Zaraz napiszę pełną historię po polsku z perspektywy drugiej strony konfliktu, w realiach polskich, z zupełnie nowymi bohaterami i miejscem akcji.

twojacena.pl 6 dni temu

Spadek po ciotce Zosi

Nazywam się Rafał Dudek, mam czterdzieści jeden lat i prowadzę serwis klimatyzacji w Radomiu. Piszę to, bo w rodzinie i tak już wszyscy usłyszeli wersję mojej szwagierki, więc niech ktoś usłyszy i moją.

Zaczęło się w lipcu, na działce pod Radomiem, którą zostawiła nam po sobie ciotka Zosia. Siedzieliśmy przy grillu — ja, żona Ania, jej siostra Kasia z mężem Tomkiem. Telewizor w kuchni leciał w tle, akurat nadawali jakiś teleturniej rodzinny, gdzie prowadzący co chwilę pytał uczestników o wspomnienia z dzieciństwa. Kasia zerknęła na ekran i powiedziała: „Patrz, oni tam wracają do przeszłości, wygrzebują stare historie. My też mamy takie do wygrzebania, co, Rafał?".

Wiedziałem, o co chodzi. Chodziło o działkę.

Ciotka Zosia zmarła w kwietniu, miała osiemdziesiąt trzy lata. Zostawiła po sobie domek letniskowy pod Radomiem, w Wolanowie, i pół hektara ziemi. W testamencie napisała jasno: dom i ziemia dla mnie, jako iż to ja przez ostatnie jedenaście lat woziłem ją do lekarza, kosiłem trawę, naprawiałem dach po każdej nawałnicy. Kasia dostała jej biżuterię i dziesięć tysięcy złotych z lokaty. Notariusz to wszystko spisał, papiery leżały w segregatorze na półce w naszym salonie.

Kasia uważała, iż to niesprawiedliwe. Że skoro to była też jej ciotka — a adekwatnie ciotka Ani, moja żona jest bratanicą Zosi, Kasia więc tylko przez małżeństwo się z tym wiązała — to powinna dostać połowę działki. Mówiła to na każdym spotkaniu rodzinnym od trzech miesięcy. Na Wielkanocy. Na komunii syna sąsiadów, na którą nikt jej zresztą nie zapraszał, a przyszła, bo wiedziała, iż tam będę. Teraz na grillu.

Z jej strony to wyglądało tak: ja się wprowadziłem do ciotki jak intruz, obłaskawiłem staruszkę, przy niej udawałem troskliwego, a naprawdę czekałem na spadek. Że robiłem to wszystko wyrachowanie. Że ciotka pod koniec już nie do końca wiedziała, co podpisuje.

Z mojej strony wyglądało to inaczej, i chyba dopiero teraz mam ochotę to komuś powiedzieć.

Mój ojciec zmarł, gdy miałem dwadzieścia trzy lata. Zosia była jego siostrą, jedyną, jaka mi została z tamtej strony rodziny. Nie miała własnych dzieci. Kiedy zaczęła słabnąć — to było gdzieś na przełomie 2015 i 2016 roku — dzwoniłem do niej co drugi dzień, bo bałem się, iż nikt inny nie zadzwoni. Woziłem ją na dializy do szpitala przy ulicy Aleksandrowicza, dwa razy w tygodniu, przez ostatnie trzy lata jej życia. Znałem tam każdą pielęgniarkę po imieniu. W poczekalni zawsze pachniało tym samym środkiem dezynfekującym zmieszanym z kawą z automatu, i do dziś, jak czuję ten zapach gdziekolwiek indziej, robi mi się nieswojo.

Kasia w tym czasie przyjeżdżała może raz na rok, na święta, z pudełkiem czekoladek z Biedronki i buzi w policzek. Nie mówię tego, żeby ją oczerniać. Mówię, żeby było jasne: to nie było tak, iż ja się wkupiłem w łaski w ostatnim tygodniu życia staruszki. To było jedenaście lat.

Na grillu Kasia postawiła sprawę wprost. Powiedziała, iż jeżeli nie oddam jej połowy wartości działki — a wyceniła to sobie na jakieś sto sześćdziesiąt tysięcy złotych, bo tyle podobno kosztują teraz działki w tamtej okolicy — to ona pójdzie do adwokata i będzie podważać testament. Że znajdzie lekarza, który potwierdzi, iż ciotka miała już wtedy początki demencji. Że zrobi z tego sprawę, iż będziemy się sądzić latami, i tak czy inaczej ja stracę więcej na prawnikach, niż gdybym po prostu jej zapłacił.

Tomek, jej mąż, siedział cicho i przekładał kiełbasę na grillu, nie odzywał się. Dopiero później, jak wyszedłem po piwo do lodówki w garażu, poszedł za mną i powiedział krótko: „Rafał, ja się w to nie mieszam, ale wiedz, iż ona już dzwoniła do jakiejś kancelarii w Radomiu. Nie żartuje".

To mnie uderzyło mocniej niż sama groźba. Bo zrozumiałem, iż to nie jest wybuch emocji przy grillu, tylko coś, co Kasia planowała od tygodni.

