A ty nie musisz siadać do stołu. Ty masz nam podawać! oznajmiła teściowa.
Stałam przy kuchence w ciszy porannej kuchni w pogniecionej piżamie, z niedbale związaną kitką. Pachniało grzankami i mocną kawą.
Na taborecie przy stole siedziała moja 7-letnia córka, Milenka, z nosem w zeszycie, rysowała pisakiem kolorowe zawijasy.
Znowu robisz te swoje dietetyczne grzanki? dobiegło zza pleców.
Podskoczyłam.
W drzwiach stała teściowa kobieta o kamiennej twarzy i głosie nieznoszącym sprzeciwu. Miała na sobie szlafrok, włosy spięte w kok, usta zaciśnięte.
Ja, swoją drogą, wczoraj na obiad zjadłam, co było! ciągnęła, trzaskając ściereczką o blat stołu. Bez zupy, bez normalnego jedzenia. Umiesz zrobić jajka? Tak po ludzku, a nie te twoje nowoczesne wynalazki!
Wyłączyłam kuchenkę i otworzyłam lodówkę.
W środku aż mi się zakręciła spirala złości, ale przełknęłam ją. Nie przy dziecku. I nie na terytorium, na którym każdy centymetr powtarzał: Jesteś tu tymczasowo.
Zaraz będą powiedziałam z trudem i odwróciłam się, żeby nie widziała, jak mi drży głos.
Milenka nie odrywała wzroku od pisaków, ale kątem oka obserwowała babcię cicho, niepewnie, czujnie.
Zamieszkamy u mojej mamy
Kiedy mąż, Michał, zaproponował, żebyśmy się wprowadzili do jego mamy, brzmiało to choćby rozsądnie.
Pomieszkamy u niej tylko chwilę. Najwyżej dwa miesiące. I tak blisko pracy, niedługo bank zaakceptuje kredyt. Mama nie ma nic przeciwko.
Zawahałam się. Nie dlatego, iż byłam skonfliktowana z teściową. Nie. Byłyśmy dla siebie uprzejme. Tylko dobrze wiedziałam jedno:
dwie dorosłe kobiety w jednej kuchni pole minowe.
A teściowa była osobą z maniakalną potrzebą porządku, kontroli i moralnych ocen.
Ale wyboru nie było.
Stare mieszkanie sprzedaliśmy błyskawicznie, a nowe dopiero się robiło. Tak zamieszkaliśmy we trójkę w dwupokojowym mieszkaniu teściowej.
Tylko na chwilę.
Kontrola stała się codziennością
Pierwsze kilka dni przebiegły spokojnie. Teściowa była bardzo miła, postawiła dodatkowe krzesełko dla dziecka i poczęstowała nas szarlotką.
Ale już trzeciego dnia zaczęły się zasady.
W moim domu jest porządek ogłosiła przy śniadaniu. Wstajemy o ósmej. Buty tylko na stojaku. Produkty konsultować. Telewizor cicho, bo jestem wrażliwa na hałas.
Michał machnął ręką i uśmiechnął się:
Mamo, to tylko chwilowe, damy radę.
Pokiwałam głową w milczeniu.
Tylko iż damy radę zaczęło brzmieć jak wyrok.
Zaczęłam znikać
Minął tydzień. Potem kolejny.
Reżim robił się coraz surowszy.
Teściowa sprzątnęła rysunki Milenki ze stołu:
Przeszkadzają.
Kratkę, którą położyłam na stole, wyrzuciła do szafy:
Niepraktyczna.
Moje płatki kukurydziane zniknęły z półki:
Za długo tu stały, pewnie zepsute.
Szampony przeniosła do innej łazienki:
Żeby mi się nie plątały.
Czułam się nie jak gość, a jak ktoś bez głosu, bez prawa do zdania.
Moje jedzenie nie takie.
Moje zwyczaje zbędne.
Moje dziecko za głośne.
A Michał powtarzał jedno:
Wytrzymaj. To mieszkanie mamy. Ona zawsze taka była.
A ja z każdym dniem traciłam siebie.
Coraz mniej było we mnie tej spokojnej i pewnej siebie kobiety.
Zostało tylko niekończące się dostosowywanie i wytrzymywanie.
Życie według zasad, które nie są moje
Każdego ranka wstawałam o szóstej, żeby pierwsza wejść do łazienki, żeby ugotować owsiankę, przygotować dziecko i nie wpaść pod ostrzał teściowej.
Wieczorem robiłam dwa obiady.
Jeden dla nas.
I drugi, jak trzeba, dla niej.
Bez cebuli.
