Trzy talerze sałatki jarzynowej, dwie blachy schabowego i pierogi na sto porcji — tyle Krystyna Wójcik ugotowała w zeszłą niedzielę. Sama policzyła, bo akurat zapisywała wydatki w zeszycie: sto osiemdziesiąt złotych na samo mięso. To był już czwarty taki obiad w tym miesiącu.
— W tę niedzielę wszyscy przyjeżdżamy do was. I choćby się nie kłóć — powiedziała teściowa przez telefon takim tonem, jakby ogłaszała fakt dokonany, a nie prosiła o cokolwiek.
Krystyna stała w kuchni z telefonem przy uchu i patrzyła na plamę po kawie na obrusie, której nie zdążyła jeszcze zetrzeć.
— Do kogo „do was", Ireno? — zapytała, chociaż odpowiedź znała.
— No do was, oczywiście. Powiedziałam już wszystkim.
— Ale przecież w zeszłą sobotę byliśmy razem, cała rodzina.
Cisza w słuchawce trwała chwilę za długo.
— No i co z tego? — odezwała się w końcu teściowa. — Niedziela od tego jest, żeby rodzina była razem.
Mówiła to z taką pewnością, jakby nigdy w życiu nie zastanawiała się, ile kosztuje kogoś jej dobre samopoczucie.
— Przywieziemy ciasto, nie martw się.
I odłożyła słuchawkę.
Krystyna jeszcze przez chwilę trzymała telefon w dłoni, zanim odłożyła go na blat obok cukiernicy. W mieszkaniu było cicho. Za oknem, dziesięć pięter niżej, na osiedlu Bielany w Radomiu, tramwaj numer trzy skrzypiał na zakręcie — ten dźwięk słyszała codziennie od jedenastu lat i codziennie go nie zauważała, ale teraz usłyszała go wyraźnie, jakby ktoś podkręcił głośność.
— Marku — powiedziała w stronę salonu.
Mąż siedział w fotelu i oglądał wiadomości.
— Mhm?
— Twoja mama znowu postanowiła, iż w niedzielę otwieramy tu restaurację.
Nie od razu zrozumiał sarkazm.
— No przyjadą swoi. I co?
— I co? Marku, kto wstanie o szóstej rano marynować mięso? Kto ugotuje osiem dań? Kto potem dwa dni będzie szorował kuchnię?
— Krysiu, nie zaczynaj.
— Ja nie zaczynam. Ja jestem zmęczona.
Westchnął.
— Mama chce widzieć wszystkich razem.
— A ja chcę chociaż jeden wolny weekend nie stać przy garach.
Kiedyś Krystyna sama lubiła te rodzinne zjazdy. Gdy dwanaście lat temu wychodziła za Marka, podobało jej się, iż ma taką dużą, głośną rodzinę. Zawsze ktoś przyjeżdżał, zawsze był śmiech, zawsze ktoś przynosił jakąś nowinę. Ale lata mijały i to, co kiedyś wydawało się ciepłem, zamieniło się w obowiązek. Irena przywoziła koszyk jabłek i siadała na kanapie. Ola z rodziną zajmowała leżaki w ogrodzie. Krystyna po nocnej zmianie jechała na targ po mięso, a potem stała przy garach do wieczora.
Ich dom w Radomiu, przy ulicy Wjazdowej, był dumą całego małżeństwa. Dziewięć lat go wykańczali, dosłownie własnymi rękami. Marek pracował jako brygadzista na budowie, Krystyna dwadzieścia lat przepracowała jako pielęgniarka na oddziale ratunkowym w szpitalu miejskim. Nie jeździli na wczasy za granicę, odkładali każdą złotówkę, kupowali materiały partiami, remontowali pokój po pokoju. W końcu mieli dom z dużą kuchnią, tarasem, ogródkiem i altaną, w której latem stał grill.
Kiedyś powiedziała mężowi: „Wybudujemy dom i wreszcie będziemy żyć dla siebie". Marek się wtedy uśmiechnął. „Oczywiście". Nie zauważył jednego — ich dom nigdy nie stał się miejscem odpoczynku. Stał się miejscem, dokąd wszyscy przyjeżdżali odpoczywać cudzym kosztem.