Ania, moja żona, długo milczała w tej sprawie. Rozumiałem ją — to jej siostra, nie chciała stawać jednoznacznie po żadnej stronie, choćby po to, żeby nie rozwalić rodziny do reszty. Ale tamtego wieczoru, gdy wróciliśmy do domu, usiadła przy stole w kuchni i powiedziała mi coś, czego się nie spodziewałem: „Zadzwoń do notariusza jutro rano. Chcę zobaczyć jeszcze raz to nagranie".

Bo była jedna rzecz, o której Kasia nie wiedziała, albo o której zapomniała. Ciotka Zosia, spisując testament u notariusza w kancelarii przy placu Konstytucji w Radomiu, poprosiła o coś nietypowego. Bała się dokładnie tego scenariusza, iż ktoś po jej śmierci będzie podważał jej zdolność do podejmowania decyzji. Zgodziła się więc, żeby notariusz — za jej zgodą i z jej inicjatywy — nagrał na dyktafon krótkie oświadczenie, w którym wyjaśnia, dlaczego dzieli majątek tak, a nie inaczej. To nie było wymagane prawem, ale notariusz, pan Kowalczyk, robił tak czasem dla starszych klientów, żeby uniknąć właśnie takich sporów rodzinnych po latach.

Następnego dnia pojechałem do kancelarii sam. Poczekalnia notariusza pachniała świeżo zaparzoną kawą i drukiem laserowym, na ścianie wisiał kalendarz z widokiem na radomski rynek. Pan Kowalczyk, mężczyzna po sześćdziesiątce w okularach w rogowej oprawie, odtworzył mi to nagranie na swoim komputerze. Głos ciotki, trochę zdyszany, ale całkowicie przytomny, tłumaczący spokojnie, dlaczego zapisuje dom mnie, a nie Kasi. Data nagrania: 14 marca 2024, dwa miesiące przed śmiercią. Pan Kowalczyk potwierdził na piśmie, iż w dniu podpisania testamentu przeprowadził z ciotką standardową rozmowę weryfikującą jej stan świadomości i nie miał żadnych wątpliwości.

Poprosiłem o kopię nagrania i pisemne zaświadczenie notarialne. Kosztowało mnie to sto osiemdziesiąt złotych opłaty kancelaryjnej za sporządzenie odpisu.

Kolejne spotkanie rodzinne zorganizowałem sam, w niedzielę, u nas w domu przy ulicy Chrobrego. Zaprosiłem Kasię i Tomka, powiedziałem, iż chcę porozmawiać spokojnie, bez krzyków. Ania zrobiła szarlotkę, stała parująca na stole obok papierów, które przywiozłem od notariusza — segregator, płyta z nagraniem, kartka z zaświadczeniem.

Kasia usiadła naprzeciwko mnie, założyła ręce na piersi, gotowa od razu wrócić do tematu adwokata i wyceny działki. Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, postawiłem na stole mały głośnik bluetooth i włączyłem nagranie.

Usłyszała głos ciotki. Zamilkła w połowie zdania.

Nagranie trwało cztery minuty. Ciotka mówiła w nim między innymi to: „Kasiu kocham, ale to Rafał był przy mnie, kiedy bolało. To jemu zostawiam dom, i chcę, żeby nikt po mojej śmierci nie robił z tego afery, bo ja to przemyślałam, jestem przy zdrowych zmysłach i to jest moja ostateczna wola".

Kiedy nagranie się skończyło, w kuchni było tylko brzęczenie lodówki. Kasia patrzyła na segregator, nie na mnie.

Powiedziałem jej wtedy, spokojnie, bez podnoszenia głosu, iż rozumiem jej żal, iż rozumiem, iż chciałaby więcej pamiątek po ciotce, i iż jestem gotów oddać jej jeszcze dwa albumy ze zdjęciami rodzinnymi, które ciotka trzymała na strychu, bo wiedziałem, iż to jej zależy. Ale iż jeżeli pójdzie do adwokata i spróbuje podważyć testament, to zaświadczenie notarialne i nagranie trafią do sądu jako pierwszy dowód, a wtedy sprawa nie potrwa latami, tylko skończy się na jednej rozprawie, i to ona zapłaci koszty sądowe za bezpodstawne powództwo.

Tomek pierwszy się odezwał. Powiedział do żony: „Kasia, dość". Bez podniesionego głosu, ale twardo.

Kasia wstała od stołu, wyszła na balkon, paliła papierosa, którego od trzech lat rzekomo nie paliła. Wróciła po dwudziestu minutach. Powiedziała tylko, iż chce te albumy, i iż więcej nie będzie do tego wracać.

Nie skłamała. Nie dzwoniła do adwokata. Widzieliśmy się na Boże Narodzenie, normalnie, bez awantur, choć rozmowa między nami jest teraz bardziej oficjalna niż kiedyś, jakby zostawiła po sobie cienką warstwę lodu, która nie znika.

Działka w Wolanowie stoi do dziś. W sierpniu koszę tam trawę tak samo jak wtedy, kiedy kosiłem ją dla ciotki. Czasem, jak jadę tamtą drogą, mijam szpital przy Aleksandrowicza i mimowolnie zwalniam, choć nie mam już tam po co jeździć. Segregator z papierami leży teraz nie na półce, tylko w szufladzie biurka, zamkniętej na klucz. Nie dlatego, iż się boję. Po prostu tak jest wygodniej.

Idź do oryginalnego materiału