Klucz do zegarka i trzydzieści osiem tysięcy
Zadzwoniła do mnie w środę o szóstej rano. Numer znałam — Halina z agencji, która od trzech lat podsyłała mi zlecenia na dekoracje sal. Zwykle dzwoniła po dziewiątej, jak człowiek. O szóstej rano telefon dzwoni tylko wtedy, gdy coś się sypie.
— Marta, ratuj. Wesele w sobotę, dekoratorka wylądowała w szpitalu, zapalenie wyrostka. Dwie sale, osiemdziesiąt osób. Wchodzisz?
Popatrzyłam na stertę kartonów z aksamitnymi poduszkami pod obrączki, które miałam zawieźć do Bydgoszczy. Popatrzyłam na wyciskarkę, z której teściowa zapomniała wyjąć resztek selera. Popatrzyłam w kalendarz — sobota, duży czerwony znak zapytania.
— Wchodzę.
Halina odetchnęła tak głośno, iż usłyszałam, jak z jej płuc wychodzi cały tydzień.
— Jesteś kochana. Dam ci namiary pana młodego, dogadacie szczegóły.
Dopiłam kawę w trzech łykach, wciągnęłam dżinsy i wyszłam z domu, zanim teściowa zdążyła zapytać, co z obiadem.
Nie znoszę słowa „ratuj” o szóstej rano. Ale jeszcze bardziej nie znoszę, jak ktoś mi mówi, iż rodzina jest ważniejsza niż praca, a potem wyciąga rękę po moją kartę do bankomatu.
Nazywam się Marta Wysocka, mam trzydzieści dwa lata i prowadzę pracownię dekoracji ślubnych w Toruniu. Nie mam męża — mam narzeczonego, Łukasza, z którym mieszkam u jego matki. I właśnie ta matka, pani Krystyna, od dwóch lat traktuje moją firmę jak swój osobisty fundusz reprezentacyjny.
Zaczęło się od chrzcin u jej kuzynki. „Marta, zrobisz taką girlandę z hortensji, przecież masz kontakty”. Potem była rocznica ślubu siostry Łukasza — czterdzieści osób, balonowe instalacje, fotograf. Potem imieniny sąsiadki, bo „pani Zosia tyle dla nas zrobiła”. Potem impreza firmowa jej koleżanki z biura, na którą pojechałam z własnym samochodem, własnym laminatorem i własną listą wydatków.
Za każdym razem ta sama formułka:
— Zapisz sobie, ile wyszło. Oddam co do grosika.
Za każdym razem to samo: nie oddała ani grosza.
Łukasz, gdy próbowałam z nim o tym rozmawiać, robił minę, którą znam na pamięć — taką, jakby go zęby bolały, ale nie mógł powiedzieć gdzie.
— Mama jest starsza. Przyzwyczaiła się, iż wszystko w domu chodzi tak, jak ona chce. Daj spokój, nie kłóćmy się o drobne.
Tyle iż to nie były drobne. Zeszłej jesieni, przy chrzcinach, wyliczałam: sześć tysięcy dwieście za personalizowane winietki. Dwa tysiące za świeże kwiaty. Osiemset za parking pod hurtownią. A to tylko jedno z ośmiu „przyjęć rodzinnych”, które zorganizowałam za darmo w ciągu dwóch lat.
— Marta, przecież to twoja rodzina — mówiła Krystyna z uśmiechem, który zawsze wyglądał jak przygotowany do zdjęcia. — Nie weźmiesz pieniędzy od matki swojego narzeczonego.
W czwartek rano miałam do obgadania z klientem szczegóły sobotniej dekoracji. Umówiliśmy się na dziesiątą w cukierni na starówce. Czekałam z laptopem, zamawiając drugie espresso, gdy zadzwonił telefon.
Krystyna.
— Marta, tylko nie panikuj. W piątek są imieniny cioci Haliny spod Inowrocławia. Zjedzie się może dwadzieścia osób. Wiem, iż masz tę sobotnią imprezę, ale w piątek zdążysz, prawda? Coś skromnego, stół, trochę dekoracji. Ty to rzuć okiem i po sprawie.
