Nie wpuścili córki do domu — Dlaczego jej nie wpuściliście? — Weronika w końcu odważyła się zadać pytanie, które dręczyło ją najbardziej. — Przecież dawniej zawsze ją wpuszczaliście… Mama tylko gorzko się uśmiechnęła. — Bo się o ciebie boję, Nika. Myślisz, iż nie widzimy, jak kulisz się w kącie, gdy twoja siostra wpada do domu nocą? Jak chowasz podręczniki, żeby ich nie zniszczyła? Przecież ona patrzy na ciebie z zazdrością, złoszcząc się o to, iż jesteś „normalna”. Ciebie czeka inne życie, jej życie dawno dawno już utopiła w butelce… Weronika skuliła głowę nad otwartym zeszytem — z sąsiedniego pokoju znów zaczynał się skandal. Ojciec choćby nie zdjął kurtki — stał pośrodku korytarza, ściskając w ręce telefon i wrzeszczał. — Przestań mi tu gadać głupoty! — ryczał do słuchawki. — Na co wszystko wydajesz? Dwa tygodnie po wypłacie minęły! Dwa tygodnie, Larysa! Z kuchni wychyliła się Tatiana. Przez chwilę wsłuchiwała się w monolog męża, po czym spytała: — Znowu? Walerian tylko machnął ręką i włączył głośnik — z telefonu dobiegał szloch. Starsza siostra Weroniki miała dar – potrafiła choćby kamień wzruszyć. Ale rodzice przez te lata udręki wyrobili sobie pancerz. — Co znaczy „on cię wyrzuca”? — Walerian rozpoczął nerwowy spacer po wąskim korytarzu. — I bardzo dobrze. Kto by to twoje wieczne „stan-nie-stan” znosił? Patrzyłaś tam kiedy na siebie w lustrze? Masz trzydzieści lat, a twarz… jak u zbitej psiny. Weronika ostrożnie uchyliła drzwi swojego pokoju na kilka centymetrów. — Tato, błagam… — płacz nagle ustał. — Wyniósł mi rzeczy na klatkę. Nie mam gdzie iść. Na dworze deszcz, zimno… Przyjadę do was, dobrze? Tylko na parę dni, przespać się. Mama chciała złapać telefon, ale Walerian gwałtownie się odwrócił. — Nie! — uciął. — Twojej nogi tu nie będzie. Umawialiśmy się ostatnio? Umawialiśmy. Po tym, jak zastawiłaś telewizor, kiedy byliśmy na działce, te drzwi są dla ciebie zamknięte! — Mamo! Powiedz mu coś! — zabrzmiał rozpaczliwy głos Larysy. Tatiana zakryła twarz dłońmi. Jej ramiona zaczęły drżeć. — Larysa, jak to możliwe… — wyszeptała matka, nie patrząc na męża. — Woziliśmy cię do lekarza. Przecież obiecywałaś. Ostatni zabieg, mówili, na trzy lata starczy. Nie wytrzymałaś choćby miesiąca! — Te wasze zabiegi — to bzdura! — odparowała Larysa, a jej ton natychmiast się zrobił zaczepny. — Tylko kasę z was ciągną! Jest mi źle, rozumiecie? W środku wszystko mi się pali, nie mogę oddychać! A wy o telewizor… Jego żal! Kupię wam nowy! — Za co go kupisz? — Walerian zatrzymał się i wbił wzrok w ścianę. — Za co, skoro wszystko przepiłaś? Znowu pożyczałaś od swoich koleżków? Albo wyniosłaś coś z mieszkania tego swojego… jak mu tam? — Nieważne! — wrzasnęła Larysa. — Tato, nie mam gdzie mieszkać! Co, chcecie, żebym pod mostem spała? — Idź do noclegowni. Gdzie chcesz, — głos ojca był zimny. — Do tego domu nie wejdziesz. Wymienię zamki, jak zobaczę cię pod klatką. Weronika siedziała na łóżku, obejmując kolana. Zazwyczaj, gdy starsza doprowadzała rodziców do szału, gromy spadały na nią. — A ty znowu w telefonie? Taka jak siostra wyrośniesz! — te słowa słyszała ostatnie trzy lata. Ale dziś o niej zapomniano. Nikt nie krzyczał, nikt nie czepiał się. Ojciec rozłączył się, rozebrał i rodzice przeszli do kuchni. Weronika