Wracając do domu wcześniej niż zwykle, Zofia usłyszała głosy dobiegające z kuchni. Jej serce na moment zamarło.
Tego dnia w przychodni odwołano przyjęcia, lekarz się rozchorował. Miała rzadko spotykaną przez siebie okazję wolny wieczór, czas na porządny, domowy obiad zamiast sięgać po gotowce, jak zwykle.
Cicho przekręciła klucz w zamku. Nie chciała budzić Andrzeja, bo może drzemał po pracy. Okazało się jednak, iż nie spał.
Z kuchni dobiegały rozmowy:
Dłużej już nie mogę, Leno. Przecież ja co weekend muszę coś przed nią ukrywać Andrzej mówił zrezygnowanym tonem.
A co chcesz zrobić? Powiedzieć wszystko? głos siostry, Leny, miał w sobie nutę napięcia. Kiedy ona przyszła?
Zofia przystanęła w uchylonych drzwiach. Coś ścisnęło jej wnętrzności.
Gdyby Zosia się dowiedziała, wszystko się zawali. Trzydzieści lat małżeństwa kontynuował Andrzej.
Musisz w końcu podjąć decyzję Lena mówiła stanowczo. Czy będziesz jeździć do niej w każdą sobotę?
Do niej?!
Jak mam ją zostawić? Przecież jest całkiem sama. Nie ma nikogo poza mną.
A żonę masz czy nie masz?
Zofia zacisnęła dłoń na framudze. Serce biło tak mocno, iż miała wrażenie, iż cały dom zaraz się rozpadnie.
Więc żadna to wiosenna wędrówka za płot, żadna wyprawa z kolegą na Mazury.
Ktoś inny czeka na jej męża w każdą sobotę.
Wiesz, Lena o ile teraz powiem wszystko, znienawidzi mnie. Za kłamstwo. A jeżeli nie powiem Andrzej głęboko westchnął. Cierpię na tym.
Cierpi! Lena prychnęła. Gdzie była ta twoja cierpliwość całe lata?
Wtedy było łatwiej. Teraz ona naprawdę kiepsko się czuje.
Słuchaj, może czas powiedzieć Zofii prawdę?
Zwariowałaś? Andrzej przestraszony. Przecież ona mnie zabije. Albo gorzej wyrzuci z domu. Gdzie pójdę w tym wieku?
Zofia odsunęła się od drzwi jak oparzona.
Trzydzieści lat przygotowywała mu schabowe na „wyjazd na ryby”. Prasowała koszule, pucowała kalosze. Martwiła się, gdy długo nie wracał.
A on do innej
I Lena wiedziała. Rodzona siostra! A ona nic.
Boże, jaka była ślepa.
Dobra, muszę już iść powiedziała Lena. Pomyśl, ile jeszcze tak można? Prędzej czy później to wypłynie.
Wiem wymamrotał Andrzej.
Zofia usłyszała kroki, więc gwałtownie skryła się w łazience.
Potrzebowała czasu.
Czasu, by wytrwać w tej prawdzie. By zdecydować, co dalej. By zrozumieć, czy w ogóle warto jeszcze żyć po tym.
Patrzyła na swoje odbicie. Czy to ona? Zofia Piotrowska, wzorowa żona?
Chyba bardziej wzorowa naiwna.
Wyszła do kuchni z twarzą bez wyrazu. Andrzej siedział nad „Gazetą Wyborczą”, taki codzienny, swojski.
Zosiu! ucieszył się sztucznie. Wcześnie dziś.
Przyjęcie odwołali.
Lena była. Pozdrawia.
Kłamca. Pozdrowienie to najmniejsze z jej przekazów.
Jeść chcesz? spytała tonem bez emocji.
Pewnie! Co ugotujesz?
Schabowe. Jak zawsze.
Minął tydzień męczarni. Zofia obserwowała każdy ruch męża. Każdą minę, gest, słowo. I wszędzie widziała fałsz. Sposób, w jaki chował telefon. Nerwy w piątek. Pakowanie „wędkarskiego sprzętu.
W sobotni poranek nie wytrzymała.
Andrzej, może pojedziemy razem na ryby? zapytała przymilnie.
Spłowiał.
Po co? Nudziłoby ci się tam.
Chcę spróbować, kto wie może spodoba mi się.
Nie, nie, nie machnął ręką. Zimno, komary. Lepiej zostań w domu.
I pojechał. Z winą na twarzy.
Zofia została sama z myślami, które ją rozrywały od środka jak robaki.
