Obiecuję kochać twojego syna jak własnego. Spoczywaj w pokoju…

newsempire24.com 1 godzina temu

Obiecuję kochać twego syna jak własnego. Niech spoczywa w pokoju

Roman był człowiekiem, któremu zdawało się, iż nic go nie opuszcza. Samodzielne mieszkanie w Warszawie, stabilna praca przy banku, lśniący samochód czerwony Audi kolacja w restauracji Stary Ratusz, modny garnitur. Wszystko miał zapakowane w elegancki papier. Brakowało jednak miłości. Nieco ponad rok temu rozwiódł się z żoną, z którą spędził siedem lat. Pewnego pochmurnego wieczoru ona rzekła: Chcę żyć tylko dla siebie, bez dzieci i domowych obowiązków. Była zbyt piękna, by wpasować się w zwykłe małżeńskie życie, a on zbyt prosty i prymitywny. Roman zawsze był prawy cenił uczciwość i porządek. Rodzice byli z niego dumni, choć mieszkali daleko, w Krakowie, więc rzadko się odwiedzali.

Po pracy, nieco wcześniej niż zwykle, wsiadł do samochodu, by wrócić do domu, wziąć szybki prysznic i potem pojechać na kolację do restauracji. Nie miał ochoty gotować. Nagle wpadła mu do głowy myśl: A może złamać zasady, wjechać po kebaba i colę, i spędzić niewłaściwy wieczór?. Gdy podjeżdżał pod mały kiosk, dostrzegł z daleka małego chłopca lat pięciu, sześciu siedzącego na murku, który rozcierał łzy po policzkach. Serce Romana ściśnęło się z bólu. Wysiadł, podszedł i usiadł przy nim na kolanach.

Ktoś cię tak zostawił? Co tu robisz? Gdzie są twoi rodzice? zapytał.

Nazywam się Jaś Lewandowski. Jestem głodny, a nie mam pieniędzy. Mama wzięła mnie do szpitala i już mnie nie ma. Boję się. wymamrotał chłopiec.

A co z twoim ojcem, Jasiu?

Nie wiem, mama mówiła, iż odjechał, kiedy się urodziłem.

Ile dni już tu błąkasz się na ulicy?

Dwa. Mam klucze, ale nie mogę wejść do domu. Śpię w klatce schodowej, jest zimno i głodny.

Dobrze, kupimy coś i pójdziemy do twojego mieszkania. Pokażesz mi, gdzie mieszkasz?

Tak, znam każdy zakamarek, mama mnie nauczyła.

Roman zamówił różne przekąski, wziął Jaśka za rękę i pojechał w jego stronę. Drzwi w mieszkaniu były wysokie, a chłopiec nie mógł ich otworzyć. Gdy weszli, Jaś pobiegł prosto do kuchni, chwycił chleb i zaczął go pożerać. Roman położył torby ze jedzeniem na stole i rzekł:

Najpierw umyj się i przebierz w czyste ubrania, a ja przygotuję coś do jedzenia.

Jaś skinął głową i pobiegł do łazienki. Roman zaglądał, oferował pomoc, ale chłopiec odpowiedział, iż jest mężczyzną i sam sobie radzi. Po kolacji Roman zauważył, iż Jaś połyka jedzenie w pośpiechu, nie przeżuwając. Zasnął przy stole. Roman podniósł go na ręce, zaniósł do sypialni, położył na łóżku i przykrył kołdrą. Przejrzał małe, jednopoziomowe mieszkanie choć skromne, było przytulne i domowe. Na komodzie stały zdjęcia: młoda kobieta z Jasiem, piękna, o delikatnych rysach.

Zastanawiając się, co tu robi, Roman spojrzał na śpiącego chłopca i zrozumiał, iż nie może go zostawić. Głaszcząc go po głowie, wziął klucze i cicho wyszedł na zewnątrz. Szybkim krokiem podszedł do swojego Audi, zaparkował przed kamienicą i podszedł po schodach do własnego mieszkania. Jaś wciąż spał, więc Roman wrócił do kuchni, posprzątał stół, włożył jedzenie do lodówki. Przy lustrze zauważył notatnik. Zaparzył sobie kawę, otworzył książkę i odnalazł dane matki Jasia: imię, nazwisko, data urodzenia, numer telefonu. Zadzwonił, ale numer był nieaktywny. Zadzwonił więc do szpitali i infolinii, by dowiedzieć się, gdzie przywieziono Irenę Lewandowską. Odpowiedź padła: oddział onkologiczny w Szpitalu Miejskim w Krakowie. Serce Romana ścisnęło się jeszcze mocniej.