ostrożnie wyszła do przedpokoju. — Walerian, tak się nie da — lamentowała matka. — Ona się stoczy… Ty wiesz, jaka ona jest po alkoholu. Ona nie kontroluje siebie. — A ja mam ją kontrolować? — ojciec z hukiem postawił czajnik na kuchence. — Mam pięćdziesiąt pięć lat, Tatiana. Chcę po pracy po prostu usiąść w fotelu. Nie chcę chować portfela pod poduszką! Nie chcę słuchać skarg sąsiadów, którzy widzieli ją z typami na klatce! — To nasza córka — powiedziała cicho mama. — Była córką do dwudziestki. Teraz to tylko pasożyt, który wysysa z nas życie. Ona jest nałogowcem. Tego się nie wyleczy, jeżeli ona sama nie chce. Nie chce. Podoba jej się tak żyć. Wstaje, znajduje, wypija i nie pamięta świata! Telefon znów zadzwonił. Rodzice zamilkli, potem odezwał się ojciec. — Halo. — Tato… — znów dzwoniła Larysa. — Siedzę na dworcu. Policja chodzi, zabiorą mnie, jeżeli tu zostanę. Proszę… — Słuchaj uważnie — przerwał jej ojciec. — Do domu nie wrócisz. Kropka. — To mam się powiesić? — w jej głosie zabrzmiał szantaż. — Tego chcecie? Żeby dzwonili do was z prosektorium?! Weronika zesztywniała. To był ten argument, który Larysa zawsze wyciągała, gdy reszta nie działała. Kiedyś to działało. Mama zaczynała płakać, tata robił się blady i wpuszczali siostrę, dawali pieniądze, karmili, myli. Ale dziś ojciec nie uległ. — Nie strasz mnie — powiedział. — Za bardzo siebie lubisz. Zrobimy tak. — Jak? — w głosie siostry zabrzmiała nadzieja. — Znajdę ci pokój. Tani, na obrzeżach. Opłacę pierwszy miesiąc. Dam trochę na jedzenie. Koniec. Dalej sobie radź sama. Znajdziesz pracę i wyjdziesz z tego – będziesz żyć. Nie – po miesiącu znajdziesz się na bruku i nie będzie mnie to obchodzić. — Pokój?! A nie mieszkanie? Tato, nie dam rady sama. Boję się. I tam… mogą być źli ludzie. Jak ja tam sama, przecież choćby pościeli nie mam, wszystko zostało u tego drania! — Pościel mama spakuje do torby. Zostawimy u dozorcy, odbierzesz. Do mieszkania nie wchodź, ostrzegałem. — Jesteście potworami! — znów wrzasnęła Larysa. — Własną córkę na wygnaństwo! Do jakiejś nory! Sami siedzicie w trzy pokojach, a ja jak szczur mam się po kontach tułać?! Mama nie wytrzymała — złapała za telefon: — Larysa, zamknij się! — wrzasnęła tak, iż Weronika się wzdrygnęła. — Tata mówi, jak jest! To twoja ostatnia szansa. Albo pokój, albo ulica. Wybieraj teraz, bo jutro choćby pokoju nie będzie! Po drugiej stronie zapadła cisza. — Dobrze — w końcu burknęła Larysa. — Podajcie adres. I przelejcie na kartę, głodna jestem. — Pieniędzy nie dostaniesz — powiedział Walerian. — Kupię jedzenie i będzie gotowe do odbioru. Wiem, na co te pieniądze wydasz. Rozłączył się. Weronika uznała, iż to ten moment. Ostrożnie weszła do kuchni, udając, iż tylko przyszła się napić. Czekała, iż zaraz spadnie na nią fala złości. Tata spojrzy na jej koszulkę i powie, iż wygląda jak niechluj. Mama wytknie, iż nic ją nie rusza — w domu problemy, a ona jakby nigdy nic się kręci. Ale rodzice choćby się nie obejrzeli. — Werka — cicho zawołała mama. — Tak, mamo? — W szafie, na górnej półce, są stare prześcieradła i poszewki. Przynieś, proszę. I spakuj do tej niebieskiej torby z komórki. — Dobrze, mamo. Weronika poszła po torbę. Opróżniła z niej zbędne rzeczy. Nie mogła pojąć: jak Larysa sobie poradzi sama? Przecież