**Miraż**
Przy kolacji ojciec co chwilę zerkał na syna z niezadowoleniem. Arek domyślił się, iż mama zdradziła jego plany – po maturze chce studiować na warszawskiej uczelni.
Ojciec gwałtownie odsunął pusty talerz i wpił wzrok w syna. *„Teraz będzie awantura”*, pomyślał Arek. Najchętniej zapadłby się pod ziemię albo stał się niewidzialny. Pod gniewnym spojrzeniem ojca kluski utknęły mu w gardle – ani przełknąć, ani wypluć.
Ratunek przyszł od mamy. Odwróciła uwagę ojca, postawiła przed nim kubek herbaty, przysunęła wazonik z ciasteczkami.
– Dzięki, mamo, jestem najedzony. Herbatę wypiję później – powiedział Arek, wstając od stołu.
– Siadaj! – warknął ojciec.
Arek wiedział, iż lepiej się nie sprzeciwiać, więc wrócił na miejsce.
– Muszę odrabiać lekcje… – zaczął.
– Zdążysz. Matka mówiła, iż do Warszawy się wybierasz. Co ci tu źle? Wychowaliśmy cię, myśleliśmy, iż na starość będziemy mieli pomoc, a ty uciekasz?
– Nie uciekam… – bąknął Arek.
– Gadaj mi tu. Co tam, miodem smarowane, w tej Warszawie?
– Tam są lepsze perspektywy. Chcę być architektem, a tu nie ma takiego kierunku – Arek też podniósł głos.
– Leszku, niech jedzie, nauczyciele go chwalą – uspokajająco powiedziała mama, kładąc dłoń na ramieniu ojca.
– Nie mamy pieniędzy na twoje studia. Tam wszystko płatne, a tu za darmo. Czujesz różnicę? – ojciec się rozpalał.
– Dostanę się na budżet – uparł się Arek. – I tak wyjadę.
– Leszku, uspokój się, nie jutro przecież wyjeżdża, jeszcze matury przed nim. Idź, synku, odrabiaj – mama skinęła głową w stronę drzwi. Arek nie dał się prosić dwa razy, natychmiast wyszedł z kuchni.
– Dość mu pobłażać! Wychowaliśmy sobie problem. Na starość nikt szklanki wody nie poda…
Arek zastygł przy drzwiach do swojego pokoju, słuchając, z dłonią na klamce.
– Uspokój się. Za wcześnie o starości. Warszawa blisko, tylko dwie i pół godziny pociągiem, będzie przyjeżdżał…
Ojciec coś mruknął niewyraźnie.
– Pij herbatę, bo wystygnie. Posłodzić? – spytała mama.
– Co ty, jak z dzieckiem… Sam… – zirytował się ojciec.
Burza minęła. Arek zamknął się w pokoju. Serce śpiewało mu w piersi. Koniec marca, jeszcze dwa miesiące nauki, matury, ale to nieważne. Ważne, iż pojedzie do Warszawy, czeka go interesujące życie, setki szans. Na pewno osiągnie wszystko…
Po balu maturalnym Arek z mamą pojechali do stolicy złożyć dokumenty. Ich kuzynka, nieatrakcyjna, samotna kobieta, przyjęła ich chłodno. Narzekała, iż wszyscy jadą do Warszawy, a tu miejsca brak…
– No cóż, niech mieszka. Będzie weselej. Tylko mam nadciśnienie, źle śpię. Nie przychodź późno, nikogo nie przyprowadzaj. Śniadanie zrobię, kolacją się podzielę, a w dzień radź sobie sam – wyjaśniała zasady kuzynka.
Mama tylko kiwała głową.
– A ile weźmiesz za stancję? – spytała ostrożnie, licząc, iż kuzynka zrezygnuje lub się obrazi. Jaka opłata między rodziną? Ale się przeliczyła.
– Sam rozumiesz, to Warszawa, nie wasze… – kuzynka skrzywiła się z niesmakiem. – Tu życie drogie. Więc, nie miej za złe… – i wymieniła sumę, która w ich miasteczku wydawała się astronomiczna.
Mama westchnęła, spojrzała na syna.
– Mamo, lepiej do akademika…
– Co ty, synku. Jaka tam nauka? Będziemy z ojcem przysyłać pieniądze, nie martw się. Tylko się ucz.
– Patrzcie, jaka dumna. Niedługo w Warszawie, a już grymasi. Tylko ojcu nie mów o pieniądzach. Ja z nim rozmówię – mama wzdychała w pociągu w drodze powrotnej.
Arek się dostał. Przyjechał do Warszawy kilka dni przed rozpoczęciem zajęć, by się rozeznać. Dojazd z peryferii na uczelnię z przesiadkami był męczący, ale to wciąż Warszawa!
Wychodził z domu o świcie i włóczył się po mieście do wieczora. Na Górze Gnojnej zaparło mu dech od widoku rozciągającej się panoramy stolicy. Obok zatrzymała się wycieczka, młoda, ładna przewodniczka coś im opowiadała.
Arek podszedł bliżej, by lepiej słyszeć. Przewodniczka zauważyła go, ale nic nie powiedziała. Gdy grupa odeszła, została, przeglądając coś w telefonie.
– Ciekawie pani opowiada – powiedział Arek.
Uśmiechnęła się i spytała, skąd przyjechał.
– Tak widać? – zmartwił się.
– Przyjezdnych widać po oczach – zachwyconych i zagubionych.
Arek opowiedział, iż przyjechał na studia, choć mieszka na obrzeżach, zupełnie nie to, co centrum. Czuł się, jakby w ogóle nie wyjeżdżał z rodzinnego miasteczka. W rozmowie nie zauważyli, kiedy zeszli z góry.
– Mieszkam tu – powiedziała nagle. – Zmęczyłeś się? Chodź, napijesz się herbaty. Mam trochę czasu. Potem muszę odebrać córkę z przedszkola – rozśmiała się, widząc jego zdziwioną minę.
Miała na imię Kinga. Była prawie dwa razy starsza od Arka. Nakarmiła go zupą, napoiła herbatą. Arek rozleniwił się, nie chciało mu się wychodzić.
– Mogę jeszcze wpaść? – spytał, wychodząc.
Kinga spojrzała na niego uważnie. Bez pobłażania, bez drwiny, po prostu uważnie.
– Wpadaj – powiedziała.
Arek wytrzymał dzień, a trzeciego przyszedł. Stał przed domem, nieśmiało. Nagle zobaczył Kingę z córką. Zaczął się tłumaczyć, iż tu przypadkiem, ale ona od razu zrozumiała. Gdy Arek bawił się z Zosią, Kinga gotowała kolację. Potem jedli razem. Dziewczynka nie chciała go puścić, kaprysiła, prosiła, by położył ją spać i poczytał książkę.
A potem… Wracać do kuzynki było już za późno.
– Zostań – powiedziała Kinga.
Został. Rodzicom mówił, iż wynajmuje mieszkanie z kolegą z roku. Ojciec płaci. Do kuzynki za daleko. Nie przysArek obudził się następnego dnia z dziwnym uczuciem, iż właśnie tam, w tym cichym mieszkaniu pełnym ciepła i książek, znalazł coś, czego przez całe życie szukał – prawdziwy dom.