W niedzielę o dziesiątej rano pod bramą zatrzymały się samochody. Pierwsza weszła teściowa, Irena, z niewielkim koszykiem jabłek.
— Krysiu, kochanie, tu trochę przyniosłam — postawiła koszyk na stole. — Resztę sama zrobisz, prawda?
Nie zauważyła nawet, jak Krystyna zacisnęła usta.
Za nią weszła młodsza siostra Marka, Ola, z mężem i synkiem.
— Dobrze, iż zdążyliśmy! Dzieciak już pyta o basen.
— Basen jeszcze zimny — odpowiedziała Krystyna.
— E, jemu to nie straszne. — Ola już patrzyła w stronę ogrodu. — A grill gotowy?
Krystyna postawiła na stole talerz.
— Gotowy.
— Super! A mięso kupiliście?
— Nie.
— Jak to nie?
— Bo nie wiedziałam, co chcecie.
— No przecież zawsze jemy mięso — powiedziała Ola, jakby Krystyna miała to pamiętać do końca życia.
Do południa zjechała reszta rodziny. Dom wypełnił się głosami, dzieci biegały po podwórku, mężczyźni siedzieli przy stole, kobiety plotkowały o sąsiadach. Krystyna cały czas była na nogach — podawała, sprzątała, dokładała. Nikt nie zapytał, czy usiądzie chociaż na chwilę. Nikt nie wziął z jej rąk pustej misy, żeby samemu zanieść ją do zlewu. choćby Marek, przechodząc obok kuchni z talerzem po ciastku, tylko pocałował ją w czoło i wrócił do rozmowy na tarasie.
Wieczorem, gdy wszyscy się rozjechali, Krystyna została sama w kuchni. Góra brudnych naczyń, poplamiona podłoga, puste talerze z resztkami sałatki jarzynowej zasychającej na brzegach. Usiadła przy stole, oparła czoło o dłonie i pierwszy raz od lat się rozpłakała — nie ze zmęczenia, tylko z żalu.
Następny tydzień przeżyła zupełnie inaczej. Nie biegała po Biedronce po pracy, nie robiła list zakupów na dziesięć osób, nie zastanawiała się, kto lubi schab, a kto wolałby kurczaka. Wieczorami czytała książkę, którą zaczęła jeszcze wiosną i odłożyła na półkę na wpół przeczytaną.
Nawet Marek to zauważył.
— Jesteś jakaś inna — powiedział pewnego wieczoru.
Krystyna przewracała stronę książki, nie podnosząc na niego oczu.
— Jaka?
— Cicha.
— Może po prostu przestałam marnować siły na to, żeby wszystkim było dobrze.
Marek zmarszczył brwi.
— Znowu o mojej rodzinie?
— Nie. — Zamknęła książkę. — O sobie.
Nic nie odpowiedział, tylko usiadł na drugim końcu kanapy i przez chwilę patrzył w wyłączony telewizor.
W piątek wieczorem telefon znów zadzwonił. Krystyna choćby się nie zdziwiła, widząc imię teściowej na wyświetlaczu.
— Krysiu, przygotuj się, w niedzielę znowu wszyscy przyjeżdżamy.
Kiedyś w tym momencie już otwierałaby lodówkę i liczyła, ile trzeba dokupić. Tym razem powiedziała tylko:
— Dobrze.
— Tylko zrób jak ostatnio. I sałatki, i drugie danie, i deser. Dzieci lubią, jak wszystko domowe.
— Nie.
Cisza w słuchawce.
— Co „nie"?
— Nie będę gotować.
— Krysiu, co ty wygadujesz?
— Powiedziałam, iż nie będę.
Teściowa się roześmiała.
— Daj spokój, przecież jesteś u nas najlepszą gospodynią.
— Właśnie dlatego wszyscy przywykli, iż to ja wszystko zrobię.
I odłożyła słuchawkę.
Marek słyszał tę rozmowę z drugiego pokoju. Wszedł do kuchni.
— Po co tak z mamą?
