Zamki poprzestawiane w biurze notariusza w Lublinie

polregion.pl 13 godzin temu

Dwanaście lat pracuję jako notariusz w Lublinie, przy ulicy Krakowskie Przedmieście. Mój kancelaryjny fotel pamięta więcej ludzkich dramatów niż niejeden sąd rejonowy. Ludzie myślą, iż notariusz tylko stawia pieczątki i liczy taryfę. Nieprawda. Notariusz widzi, jak drżą ręce przy podpisywaniu pełnomocnictwa, jak kobieta trzy razy poprawia datę, bo cyfry jej się rozjeżdżają, jak mężczyzna udaje, iż czyta umowę, a oczy ma szklane.

W zeszły wtorek, tuż przed zamknięciem, przyszła do mnie kobieta. Nie umówiona. Stała w progu, ściskając reklamówkę z Biedronki, z której wystawały dwa kartony mleka i siatka cebuli. Powiedziała, iż nazywa się Kinga Mazur, iż jest po pracy, iż bardzo przeprasza, iż bez wcześniejszego telefonu. Głos miała spokojny, ale w kąciku ust coś jej drgało, jakby cały dzień trzymała to w środku.

Wpuściłem ją, bo eleganckie panie umawiane na czwartek potrafią czekać tydzień, a ta tutaj wyglądała, jakby od mojej odpowiedzi miało zależeć coś ważniejszego niż pora kolacji.

Pani Kinga usiadła naprzeciwko mnie, nie zdjęła kurtki, postawiła torbę na podłodze obok krzesła. Zapytałem, w czym mogę pomóc. Otworzyła teczkę — starą, wytartą, niebieską, z urwanym zamkiem — i wyjęła odpis księgi wieczystej.

— Mam mieszkanie — powiedziała. — Po babci. Całe moje, od jedenastu lat, jeszcze przed jej śmiercią mi przepisała. Mąż nigdy nie był współwłaścicielem. Ale sąsiedzi znają go jako gospodarza. Bo tak było łatwiej. On lubi, jak ludzie myślą, iż to on tu rządzi, a ja się nie kłóciłam, bo po co. Zapłaciłam za tę wygodę więcej, niż myślałam.

Zapytałem, co się adekwatnie stało, bo do notariusza po zmroku, z zakupami w reklamówce, nie przychodzi się dla porządku w papierach.

W piątek wróciła do domu wcześniej. Niosła zakupy, te mleka i cebulę, i chleb od piekarza spod trójki. Drzwi wejściowe są w ich bloku takie, iż jak się za sobą nie dociągnie, to same zostają na milimetr otwarte, a w korytarzu słychać wszystko, co ludzie mówią w kuchni, bo ściany między przedpokojem a kuchnią robiła spółdzielnia w latach siedemdziesiątych i są cienkie jak opłatek.

Mąż stał w kuchni, plecami do przedpokoju, z telefonem przyciśniętym ramieniem do ucha. Mówił głośno, zadowolony, tym tonem faceta, który właśnie sprawdził, iż jego plan wypalił. Mówił do kolegi, iż ma już podpisaną przez nią pełnomocnictwo do jakiejś „sprawy w spółdzielni” — dał jej kartkę pod pretekstem zgody na wymianę okien w klatce, a ona podpisała, nie czytając do końca. Że wystarczy to zanieść do znajomego notariusza w Świdniku, który „nie będzie się czepiał drobiazgów”, i można załatwić sprzedaż udziału, jaki niby mu się należy z majątku wspólnego, bo przecież przez jedenaście lat remontował to mieszkanie z własnej pensji, płacił czynsz, więc adwokat mu powiedział, iż da się to rozegrać jako nakłady zwiększające wartość. A ona się nie zorientuje, bo jest „jak drewno”.

— Mówił dokładnie tak — powiedziała pani Kinga, patrząc na blat w mojej kancelarii, jakby leżał na nim rachunek, którego nie da się zapłacić. — Że jestem jak drewno. Bez charakteru. Że podpiszę, co mi się poda, byle się nie awanturował.

Wyjęła z teczki złożoną kartkę i podała mi. To było pełnomocnictwo — jej podpis, data sprzed trzech tygodni, treść ogólna, „do reprezentowania w sprawach związanych z nieruchomością przy…”, bez konkretów, jakie zwykle się przemyca, kiedy ktoś liczy, iż podpisujący nie doczyta.

— Nie wiedziałam, co podpisuję — powiedziała. — Powiedział, iż to do spółdzielni, w sprawie balkonów.