Potem z cebulą.
Potem tylko w jej garnku.
Potem tylko na jej patelni.
Ja nie chcę wiele mówiła z wyrzutem. Po prostu normalnie. Jak trzeba.
Dzień, w którym upokorzenie stało się publiczne
Pewnego ranka zdążyłam tylko umyć twarz i włączyć czajnik, gdy teściowa weszła do kuchni, jakby to było najnormalniejsze na świecie.
Dziewczyny z koła emerytek przychodzą dziś do mnie. O drugiej. Jesteś w domu, więc masz przygotować stół. Ogórki, sałatka, coś do herbaty ot, tak.
Ot, tak u niej to stół na miarę imienin.
A nie wiedziałam. Zakupy
Zrobisz. Napisałam ci listę. Nic trudnego.
Ubieram się i lecę do sklepu.
Kupuję wszystko:
kurczaka, ziemniaki, koper, jabłka do szarlotki, ciasteczka
Wracam i gotuję bez przerwy.
Na drugą wszystko było gotowe:
stół nakryty, kurczak upieczony, sałatka świeża, szarlotka złocista.
Przyszły trzy emerytki ułożone, z fryzurkami, pachnące dawnymi perfumami.
I od pierwszej chwili widzę nie jestem jedną z pań.
Jestem obsługą.
Chodź, chodź usiądź z nami uśmiechnęła się teściowa. Będziesz nam podawać.
Podawać? powtórzyłam.
Co za problem? My już wiekowe. Tobie będzie łatwo.
I znowu:
z tacą, z łyżkami, z chlebem.
Podasz herbatkę?
Dasz cukier?
Sałatka się skończyła.
Kurczak trochę suchy zrzędziła jedna.
Szarlotkę przesuszyłaś dorzuciła druga.
Zaciskałam zęby. Uśmiechałam się. Zbierałam talerze, nalewałam herbatę.
Nikt nie zapytał, czy chcę usiąść.
Albo choć na chwilę odetchnąć.
Ale dobrze, iż jest młoda gospodyni! rzuciła teściowa z udawaną serdecznością. Wszystko się na niej opiera!
I wtedy coś we mnie pękło.
Wieczorem powiedziałam prawdę
Gdy goście wyszli, pozmywałam wszystkie naczynia, pochowałam resztki, wyprałam obrus.
Usiadłam na brzegu kanapy z pustą szklanką w ręku.
Na dworze robiło się ciemno.
Milenka spała skulona jak kotek.
Michał z telefonem w dłoni.
Słuchaj powiedziałam cicho, ale stanowczo. Ja tak już nie mogę.
Spojrzał na mnie zdziwiony.
My tu żyjemy jak obcy. Ja tu tylko wszystkim usługuję. A ty widzisz to w ogóle?
Nie odpowiedział.
To nie jest dom. Tu tylko się ciągle dostosowuję i milczę. A jestem tu z dzieckiem. Nie chcę wytrzymać kolejnych miesięcy. Mam dosyć bycia wygodną i niewidzialną.
Kiwnął powoli.
Zrozumiałem Wybacz, iż wcześniej nie widziałem. Będziemy szukać mieszkania. Wynajmiemy cokolwiek byle to było nasze.
I zaczęliśmy szukać jeszcze tej samej nocy.
Nasz dom choćby malutki
Mieszkanie było drobne. Właściciel zostawił stare meble. Linoleum skrzypiało.
Ale gdy przekroczyłam próg poczułam ulgę. Jakby odzyskała głos.
No, jesteśmy westchnął Michał, odstawiając torby.
Teściowa nie powiedziała ani słowa. choćby nie próbowała nas zatrzymać.
Nie wiem, czy się obraziła, czy po prostu zrozumiała, iż przesadziła.
Minął tydzień.
Poranki zaczęły się od muzyki.
Milenka rysowała na podłodze.
Michał robił kawę.
A ja patrzyłam na to i się uśmiechałam.
Bez stresu.
Bez pośpiechu.
Bez wytrzymaj.
Dziękuję ci powiedział Michał pewnego ranka, tuląc mnie. Za to, iż nie przemilczałaś.
Spojrzałam mu w oczy:
Dziękuję, iż mnie usłyszałeś.
Teraz nasze życie nie było idealne.
Ale to był nasz dom.
Nasze zasady.
Nasz hałas.
Nasze życie.
I to była prawda.
A ty jak uważasz: gdybyś była na miejscu tej kobiety, wytrzymałabyś na chwilę, czy wyniosłabyś się już w pierwszym tygodniu?