W poniedziałek zdobyła się na rozmowę z Leną.
Lenka, musimy pogadać.
O czym? siostra od razu spięta.
Sercem. Dawno się nie widziałyśmy.
Spotkały się w kawiarni, na neutralnym gruncie. Lena cała roztrzęsiona, obracała pierścionek na palcu.
Co u ciebie? zaczęła Zofia ostrożnie.
Dobrze. U was?
Też w porządku. Andrzej bardzo w ryby się wkręcił.
Siostra zakrztusiła się kawą.
Tak? Często jeździ?
Każdą sobotę. Jak w amoku.
No tak, faceci mają swoje hobby zmamrotała Lena.
A wiesz konkretnie, gdzie łowi?
Ja? Skąd mam wiedzieć?
Oczy biegały. Kłamstwo.
Może pojadę z nim kiedyś, zobaczę co to za atrakcje.
Zofia, po co ci to? nagle Lena ściszyła głos. Odpuść mu. Każdy musi mieć swój mikroskopijny świat.
Swój świat! Czyli zdradę?
Lena Zofia pochyliła się do siostry Ty coś wiesz?
Nic nie wiem! odcięła Lena. I nie chcę wiedzieć. Tobie też radzę nie wtykać nosa.
Wstała i zostawiła Zofię z gorzką pewnością. Siostra kryje Andrzeja.
W domu Zofia rozpoczęła własne śledztwo. Przekopała kieszenie Andrzeja, przeszperała portfel, obejrzała samochód.
Znalazła.
W schowku rachunki. Regularne, co miesiąc. Piętnaście tysięcy złotych.
Prywatny pensjonat „Nadzieja”. Miasto Świnoujście.
Pensjonat?!
Nie domek letniskowy, nie ośrodek wędkarski, tylko pensjonat.
Siedziała z tym rachunkiem w dłoni i czuła, jak jej świat pęka na kawałki. Pensjonat dla schorowanych ludzi. Potrzebujących opieki.
A więc Andrzej kogoś utrzymuje. Kogoś chorego. Kogoś, kogo odwiedza co sobotę.
Żona? Kochanka?
Nie zmrużyła oka całą noc. Przewracała możliwości w głowie. Każda gorsza od poprzedniej.
Rano podjęła decyzję.
Pojedzie tam. Do Świnoujścia. Sama zobaczy, co ukrywa przed nią mąż.
Wzięła wolne w pracy. Powiedziała, iż idzie do lekarza.
Droga zajęła trzy godziny. Trzy godziny nakręcania się i wyobrażania najgorszego.
Pensjonat okazał się nieduży, przytulny. Nad drzwiami tabliczka: „Dla osób z niepełnosprawnościami”.
Serce ścisnęło się mocniej.
Do kogo pani? zagadnęła pielęgniarka z recepcji.
Chciałam spytać, czy przebywa tu ktoś od Andrzeja Piotrowskiego?
Jest pani krewną?
Żoną.
Pielęgniarka przejrzała księgę.
Natalia Piotrowska, pokój dwanaście. Proszę wejść.
Piotrowska!
Nosi jego nazwisko!
Zofia stała pod drzwiami pokoju numer dwanaście i nie mogła się zmusić, żeby wejść. Za tą drzwiami była prawda, której się bała, a której jednocześnie szukała.
Natalia Piotrowska.
Nosi nazwisko jej męża.
Zadrżała, gdy nacisnęła na klamkę.
Mogę wejść?
W pokoju było jasno, pachniało lekarstwami i kwiatami. Przy oknie w wózku siedziała młoda kobieta, około trzydziestu pięciu lat, drobna, ciemnowłosa.
I bardzo podobna do Andrzeja.
Do mnie pani? zdziwiła się dziewczyna, głos miała słaby.
Tak. Jestem Zofia. Pani Natalia?
Tak. Znamy się?
Znamy? Jak odpowiedzieć?
Jestem żoną Andrzeja Piotrowskiego.
Twarz Natalii spłowiała, oczy się rozszerzyły.
O matko… wyszeptała. Pani już wszystko wie?
Teraz wiem. Zofia podeszła bliżej. Proszę mi opowiedzieć.
Nie mogę. Tata prosił, żebym nikomu nie mówiła.
Tata.
Zofia poczuła, jak drętwieją jej nogi. Usiadła obok na taburecie.
Pan Andrzej jest pani ojcem?
Tak Natalia rozpłakała się. Przepraszam. On mówił, iż pani bardzo cierpi, bo nie mogliście mieć dzieci, i iż gdyby pani się dowiedziała, to załamałaby się pani.