— Nie — powiedziałam.
Cisza po drugiej stronie trwała chwilę za długo.
— Jak to nie? — jej głos lekko się załamał.
— Nie mogę. W piątek mam montaż dekoracji na sobotnie wesele. Od ósmej rano do jakiejś dwudziestej drugiej. Nie zejdę z tej hali ani na chwilę.
— To przełóż — zaproponowała spokojnie, jakby mówiła o lekarzu.
— Nie przełożę. Klient zapłacił zaliczkę. To duży kontrakt.
— Zapłacisz mi za te dwa lata? — zapytałam. — Bo ja doliczyłam się trzydziestu ośmiu tysięcy. Dokładnie. Co do złotówki.
Usłyszałam, jak nabiera powietrze.
— Ty… ty mi chcesz wystawiać rachunek? Za rodzinę?
— Nie za rodzinę. Za usługi.
Rozłączyła się bez słowa.
W piątek o ósmej byłam już na sali. Montowałam łuki, układałam świece, przypinałam półprzezroczyste firany do ścianek. Telefon dzwonił co czterdzieści minut, potem przestałam patrzeć. Łukasz wysłał jedną wiadomość: „Mama płacze”. Nie odpisałam.
Wróciłam do domu po jedenastej wieczorem. W kuchni czekała na mnie zimna zupa, a obok para rozliczonych paragonów, które ktoś wyjął z mojej szuflady.
Krystyna siedziała przy stole w szlafroku, z tą swoją miną, którą zwykle rezerwowała na pogrzeby.
— Wiesz, ile dziś musiałam zapłacić za catering z restauracji? — zapytała. — Dwanaście tysięcy. Ludzie przyjechali, stół świecił pustkami. Musiałam dzwonić po jedzenie na wynos jakby to była jakaś okazja pod mostem, a nie imieniny cioci.
— A ja ci mówiłam, iż nie zdążę.
— Wstyd przed całą rodziną! Mówili, iż ty przecież robisz takie rzeczy, iż to twój zawód!
— To nie jest mój zawód, gdy ty o to prosisz. Wtedy to jest moja kradzież czasu.
Wstała, szarpnęła kołnierzem szlafroka.
— Przyniosłaś nam darmową pomoc przez lata! A teraz liczysz mi każdy grosz! Nikt ci nie kazał sporządzać tych faktur!
— Dwa lata. Trzydzieści osiem tysięcy. I dzisiejszy dzień, którego nie oddasz mi nigdy.
Ściany w tym mieszkaniu są cienkie. Za ścianą słyszałam, jak Łukasz udaje, iż śpi, chociaż co chwilę zmieniał pozycję.
Krystyna wyszła do przedpokoju i wróciła z małym pudełkiem obitym wytartym suknem. Otworzyła je i wyjęła stary zegarek na skórzanym pasku — męski, z pęknięta szybką, z grawerem na kopercie. Postawiła go na blacie obok listy paragonów.
— To zegarek ojca Łukasza. Jedyna rzecz po nim, którą trzymałam dla niego na później. Pieniędzy nie mam, Marto. Wydałam dziś ostatnie na ten catering, żeby nie było wstydu. Weź to. Sprzedaj, zastaw, rób co chcesz. Bardziej mi ciąży ten dług niż ten zegarek.
Patrzyłam na pękniętą szybkę, na cieniutki pasek wygięty od lat noszenia na czyimś nadgarstku. Nie ruszyłam pudełka.
— Nie chcę zegarka po twoim mężu, Krystyno. Chcę, żebyś zrozumiała różnicę między prośbą a poleceniem.
Zamknęła wieczko powoli, jakby dopiero teraz zauważyła, co trzyma w rękach.
— To co mam ci dać?
— Nic. Dzisiaj nic. Ale od jutra moja pracownia pracuje tylko dla tych, którzy płacą przynajmniej zaliczkę. choćby dla rodziny. Zwłaszcza dla rodziny.
Wyszła z kuchni z pudełkiem przyciśniętym do piersi, zostawiając otwartą szufladę.