Wrócił do mieszkania, poprawił kołdrę Jasia, położył się na kanapie i zasnął. Gdy oczy otworzył, słońce już wpadało przez okna, a Jaś zniknął z łóżka. Do pokoju wpadła jasna głowa.

Dziadku, już wstałeś? Zrobiłem nam śniadanie i zaparzyłem herbatę.

Roman odświeżył się i poszedł do kuchni. Na talerzu leżały krzywo pokrojone kanapki, które w jego śnie wydawały się najpyszniejsze na świecie.

Wiesz, Jasiu, wczoraj dowiedziałem się, gdzie jest twoja mama. Myślę, iż powinniśmy po nią pojechać, żeby nie martwiła się tak długo. Nazywaj mnie po prostu Roman. Zgoda?

Jaś skinął. Po zebraniu rzeczy wyruszyli do Krakowa. Po przybyciu na oddział, Roman zobaczył wyczerpaną twarz Ireny, pod oczami niebieskie worki. Gdy zobaczyła swojego syna, oczy rozbłysły, a łzy spłynęły strumieniami.

Synu, mój kochany, tak się bałam o ciebie. Jesteś sam na ulicy, a ja A kto jest tym panem?

Mamo, to Roman. To mój przyjaciel, bardzo dobry. Wczoraj kupił mi pyszności, najadłem się i zasnąłem. On został ze mną.

Irena spojrzała na Romana.

Kim pan jest? Dziękuję za syna. Nie miałam po kim poprosić o pomoc. Nie wiedziałam, gdzie go szukać.

Ireno, proszę, nie martw się. Spotkaliśmy się przypadkowo i od razu się zaprzyjaźniliśmy. Nie zostawię go, będzie ze mną. Proszę się leczyć, a kiedy wyjdzie, wróci do ciebie.

Irena szepnęła niemal cicho:

Nie wyjdę stąd. To koniec. jeżeli już pan jest przyjacielem, proszę: w notatniku jest adres mojego domu rodzinnego i kontakt do dyrektora przedszkola, w którym dorastałam. Po mojego odejścia zabierzcie Jasia tam. Dyrektor jest poinformowany. To jedyny człowiek, którego mam.

Ireno, postaram się, aby wszystko się zmieniło. Porozmawiam z lekarzem i coś wymyślimy.

Lekarz przyjął telefon:

Niestety, stan jest poważny. Najlepiej miesiąc, może mniej. Pacjentka jest na silnych środkach przeciwbólowych, nie możemy już wiele zrobić.

Czy mogę prosić o prywatną salę? Zapłacę wszystko, aby była wygodniejsza.

Mamy wolną salę, ale nie ma nikogo, kto by się nią opiekował.

Roman, słysząc to, pojechał z Jaśkiem po zakupy. Po powrocie Irenę już przeniesiono do osobnej, jasnej sali. Przywieziono sok, owoce, gorące dania. Mimo bólu, Irena zjadła trochę, by pocieszyć syna i przyjaciela. Patrzyła na Romana z wdzięcznością i błagając Boga, by nie porzucił jej chłopca. Teraz ktoś miałby go zabrać do domu dziecka.

Codziennie Roman przynosił Irenie bukiety, opowiadał zabawne historie. Irena coraz częściej się uśmiechała. Roman wyjaśnił, iż wezwał swoją matkę, by pomogła, by Jaś nie był sam. Po trzech tygodniach Irena odzyskała trochę koloru na policzkach, a w sercu Romana rozbudziła się nadzieja. Udał się do lekarza, ale ten spojrzał tylko i rzekł:

Ona odchodzi.

Roman nie mógł spać całą noc, nie wiedział, co robić. Błąkał się po mieszkaniu, potem usiadł w kuchni i wypił kawę. Matka Jasia, Jadwiga, słyszała, jak jej syn cierpi, nie wiedząc, co zrobić. Zauważyła, iż syn podchodzi do lustra i się fryzuje.