Obejrzałem dokument. Formalnie ważny, ale ogólnikowy tak, iż w rękach nieuczciwego notariusza czy pełnomocnika mógłby otworzyć drzwi do niejednej głupoty — nie do sprzedaży całego mieszkania, bo ono było wyłącznie jej, ale do sporów o nakłady, do przeciągania sprawy w sądzie, do miesięcy nerwów i kosztów prawnika, których większość ludzi się boi bardziej niż samej straty.

— To pełnomocnictwo trzeba odwołać. Dziś. Notarialnie, z zawiadomieniem do wiadomych instytucji — powiedziałem. — A potem porozmawiamy, co dalej z mieszkaniem, żeby pani mąż nie miał już żadnego punktu zaczepienia.

Pani Kinga zamrugała kilka razy, potem bardzo powoli położyła dłoń na niebieskiej teczce, jakby sprawdzała, czy coś w niej jeszcze zostało.

— Nie chcę z nim wojny w sądzie. Chcę, żeby to się skończyło.

Wstałem i zdjąłem z półki segregator z wzorami aktów. Położyłem przed nią, otworzyłem na zakładce.

— Odwołanie pełnomocnictwa załatwimy teraz, to pięć minut. A mieszkanie może pani przepisać na syna, z zachowaniem dożywotniego prawa do mieszkania. Do końca życia mieszka pani tam, gdzie mieszka, nikt pani stamtąd nie ruszy, a właścicielem formalnie zostaje syn. Wtedy choćby gdyby mąż próbował znowu czegoś takiego, nie będzie miał czego dotknąć — bo to już nie będzie pani majątek do kwestionowania nakładami, tylko majątek syna.

Spojrzała na mnie, a w kącikach ust przestało jej drgać.

— To można tak po prostu?

— Można. Jak pani babcia jedenaście lat temu. Ta sama ulica, to samo miasto. Tylko teraz to pani decyduje, co się dzieje z tym mieszkaniem.

Odwołanie pełnomocnictwa podpisała tego samego wieczoru, tuż przed zamknięciem kancelarii. Akt darowizny na syna — tydzień później, o ósmej rano, zanim ktokolwiek inny zdążył wejść do poczekalni. Ręce miała przy podpisie już zupełnie spokojne.

Mąż wpadł na trop przypadkiem, jak to zwykle bywa z ludźmi zbyt pewnymi siebie. Wracał z garażu, wstąpił po drodze do warzywniaka i spotkał sąsiadkę spod czwórki, która z uśmiechem wspomniała, iż słyszała, iż „to mieszkanie już przepisane na syna”. Zobaczył w jej twarzy coś, czego nie mógł znieść — iż wie coś, czego on nie wie.

Wpadł do domu, choćby nie zdjął butów. Krzyczał, iż go „oszukała”, iż jego pełnomocnictwo „i tak coś znaczy”, iż pójdzie do prawnika. Kinga odłożyła nóż, którym kroiła cebulę na zupę, na deskę i wyjęła z szuflady dwa dokumenty: akt darowizny i potwierdzenie odwołania pełnomocnictwa, ostemplowane, z datą sprzed jego wybuchu. Położyła je na stole, między obierkami cebuli a solniczką.

— Dwadzieścia cztery metry czterdzieści siedem — powiedziała. — Teraz syna. Pełnomocnictwo, które ci dałam, nie istnieje od tygodnia. Idź do tego swojego prawnika, niech ci to wytłumaczy, bo mnie się nie chce drugi raz.

Mąż wziął papiery do ręki, ale nie przeczytał. Stał tak, jakby trzymał czyjś wyrok, tylko nie mógł zgadnąć czyj.

Zamki w drzwiach wymieniła w środę po pracy, sama, bez zapowiedzi — zadzwoniła do mnie tylko, żeby zapytać, czy do wniosku o opomiarowanie liczników na syna potrzebne pozostało jakieś zaświadczenie z administracji. Powiedziałem, iż wystarczy to, co ma. Zapytała jeszcze, czy dobrze zrobiła z tymi zamkami tak szybko.

— Dobrze pani zrobiła — powiedziałem. — Tylko niech pani pamięta, żeby zostawić zapasowy komplet kluczy komuś, komu pani ufa. Na wszelki wypadek.

Roześmiała się cicho, pierwszy raz odkąd ją poznałem, i powiedziała, iż już zostawiła — synowi.

Idź do oryginalnego materiału