Ile pani ma lat?
Trzydzieści cztery.
Trzydzieści cztery! Czyli urodziła się rok przed ich ślubem. Gdy Andrzej był z kimś innym.
A pani mama?
Mama zmarła dwa lata temu. Na raka. Natalia ścierała łzy. Tata pomagał nam przez cały czas. Przysyłał pieniądze, przyjeżdżał. Gdy mama umarła, przeniósł mnie tutaj. Mam MPD, nie mogę żyć samodzielnie.
Zofia milczała, próbując ułożyć to wszystko w głowie.
Jej mąż ma córkę. Chorą córkę, którą utrzymuje. O której nie wiedziała przez trzy dekady.
Jest dobry. Natalia mówiła łamiącym się głosem. Przyjeżdża co sobotę. Przywozi jedzenie, lekarstwa. Opowiada o pani. Mówi, iż jest pani cudowna.
Opowiada o mnie?
Tak. Mówi, iż bardzo panią kocha. Ciągle powtarza: „Moja Zosia, moja Zosia”. Mówi, iż jest pani najlepszą żoną na świecie.
Zofia zadrwiła gorzkim śmiechem.
Najlepsza żona, którą okłamywał trzydzieści lat.
Nie okłamywał! wzburzyła się Natalia. Po prostu się bał! Bał się, iż pani go zostawi, gdy się pani dowie. Bo jestem chora. Balast.
Nie jest pani balastem.
Dla wielu jestem. Mama powtarzała: „Lepiej byłoby, gdybyś się nie urodziła”. Ale tata nigdy tak nie powiedział. Zawsze powtarzał, iż jest odpowiedzialny.
Do pokoju weszła pielęgniarka.
Natalko, gość masz! Ale dobrze! potem zerknęła na twarz dziewczyny. Coś się wydarzyło?
Wszystko w porządku, pani Lucyno. To ciocia Zosia.
Ciocia Zosia.
O, w końcu się spotkałyście! Andrzej tyle o pani opowiadał! Mówił, iż jest pani bardzo dobra i wyrozumiała.
Dobra i wyrozumiała! A ona tu urządzała detektywistyczne śledztwo.
Pielęgniarka wyszła, zostały same.
Opowie mi pani o mamie? poprosiła Zofia.
Mama była śliczna. Tata się z nią spotykał, póki nie poznał pani. Gdy dowiedziała się, iż jestem chora, powiedziała, iż nie chce rodziny z niepełną osobą. Że powinien być z panią. Z Tobą.
I odszedł?
Chciał zostać. Chciał się ożenić z mamą. Ale ona nie pozwoliła. Powiedziała: jeżeli kochasz inną, idź do niej.
Potem?
Wziął ślub z panią, ale nas nie zostawił. Pomagał. Gdy dorosłam, zaczął odwiedzać. Mama dała warunek: pani nie może się dowiedzieć. Bała się, iż państwa rodzina się rozpadnie.
Zofia siedziała w zadumie. Przez lata zazdrościła kobietom dzieci, płakała po kolejnych nieudanych próbach in vitro. A jej mąż miał córkę. Zawsze.
Dlaczego mi nie powiedział?
Bał się. Mówił, iż pani marzyła o dziecku, a jeżeli dowie się, iż on już ma, i do tego chore, znienawidzi go.
Za co?
Za kłamstwa. Za to, iż pieniądze dawał mnie, a nie na wasze dzieci. Za czas, który poświęcał.
Natalia umilkła, po chwili dodała cicho:
Bardzo się męczy. Zawsze pyta: „Jak powiedzieć Zosi? Może zrozumie?”
W korytarzu słychać było kroki. Wolne, ciężkie.
Andrzej.
O nie szepnęła Natalia. Tata nie wie, iż tu pani jest!
Kroki zbliżały się.
Cześć córeczko! rozległ się głos męża za drzwiami.
Zofia odwróciła się.
W progu stał Andrzej z bukietem i wielką torbą. Gdy zobaczył żonę, torba spadła mu z rąk.
Zosia? szepnął. Skąd ty?
Przyjechałam poznać córkę rzuciła spokojnie.
Andrzej zbladł, oparł się o futrynę.
Jak się dowiedziałaś?
Więcej konspiracji, Andrzej odpowiedziała.
Wszedł, zamknął drzwi. Usiadł ciężko.
No dobrze. Więc już wiesz.
Już wiem.