— A jak trzeba było?
— Łagodniej.
— Marku, dziesięć lat byłam łagodna. — Zrobiła pauzę. — I za każdym razem wychodziło, iż moja łagodność jest wygodna dla wszystkich oprócz mnie.
Nic nie odpowiedział. Pierwszy raz nie miał na to gotowej riposty.
W niedzielę o jedenastej pod bramą znów stanęły samochody. Irena weszła pierwsza, uśmiechnięta.
— No i co, Krysiu… — weszła na podwórko i zatrzymała się w pół kroku.
Na stole stały filiżanki, talerz ciastek, miska owoców. I nic więcej.
— A gdzie obiad?
Zapytała tak, jakby zobaczyła wypadek drogowy.
— W restauracji — odpowiedziała Krystyna, wycierając ręce w fartuch, który tego dnia zdjęła po raz pierwszy od miesięcy. — Na Żeromskiego jest niezła gospoda, robią świetny żurek. Możecie zamówić, co kto lubi.
— Jakiej jeszcze restauracji?
— Takiej, którą sami sobie wybierzecie.
Zapadła cisza. Ola spojrzała na brata.
— Marku, co tu się dzieje?
Tym razem nie pospieszył nikogo tłumaczyć. Spojrzał na żonę, potem na matkę, na siostrę.
— Mamo — powiedział — dlaczego przez te wszystkie lata to Krystyna ma gotować sama?
Irena spojrzała na niego jak na dziecko, które zadało głupie pytanie.
— Bo to kobieta.
— Mamo — ciągnął Marek — ona też pracuje. Dwadzieścia lat na ostrym dyżurze, wracała po nocnych zmianach i szła robić zakupy dla całej rodziny.
— Ale przecież ona to lubi.
Krystyna nie wytrzymała.
— Nie lubię. — Mówiła spokojnie, bez podniesionego głosu. — Lubiłam waszą rodzinę. Lubiłam, gdy wszyscy się śmiali przy tym stole, gdy dzieci biegały po ogrodzie. Lubiłam te spotkania. — Zrobiła przerwę. — Ale nie lubię być osobą, o której przypomina się tylko wtedy, kiedy potrzebny jest czysty dom, gorący obiad i wygodne przyjęcie gości.
Ola zaczęła składać i rozkładać serwetkę leżącą na stole, nie podnosząc oczu. Jej mąż powiedział cicho:
— Szczerze mówiąc, nigdy nie myśleliśmy, iż masz z tym problem.
— Właśnie w tym rzecz — odpowiedziała Krystyna.
Nikt tego dnia nie wyszedł trzaskając drzwiami. Nie było krzyków, nie było dramatu. Irena usiadła przy stole, wzięła ciastko i przez chwilę kręciła je w palcach, nie odgryzając kęsa.
Miesiąc później Irena zadzwoniła znowu.
— Krysiu… — jej głos brzmiał już inaczej, bez tej dawnej pewności. — Chcielibyśmy przyjechać.
— Przyjeżdżajcie — odpowiedziała Krystyna.
— Tylko… — teściowa się zawahała. — Sami coś przygotujemy. Ola zrobi sałatkę, ja upiekę szarlotkę, Piotr kupi mięso na grilla.
Krystyna przez chwilę nic nie mówiła, patrząc na kalendarz przy lodówce, gdzie niedziela nie była już obwiedziona czerwonym kółkiem.
— Dobrze — powiedziała. — Będę czekać.
W niedzielę pod bramą znów stanęły samochody, ale tym razem Ola wysiadła z wielką salaterką owiniętą folią, a Irena niosła blachę z szarlotką, przyciskając ją do siebie obiema rękami, żeby nie ostygła po drodze. Piotr wyładowywał z bagażnika siatki z mięsem na grilla i węgiel.
Krystyna stała na tarasie z kubkiem kawy, jeszcze ciepłym, i patrzyła, jak Marek pomaga ojcu rozstawić parasol nad stołem. Usiadła na krześle, którego dotąd używała tylko po to, żeby na chwilę odstawić talerz, i po prostu została na nim siedzieć.