nie potrafi choćby makaronu ugotować. A jej fatalny nałóg… Weronika wiedziała, iż siostra nie wytrzyma bez alkoholu choćby dwóch dni. Wróciła do pokoju rodziców, stanęła na stołku i zaczęła zdejmować pościel. — Nie zapomnij o ręcznikach! — zawołał tata z kuchni. — Już spakowałam — odkrzyknęła Weronika. Widziała, jak ojciec przechodzi korytarzem, zakłada buty i wychodzi bez słowa. Pewnie pojechał szukać tej „nory”. Weronika weszła do kuchni. Mama siedziała w tej samej pozycji. — Mamo, może ci dać tabletkę? — zapytała, podchodząc bliżej. Mama spojrzała na nią. — Wiesz, Nika… — zaczęła dziwnie cichym głosem — gdy była mała, marzyłam, iż będzie moją pomocą – będziemy gadać o wszystkim. A teraz siedzę i myślę… oby nie zapomniała adresu tego pokoju. Oby tam dotarła… — Dotrze — Weronika usiadła na krześle. — Ona zawsze wychodzi cało z opresji. — Tym razem nie wyjdzie — pokręciła głową mama. — Ma inne oczy. Puste. Jakby w środku nic nie było. Tylko powłoka do uzupełniania tym świństwem. Wiem, iż się jej boisz… Weronika umilkła. Myślała zawsze, iż rodzice nie widzą jej strachu, bo są zbyt zajęci ratowaniem „straconej” Larysy. — Myślałam, iż wam na mnie nie zależy — szepnęła. Mama przegładziła jej włosy. — Zależy. Po prostu nie mamy już sił. Wiesz, jak w samolocie – najpierw maseczka dla siebie, później dla dziecka. My próbujemy od dziesięciu lat zakładać jej maseczkę. Dziesięć lat, Nika! I do znachorów, i do klinik, drogie leczenie. A my sami już się dusimy. W korytarzu zadzwonił dzwonek do drzwi. Weronika drgnęła. — To ona? — zapytała wystraszona. — Nie, tata ma klucze. Pewnie dostawa zakupów, zamawiał. Weronika poszła otworzyć. Kurier dał jej dwa ciężkie siatki. Zaniosła je do kuchni i rozpakowała. Kasze, konserwy, masło, herbata, cukier. Nic zbędnego. — Ona i tak tego nie zje — zauważyła Weronika, odkładając gryczaną paczkę. — Lubi gotowe rzeczy. — Jak będzie chciała żyć — ugotuje — ucięła mama, a w jej głosie pojawiła się siła z dawnych lat. — Koniec rozpieszczania. Zlitujemy się, to ją do grobu doprowadzimy. Po godzinie tata wrócił. Wyglądał, jakby pracował trzy zmiany pod rząd. — Znalazłem — rzucił krótko. — Klucze mam. Gospodyni surowa, była nauczycielka. Od razu powiedziała: jeżeli będzie czuć albo słychać — wyrzuci od razu. Powiedziałem jej: „Niech pani wyrzuca bez gadania”. — Walerian… — westchnęła mama. — Co „Walerian”? Przestańmy oszukiwać ludzi. Niech wie, na czym stoi. Wziął torbę z pościelą, chwycił zakupy i wyszedł. — Zostawię do dozorcy. Zadzwonię do niej, powiem gdzie odebrać. Weronika, zamknij za mną drzwi na wszystkie zamki. Jak będzie dzwonić na domowy — nie odbieraj. Ojciec wyszedł, mama zamknęła się w kuchni i zapłakała. Weronice ścisnęło się serce. Jak to możliwe? Sami nie żyją, tylko egzystują od butelki do butelki, a rodzicom niszczą życie… *** Nadzieje rodziców nie spełniły się — po tygodniu do Waleriana zadzwoniła właścicielka i powiedziała, iż wyrzuciła lokatorkę z policją. Larysa przyprowadziła do pokoju trzech facetów i balowała całą noc. I znowu rodzice nie potrafili porzucić córki — Larysa trafiła do zamkniętego ośrodka terapii uzależnień. Placówka zamknięta, dobrze strzeżona – tam obiecywano, iż po roku wyjdzie już jako inny człowiek. Kto wie, może cud się wydarzy?..