Jasiu, dlaczego tak elegancko się ubierasz?

Mamo, zamierzam się ożenić. Myślałem, iż jeżeli nie dam się oddać, to nie zostanę bez domu. jeżeli zostanę mężem Ireny, to będzie inna historia. Najpierw pojadę do przyjaciela, adwokata, wszystko załatwię, a potem do Ireny. A wy nie martwcie się, przygotujcie uroczystą kolację.

Irena leżała i patrzyła w sufit, myśląc tylko o synu. Wiedziała, iż czasu jej mało, a jedynym bliskim jest Roman. Drzwi otworzyły się, a w progu pojawił się promienny Roman z ogromnym bukietem róż i małą kartką. ukląkł przy łóżku.

Ireno, zmieniłem zdanie. Nie chcę zabierać Jasia do domu dziecka. Chcę, żeby został ze mną, jeżeli wyrazisz zgodę. Wezmę go pod opiekę, wezmę ślub w korytarzu czeka urzędnik ZUS. To jedyne wyjście. Zostanę twoim mężem i będę mógł go adoptować. Zgadzasz się?

Irena patrzyła na Romana jak na anioła. Serce jej wypełniły emocje. Boże, skąd biorą się tacy ludzie? myślała. Jego serce było wielkie, mógłby być najlepszym ojcem dla jej syna.

Zgadzam się.

Ceremonia trwała nie dłużej niż pół godziny. Roman założył pierścionek na palec żony, pocałował ją w policzek i ruszył do lekarza.

Czy mogę zabrać ją do domu? Poza lekami nie ma nic, a ja sam potrafię podawać zastrzyki, a moja matka się nią zaopiekuje. Niech żyje choć kilka dni poza szpitalnymi murami.

Dobrze, wypiszę, co ma robić. jeżeli będzie gorzej, wzywaj karetkę.

Roman wrócił do sali, powiedział:

No cóż, żono, jedziemy do domu. Dość już patrzenia w sufit.

Pielęgniarka pomogła Irenie wstać, usiadła na wózku i ruszyli. Gdy Roman podniósł ją do samochodu, poczuł, iż prawie nic nie waży. Życie w niej ledwie pulsowało. Pragnął przytulić ją mocno i wdmuchnąć odrobinę życia w jej ciało, ale było to niemożliwe.

Wieczorem w ich mieszkaniu odbyła się wielka uroczystość z okazji ślubu. Jaś skakał po pokoju ze szczęścia. Obok była Jadwiga, jego najlepszy przyjaciel i babcia Lena, którą kochał.

Nocą Roman nie spał, siedział przy Irenie, która płakała i jęczała. Podawał jej zastrzyki, po czym zasypiała. Rano Jadwiga karmiła ją śniadaniem, potem Jaś i Roman. Tak trwało kolejne pięć dni, aż serce Ireny nie wytrzymało bólu. Roman poczuł, iż część jego duszy odchodzi, jakby stracił najbliższą osobę.

Przy grobie stało dwoje mężczyzna i mały chłopiec. Za nimi rodzice Romana i przyjaciele. Roman trzymał małego za rękę, jakby bał się wypuścić go. Jaś spojrzał na niego:

Roman, mama mówiła, iż jesteś moim tatą, iż się zjawiłeś. Czy to prawda? Czy będziesz zawsze przy mnie i nigdy nie odejdziesz, tak jak mama?

Roman usiadł na kolanach, przytulił go mocno.

Tak, synku, jestem tutaj i zawsze będę. Twoja mama nie odeszła, jest z tobą w niebie i w twoim sercu. Zawsze będzie z nami.

Jaś objął Romana za szyję, przytulił się do niego, spojrzał na zdjęcie matki i rzekł:

Mamo, nie martw się, tata jest z nami, a my zawsze będziemy razem. Będę dbał o niego, o babcię i dziadka. Chodź częściej, a będę opowiadał, jak żyjemy. Kocham cię bardzo, tatku.

Dotknął palcem zdjęcia, a łzy spłynęły po policzkach dorosłego mężczyzny. Tak dramatycznie zmieniło się życie Romana. Odnalazł sens i osobę, dla której warto żyć, bo obiecał swojej żonie w śnie iż wyciągnie syna na świat jak własnego.

Idź do oryginalnego materiału