Nienawidzisz mnie?
Zofia spojrzała na niego, potem na Natalię.
Jeszcze nie wiem. Próbuję zrozumieć.
Co tu rozumieć? Kłamałem trzydzieści lat. Udawałem głupka wędkarza, wydawałem pieniądze.
Tato, przestań! przerwała Natalia. Ciociu Zosiu, on jest dobrym człowiekiem! Bał się!
Zofia podeszła do okna.
Za nim zwykły podwórko drzewa, ławki, ścieżki. Zwyczajne życie, a jej świat rozpada się na kawałki i układa na nowo.
Muszę to przemyśleć powiedziała.
Trzy dni nie rozmawiała z Andrzejem. choćby nie patrzyła w jego stronę. On chodził jak zjawa, próbował rozmawiać, a ona milczała, gotowała, sprzątała, jakby go nie było.
Cały czas myślała.
O tym, iż przez trzydzieści lat żyła w nieświadomości. O swojej pasierbicy. O tym, jak mąż bał się prawdy bardziej niż kłamstwa.
W środę wieczorem nie wytrzymała.
Usiądź powiedziała. Musimy pogadać.
Usiadł naprzeciw. Czekał na wyrok.
Pojechałam do Natalii kolejny raz. Rozmawiałyśmy długo.
I?
I doszłam do czegoś. Jesteś głupcem, Andrzej.
Zadrżał.
Głupcem, bo myślałeś, iż odwrócę się od chorego dziecka. Przez trzydzieści lat gryzłeś się z tym sam.
Zosiu
Milcz. Jeszcze nie skończyłam. Wstała, przechadzała się po kuchni. Myślałeś, iż jestem taką suką, iż odrzucę cię z powodu chorej córki. Że jestem aż tak mała
Nie! Po prostu bałem się, iż cię stracę!
I prawie straciłeś na zawsze.
Andrzej spuścił głowę.
Przepraszam. Proszę o wybaczenie. Ale przepraszam.
Wstań.
Wstał.
Jutro jedziemy do Natalii. Razem. Chcę porozmawiać z lekarzami, czy da się ją przenieść do nas.
Andrzej mrugnął.
Co?
Słyszałeś. jeżeli to moja córka a jest teraz moją córką powinna mieć rodzinę blisko.
Ale ona jest chora, potrzebuje opieki.
Znajdziemy opiekunkę. Urządzimy pokój. Damy radę. Zofia ujęła go za ręce. Wiesz czego przez trzydzieści lat najbardziej chciałam?
Dziecka.
Rodziny. Prawdziwej rodziny. Teraz mam. Głupiego męża, wyjątkową córkę rodzinę.
Andrzej zapłakał. Zofia nie widziała nigdy jego łez.
Naprawdę? Przyjmiesz ją?
Już przyjęłam. Wczoraj kupiłam jej śliczną piżamę i nowy szampon. Jutro zawieziemy.
Przytulił ją najserdeczniej, jak umiał.
Nie zasługuję na ciebie.
Nie zasługujesz, przyznała Zofia. Ale musisz to znieść. Tylko jedno: żadnego więcej kłamstwa. Nigdy.
Obiecuję.
Jeszcze jedno. Chcę, żeby Natalia mówiła na mnie mama. Skoro jestem mamą, to na całego.
Miesiąc później Natalia zamieszkała z nimi. Zajęła dawną składzik nieduży, ale jasny pokoik. Zofia sama wybierała tapety, firanki, narzutę.
Mamo powiedziała wieczorem Natalia Możesz mnie przyjąć taką? Ja jestem ciężarem
Powtórz to raz jeszcze, a wyleję ci na głowę rosół, zażartowała Zofia. Nie jesteś ciężarem. Jesteś moją córką. I kropka.
A wieczorem, gdy Natalia spała, Zofia i Andrzej siedzieli w kuchni przy herbacie.
Wiesz zaczęła Zofia Życie dopiero się zaczyna.
Po sześćdziesiątce?
Właśnie. W końcu jesteśmy rodziną. Nie cichymi domownikami znudzonymi sobą. Rodzicami. Mamy córkę, którą trzeba postawić na nogi.
Andrzej pokiwał głową.
Dziękuję ci.
Nie dziękuj. Po prostu nigdy więcej nie bój się mi powiedzieć prawdy.
Nie będę.
A z pokoju Natalii słychać było delikatny śmiech. Śmiała się do komedii na tablecie.
I to był najpiękniejszy dźwięk świata.













