownika starczy im na dobre trzy tygodnie, jeżeli dawkować rozsądnie. Zapisałam to w zeszycie pani Bożeny, bo ona akurat pojechała do weterynarza po szczepionki, a ktoś musiał pilnować, żeby nikt nie zapomniał odhaczyć karmienia.

Idź do oryginalnego materiału