newsempire24.com 2 godzin temu

A dlaczego jej nie wpuściliście? Justyna w końcu zebrała się na odwagę i zadała pytanie, które od dawna ją dręczyło. Przecież wcześniej zawsze otwieraliście drzwi
Mama uśmiechnęła się gorzko.
Bo się o ciebie boję, Justysiu. Myślisz, iż nie widzimy, jak przyciskasz się do ściany, kiedy twoja siostra wraca po nocy?
Jak chowasz podręczniki, żeby przypadkiem ich nie zniszczyła?
Ona cię obserwuje, jest na ciebie zła. Bo ty jesteś normalna, a jej życie dawno już przepadło na dnie butelki…
Justyna skulona siedzi nad otwartym zeszytem w pokoju obok znów wybucha awantura.

Ojciec choćby nie zdjął kurtki stoi w środku korytarza, ściska komórkę i wrzeszczy.

Nie gadaj mi głupot! krzyczy do słuchawki. Na co ty znów roztrwoniłaś wszystko? Dwa tygodnie po wypłacie minęły! Dwa tygodnie, Aneto!

Z kuchni wygląda Jadwiga. Przez chwilę wsłuchuje się w monolog męża, potem pyta:

Znowu to samo?

Wojciech tylko macha ręką i włącza głośnomówiący z telefonu od razu rozlega się szloch.

Starsza siostra Justyny ma niezwykły dar rozczuliłaby choćby lodowaty kamień.

Ale po tylu latach bólu rodzice okryli się grubą skorupą.

Co to znaczy on cię wyrzuca? Wojciech zaczyna przemierzać ciasny przedpokój w tę i z powrotem. I słusznie. Kto to by dłużej znosił, te twoje wieczne upojenia?
Patrzyłaś ostatnio w lustro?
Masz trzydzieści lat, a twarz taka, jak byś całe życie spędziła na mrozie.

Justyna ostrożnie uchyla drzwi swojego pokoju na kilka centymetrów.

Tato, proszę szlochanie nagle cichnie. Wynieśli mi rzeczy na klatkę. Nie mam dokąd iść.

Na dworze pada deszcz, zimno… Przynajmniej na parę dni mogę przyjechać? Prześpię się, odpocznę.

Mama rusza się gwałtownie, chce odebrać telefon, ale Wojciech odwraca się stanowczo.

Nie! ucina. Nie zobaczysz tego mieszkania od środka.

Umówiliśmy się ostatnio? Tak. Po tym, jak oddałaś nasz telewizor do lombardu, kiedy byliśmy na działce, drzwi do tego domu są dla ciebie zamknięte!

Mamo! Powiedz mu coś! dobiega głos z telefonu.

Jadwiga zakrywa twarz dłońmi. Ramiona zaczynają jej drżeć.

Aneta, jak tak można… mówi tylko matka, nie patrząc na męża. Przecież do lekarza cię wieźliśmy.

Obiecałaś. Ostatni odwyk miał wystarczyć na trzy lata.

Nie przeżyłaś choćby trzech miesięcy!

Te wasze odwyki to bzdura! syknęła Aneta, z żałosnego tonu w jednej chwili przechodząc na agresywny. Oni z was tylko złotówki ciągną!

Źle mi, rozumiecie?! W środku się palę, nie umiem oddychać!
A wy o telewizorze

On nad nim płacze!

Kupię wam nowy, jeszcze lepszy!

Za co kupisz? Wojciech zatrzymuje się i wbija wzrok w ścianę. Za co, skoro wszystko przepiłaś?

Znów pożyczyłaś od tych swoich znajomych? Albo wyniosłaś coś od tego swojego… jak mu tam?

Nieważne! Aneta aż krzyczy. Tato, nie mam gdzie mieszkać! Chcecie, żebym spała pod mostem?

Idź do noclegowni. Albo gdziekolwiek chcesz głos ojca robi się nienaturalnie spokojny. Tutaj nie wejdziesz.

Zamki wymienię, jak zobaczę cię pod naszym blokiem.

Justyna siedzi na łóżku, obejmując kolana ramionami.

Zwykle w takich chwilach, kiedy starsza doprowadzała rodziców do granic wytrzymałości, gniew odbijał się i uderzał właśnie w nią.

A ty co tak siedzisz? Znowu w komórce? W siostrę się cała zrobisz, taka sama bezużyteczna wyrośniesz! słowa, które słyszała przez ostatnie trzy lata.

Ale dzisiaj nikt jej nie dostrzega.

Nikt nie krzyczy, nikt nie wytyka. Ojciec odkłada telefon, rozbiera się i idzie z mamą do kuchni.

Justyna ostrożnie wychodzi do przedpokoju.

