Mam dosyć rodzinnych najazdów na każdy weekend! Szwagier z całą rodziną bez zaproszenia okupują nasz dom trzy razy w miesiącu – gotuję, sprzątam, a o wypoczynku mogę tylko pomarzyć. Jak postawić granice rodzinie, która nie liczy się z naszym czasem? Sprawdź, jak poradziłam sobie z tą sytuacją!

newskey24.com 8 godzin temu

Mam już po kokardę tych waszych najazdów co weekend!

Jeżeli mieliście kiedyś do czynienia z wyjątkowo egocentryczną osobą, która jest święcie przekonana, iż planeta Ziemia kręci się wokół niej, a wy jesteście elementem dekoracyjnym jej życia, to wiecie, o czym mówię. Mój szwagier Stefan wraz z całą, rozgałęzioną familią żoną Grażyną, dwójką dzieci: Żanetą i Jolantą, oraz bratem Grażyny, Waldkiem wpadają do nas z Łodzi do Krakowa co piątek jak w zegarku. Nie pytają, nie informują, po prostu zajeżdżają swoim wysłużonym passatem, jakby mieli tu własną rezydencję, a my byli personel sprzątający.

Ten festiwal rodzinnych odwiedzin trwa już prawie rok, a ja powoli zaczynam przypominać własną cień. Gości uwielbiam, jasne najchętniej w wersji weekendowej, raz na pół roku i najlepiej z zapowiedzią. A tu? choćby po najcięższym tygodniu w pracy nie mogę się wyspać ani spokojnie wypić kawy na balkonie. Gdzie tam, choćby serialu obejrzeć w ciszy nie ma jak, bo cała ferajna okupuje salon i narzeka, iż kiełbasa sucha, a sernik się przypalił.

Zamiast odpoczywać gram w Kuchenne rewolucje i Hotel Paradise. Cała sobota stoi pod znakiem mieszania w garach, ścierania podłóg i bycia konferansjerką prowincjonalnego talk-show. Po odjeździe familii pralka idzie w ruch na najwyższych obrotach góra prześcieradeł, morze ręczników. Za każdym razem zastanawiam się, czy oni naprawdę tego nie ogarniają, iż takie wizyty bez zaproszenia to, delikatnie mówiąc, słaba akcja, choćby mimo pokrewieństwa. Gdyby to się zdarzało raz na kwartał, machnęłabym ręką, ale trzy razy w miesiącu?

Ja z mężem, Jankiem, nigdy tak się nie zachowujemy zawsze dzwonimy, pytamy, czy nie przeszkadzamy, więc może w ramach rewanżu powinniśmy kiedyś im tak wparować, by zrozumieli, co się czuje. Prosiłam Janka, żeby porozmawiał z rodziną, ale zawsze się wykręca No jak to powiedzieć, żeby się nie obrazili? Przecież to rodzina…. Może mu to choćby na rękę? Ostatecznie postanowiłam sama zebrać się na odwagę.

Najpierw zastrajkowałam w kuchni: żadnego gotowania w weekendy. Goście musieli zadowolić się resztkami pierogów z wtorku i sałatką jarzynową pamiętającą jeszcze Boże Narodzenie. Jak chciały dzieci coś ciepłego, to droga wolna kuchnia ogólnodostępna. Ja dumnie mogę choćby pościć.

Pewnego razu cała banda siedziała już przy stole, czekając na obiad jak na cud nad Wisłą. Rzucali mi spojrzenia jak pies na kiełbasę, ale ja tylko oznajmiłam, iż w lodówce pustki, można sobie zrobić jajecznicę lub przeżyć na herbacie. Zjedli więc po herbacie, poszli się obrazić w sypialni.

Z kolei przed ich wizytą przestałam pucować mieszkanie. Któregoś dnia Grażyna lamentuje, iż białe skarpetki Żanety robią się szare. Odpowiedziałam pogardliwie, iż trudno, miałam ciekawsze rzeczy do roboty niż pranie podłóg, ale mop i wiadro czekają w łazience, więc jeżeli nie pasi, droga wolna, niech łapie za sprzęt. Po tej uwadze nigdy już nie słyszałam narzekań.

Najważniejsze jednak, iż przestałam wywracać swój świat do góry nogami dla cudzych fanaberii. Kiedy rodzina zjeżdża, siedzę z nimi godzinę, po czym zmykam do swoich spraw Przepraszam, mam terminy i spotkania. Jak mąż chce niech zabawia gości do śniadania! Z kolei, gdy mam wolny dzień, demonstracyjnie zaczynam generalne porządki, żeby było pod górkę ze wspólną integracją.

Po którymś z takich weekendów Stefan spojrzał na Janka i mruknął: Wygląda na to, iż nasz czas się skończył?. O, jakie odkrywcze! Od tego momentu nasi kochani goście umawiają się na wizyty telefonicznie i rezygnują z noclegów wpadną na kawę i zaraz się ewakuują, a ja czuję, jakbym wygrała w totka dwieście złotych.

Ciekawe, czy Wy mieliście podobne rodzinne akcje i jak radziliście sobie z niezapowiedzianymi tabunami zjeżdżającymi na weekend?

Idź do oryginalnego materiału