Łukasz wyłonił się z sypialni dopiero koło pierwszej. Stanął w drzwiach z kubkiem herbaty, który trzymał przed sobą jak tarczę.
— Powinienem był coś zrobić wcześniej — powiedział cicho. — Mama potrafi…
— Potrafi — przyznałam. — Ale to już nie moja rola, żeby się przed nią tłumaczyć.
Zza okna słychać było tramwaj dojeżdżający do pętli na Rubinkowie.
— Wyprowadźmy się — powiedział. — Serio. Mamy odłożone trzydzieści tysięcy na wkład własny. Wynajmę coś dla nas. Nie musimy tu być.
— Jesteś pewny?
— Jestem. Bardziej niż kiedykolwiek.
Sobotnie wesele wyszło tak, iż goście robili zdjęcia każdej ścianie. Młoda para nie mogła się nachwalić, fotograf wszedł na krzesło, żeby uchwycić świetlny neon, a kierownik sali dał mi namiar do trzech kolejnych par. Wracałam do siebie, bo strasznie chciało mi się spać.
W niedzielę rano Łukasz zadzwonił do trzech biur nieruchomości przed śniadaniem. We wtorek podpisaliśmy umowę najmu mieszkania na Wrzosach, siedem minut od mojej pracowni. Pierwszy czynsz plus kaucja: trzy tysiące osiemset czterdzieści złotych. Zapłaciłam całość z góry.
Krystyna dowiedziała się w piątek, gdy zobaczyła kartony w przedpokoju.
— Wyjeżdżacie? — zapytała takim tonem, jakby miała przed sobą złodziei.
— Nie wyjeżdżamy — odpowiedziałam, wklejając taśmę do kolejnego kartonu. — Wyprowadzamy się.
— Łukasz nie zrobi mi tego. On jest moim synem!
— Jest. I właśnie dlatego powie ci wszystko sam.
Łukasz wszedł do przedpokoju z wieszakami narzuconymi na ramię. Popatrzył na mnie, potem na matkę.
— Mamo, my się po prostu wyprowadzamy do własnego mieszkania. Nikt niczego ci nie zabiera.
Krystyna stała w progu małego przedpokoju, między trzema kartonami i stertą starych rachunków. W dłoni wciąż trzymała pudełko z zegarkiem, jakby to była jedyna rzecz, której mogła się teraz przytrzymać.
Zeszliśmy po schodach. Wózek sąsiada przez cały czas stał pod barierką, a na drugim piętrze ktoś zostawił torbę z makulaturą. Pachniało gotowaną kapustą i środkiem do czyszczenia paneli — podwórko na starych Toruńczykach ma zawsze ten sam zapach o piątej po południu.
Wsiadłam do auta jako pierwsza.
— I co teraz? — zapytałam.
Łukasz przekręcił kluczyk w stacyjce, wycofał z parkingu i dopiero wtedy powiedział:
— A teraz do nas.
Dojechaliśmy na Wrzosy po ciemku. W mieszkaniu pachniało jeszcze farbą, a w kuchni stał tylko czajnik i nasze dwa kubki, które spakowałam na samym spodzie.
Rozstawiłam pudełka na blacie i wyjęłam z torby teczkę z fakturami — tymi samymi, które dwa lata temu przestałam dodawać, bo wstydziłam się prosić o pieniądze za coś, co robiłam z serca. Obok teczki położyłam czysty formularz umowy, jeden egzemplarz, długopis dokładnie pośrodku kartki.
Łukasz przyniósł dwa talerze i postawił je po obu stronach stołu.
— Zamawiamy coś na wieczór? — zapytał, sięgając po telefon.
Popatrzyłam na czysty formularz, potem na niego.
— Zamawiajmy. Ale rachunek dzielimy po równo. od dzisiaj zawsze po równo.
Uśmiechnął się kącikiem ust i zaczął przeglądać menu, a ja odsunęłam teczkę na sam brzeg blatu — tam, gdzie było dla niej miejsce, i gdzie mogła teraz zostać.