Wojtek, no przecież nie można tak matka powtarza niemal płaczliwie. Przecież ona zginie. Zupełnie się stoczy. Wiesz jaka jest, jak wpadnie w ten stan.

Nie panuje nad sobą.

Mam za nią odpowiadać do końca życia? ojciec z impetem stawia czajnik na gazie. Mam pięćdziesiąt pięć lat, Jadwigo. Chcę wracać do domu i tylko siadać w fotelu.

Nie chcę chować portfela pod poduszką. Nie chcę wysłuchiwać sąsiadów, którzy widzą ją w bramie z podejrzanymi typami, do których jeszcze pyskuje!

Ale to nasza córka matka mówi cicho.

Do dwudziestki była córką. Teraz to ktoś, kto wyssał z nas wszystkie siły.

Ona jest alkoholiczką, Jadwigo. Tego się nie da leczyć, jeżeli człowiek sam nie chce.

A ona nie chce. Podoba jej się. Budzi się, znajdzie flaszkę, wypije i zapomina!

Telefon znów dzwoni.

Rodzice milkną, słychać znów głos ojca.

Słucham.

Tato znów Aneta. Siedzę na dworcu. Kręci się tu policja, zabiorą mnie, jak zostanę.

Proszę

Słuchaj mnie dobrze ojciec przerywa. Do domu nie wrócisz. To koniec.

To co, chcesz, żebym sobie coś zrobiła? w jej głosie wyczuwa się groźba. Żeby zadzwonili do was z prosektorium?!

Justyna zastyga. To cios, który Aneta wyciągała zawsze, gdy kończyły się inne argumenty.

Dawniej to działało matka zaczynała płakać, ojciec łapał się za serce i siostra dostawała pieniądze, mogła mieszkać, jeść, odświeżać się.

Dziś ojciec pozostaje niewzruszony.

Nie strasz mówi tylko. Za bardzo siebie kochasz na takie gesty. Zrobimy tak.

Jak? w głosie Anety pojawia się cień nadziei.

Znajdę ci pokój. Najtańszy, na obrzeżach Warszawy. Opłacę pierwszy miesiąc. Dam ci trochę pieniędzy na jedzenie. To wszystko. Potem sama decydujesz o swoim losie.

Znajdziesz pracę, przestaniesz pić dasz sobie radę.

Nie za miesiąc trafisz na ulicę i nie będę miał już sumienia.

Pokój? choćby nie kawalerka? Tato, ja sobie nie poradzę. Boję się.

A tam… przecież mogą być jacyś dziwni ludzie.

I w ogóle, jak ja na wynajmie bez niczego? choćby kołdry nie mam, bo wszystko zostało!

Mama spakuje ci pościel, ręczniki do tej niebieskiej torby w schowku. Zostawię u portiera. Podejdziesz i odbierzesz. Do mieszkania nie wchodzisz, powiedziałem.

Potwory z was! znów wpada w histerię Aneta. Własną córkę na obrzeża! Do jakiejś nory!

A sami siedzicie w trzypokojowym, a ja mam się kryć jak szczur!

Wtedy matka nie wytrzymuje i chwyta słuchawkę.

Aneta, zamknij się! krzyczy tak, iż Justyna aż podskakuje. Ojciec mówi z sensem!

To twoja ostatnia szansa. Albo pokój, albo ulica.

Wybieraj, bo jutro nie dostaniesz choćby pokoju!

Po tamtej stronie zapada cisza.

Dobrze burczy w końcu Aneta. Podeślijcie adres. I prześlijcie coś na kartę, chcę jeść.

Pieniędzy nie będzie ucina Wojciech. Kupię jedzenie i przekażę w torbie. Wiem, na co wydałabyś gotówkę.

Kończy rozmowę.

Justyna wie, iż to jej moment. Cicho wchodzi do kuchni, udając, iż chce napić się wody.

Czeka, aż nagromadzony gniew spłynie na nią.

Ojciec zarzuci jej, iż wygląda niedbale.

Mama wypomni, iż nic ją nie interesuje mają tyle problemów, a ona tylko się kręci po domu.

Ale tym razem rodzice choćby na nią nie patrzą.

Justynko matka mówi cicho.

Tak, mamo?

Na górnej półce w szafie są stare prześcieradła i poszewki.

Weź je proszę i spakuj do tej niebieskiej torby ze schowka.

Dobrze, mamo.

Justyna idzie spełnić prośbę.

Znalazła torbę, wyrzuciła z niej stare rzeczy.

Nie mieści jej się w głowie: jak Aneta da radę sama żyć?

Przecież choćby nie potrafi ugotować makaronu. A jej nałóg

Justyna wie, iż siostra pewnie nie wytrzyma choćby dwóch dni bez alkoholu.

Wraca do pokoju rodziców, wdrapuje się na stołek i wyciąga pościel.

Nie zapomnij o ręcznikach! przypomina z kuchni ojciec.

Już są odpowiada Justyna.

Widziała, jak ojciec przechodzi przez korytarz, zakłada buty i wychodzi, nie mówiąc już ani słowa.

Pewnie pojechał szukać tej nory

Justyna wchodzi do kuchni. Mama siedzi zgarbiona, nie rusza się.

Mamo, może tabletki ci podać? pyta cicho i podchodzi bliżej.

Mama patrzy na nią.

Wiesz, Justynko zaczyna dziwnym, płaskim głosem. Jak była mała, myślałam: wyrośnie, będzie mi pomagać. Rozmawiać będziemy o wszystkim.

A dziś siedzę i myślę żeby tylko adres tego pokoju pamiętała. Żeby dojechała.

Dojedzie Justyna siada blisko. Zawsze jakoś sobie radziła.

Tym razem nie da rady matka kręci głową. Ma zupełnie inne oczy. Jakby w środku już nikogo nie było.

Tylko pusta skorupa, która ciągle czegoś potrzebuje.

Wiem, iż się jej boisz

Justyna milknie. Całe życie myślała, iż rodzice nie widzą jej strachu, iż są zbyt zajęci ratowaniem zagubionej Anetki.

Myślałam, iż już wam na mnie nie zależy wyznaje cicho.

Mama przytula do siebie i gładzi ją po włosach.

Zależy nam, tylko już brakuje sił. Wiesz, jak w samolocie?

Masz najpierw założyć maskę sobie, potem dziecku. My dziesięć lat zakładaliśmy jej maskę. Dziesięć lat, Justynko!

Próbowaliśmy wszystkiego od terapii po wróżki i najdroższe kliniki.

A na końcu prawie sami się udusiliśmy.

W korytarzu rozlega się dzwonek. Justyna wzdryga się.

To ona? pyta przestraszona.

Nie, tata ma klucze. To pewnie dostawa ze sklepu, zamawiał produkty na wynos.

Justyna idzie otworzyć. Kurier podaje dwa ciężkie siatki.

Niesie je do kuchni i zaczyna wypakowywać. Kasze, konserwy, olej, herbata, cukier. Nic zbędnego.

Ona tego nie będzie jadła mówi, odkładając grykę. Lubi gotowe jedzenie.

Jak będzie chciała żyć, sama sobie ugotuje stwierdza matka, znów przez chwilę powraca jej siła. Dość rozpieszczania. Do grobu ją zaprowadzimy tą litością.

Po godzinie wraca ojciec. Wygląda, jakby pracował trzy zmiany bez przerwy.

Znalazłem rzuca krótko. Klucze mam. Właścicielka to starsza kobieta, była nauczycielka.

Powiedziała od razu: jeden zapach czy hałas wyrzuca bez słowa.

Sam jej powiedziałem: Wyrzucaj od razu.

Wojtek… matka wzdycha.

Co Wojtek? Dość ściemniania. Lepiej, iż wie.

Bierze torbę z pościelą, zgarnia siatki z jedzeniem i wychodzi bez słowa.

Zaniosę wszystko do portiera. Zadzwonię, powiem, gdzie odebrać.

Justyna, zamknij za mną drzwi na wszystkie zamki. Jak zadzwoni na domowy, nie odbieraj.

Ojciec wychodzi, mama znów zamyka się w kuchni i zaczyna głośno płakać.

Justynę ściska w środku. Jak to możliwe? I ona nie żyje, tylko istnieje z jednej pijatyki do drugiej, i rodzicom nie daje żyć…

***

Rodzice mieli nadzieję, ale po tygodniu do Wojciecha dzwoni właścicielka wywaliła Anetę z policją.

Przyprowadziła do pokoju trzech mężczyzn i całą noc imprezowała.

Znowu rodzice nie mieli serca zostawić córki Anetę odwieziono do ośrodka odwykowego.

Ośrodek zamknięty, chroniony, tam obiecano, iż przez rok pomogą alkoholiczce wyjść na prostą.

Kto wie, czy cud kiedyś się wydarzy?…

Idź do oryginalnego materiału