A dlaczego jej nie wpuściliście? Justyna w końcu zebrała się na odwagę i zadała pytanie, które od dawna ją dręczyło. Przecież wcześniej zawsze otwieraliście drzwi
Mama uśmiechnęła się gorzko.
Bo się o ciebie boję, Justysiu. Myślisz, iż nie widzimy, jak przyciskasz się do ściany, kiedy twoja siostra wraca po nocy?
Jak chowasz podręczniki, żeby przypadkiem ich nie zniszczyła?
Ona cię obserwuje, jest na ciebie zła. Bo ty jesteś normalna, a jej życie dawno już przepadło na dnie butelki…
Justyna skulona siedzi nad otwartym zeszytem w pokoju obok znów wybucha awantura.
Ojciec choćby nie zdjął kurtki stoi w środku korytarza, ściska komórkę i wrzeszczy.
Nie gadaj mi głupot! krzyczy do słuchawki. Na co ty znów roztrwoniłaś wszystko? Dwa tygodnie po wypłacie minęły! Dwa tygodnie, Aneto!
Z kuchni wygląda Jadwiga. Przez chwilę wsłuchuje się w monolog męża, potem pyta:
Znowu to samo?
Wojciech tylko macha ręką i włącza głośnomówiący z telefonu od razu rozlega się szloch.
Starsza siostra Justyny ma niezwykły dar rozczuliłaby choćby lodowaty kamień.
Ale po tylu latach bólu rodzice okryli się grubą skorupą.
Co to znaczy on cię wyrzuca? Wojciech zaczyna przemierzać ciasny przedpokój w tę i z powrotem. I słusznie. Kto to by dłużej znosił, te twoje wieczne upojenia?
Patrzyłaś ostatnio w lustro?
Masz trzydzieści lat, a twarz taka, jak byś całe życie spędziła na mrozie.
Justyna ostrożnie uchyla drzwi swojego pokoju na kilka centymetrów.
Tato, proszę szlochanie nagle cichnie. Wynieśli mi rzeczy na klatkę. Nie mam dokąd iść.
Na dworze pada deszcz, zimno… Przynajmniej na parę dni mogę przyjechać? Prześpię się, odpocznę.
Mama rusza się gwałtownie, chce odebrać telefon, ale Wojciech odwraca się stanowczo.
Nie! ucina. Nie zobaczysz tego mieszkania od środka.
Umówiliśmy się ostatnio? Tak. Po tym, jak oddałaś nasz telewizor do lombardu, kiedy byliśmy na działce, drzwi do tego domu są dla ciebie zamknięte!
Mamo! Powiedz mu coś! dobiega głos z telefonu.
Jadwiga zakrywa twarz dłońmi. Ramiona zaczynają jej drżeć.
Aneta, jak tak można… mówi tylko matka, nie patrząc na męża. Przecież do lekarza cię wieźliśmy.
Obiecałaś. Ostatni odwyk miał wystarczyć na trzy lata.
Nie przeżyłaś choćby trzech miesięcy!
Te wasze odwyki to bzdura! syknęła Aneta, z żałosnego tonu w jednej chwili przechodząc na agresywny. Oni z was tylko złotówki ciągną!
Źle mi, rozumiecie?! W środku się palę, nie umiem oddychać!
A wy o telewizorze
On nad nim płacze!
Kupię wam nowy, jeszcze lepszy!
Za co kupisz? Wojciech zatrzymuje się i wbija wzrok w ścianę. Za co, skoro wszystko przepiłaś?
Znów pożyczyłaś od tych swoich znajomych? Albo wyniosłaś coś od tego swojego… jak mu tam?
Nieważne! Aneta aż krzyczy. Tato, nie mam gdzie mieszkać! Chcecie, żebym spała pod mostem?
Idź do noclegowni. Albo gdziekolwiek chcesz głos ojca robi się nienaturalnie spokojny. Tutaj nie wejdziesz.
Zamki wymienię, jak zobaczę cię pod naszym blokiem.
Justyna siedzi na łóżku, obejmując kolana ramionami.
Zwykle w takich chwilach, kiedy starsza doprowadzała rodziców do granic wytrzymałości, gniew odbijał się i uderzał właśnie w nią.
A ty co tak siedzisz? Znowu w komórce? W siostrę się cała zrobisz, taka sama bezużyteczna wyrośniesz! słowa, które słyszała przez ostatnie trzy lata.
Ale dzisiaj nikt jej nie dostrzega.
Nikt nie krzyczy, nikt nie wytyka. Ojciec odkłada telefon, rozbiera się i idzie z mamą do kuchni.
Justyna ostrożnie wychodzi do przedpokoju.
Wojtek, no przecież nie można tak matka powtarza niemal płaczliwie. Przecież ona zginie. Zupełnie się stoczy. Wiesz jaka jest, jak wpadnie w ten stan.
Nie panuje nad sobą.
Mam za nią odpowiadać do końca życia? ojciec z impetem stawia czajnik na gazie. Mam pięćdziesiąt pięć lat, Jadwigo. Chcę wracać do domu i tylko siadać w fotelu.
Nie chcę chować portfela pod poduszką. Nie chcę wysłuchiwać sąsiadów, którzy widzą ją w bramie z podejrzanymi typami, do których jeszcze pyskuje!
Ale to nasza córka matka mówi cicho.
Do dwudziestki była córką. Teraz to ktoś, kto wyssał z nas wszystkie siły.
Ona jest alkoholiczką, Jadwigo. Tego się nie da leczyć, jeżeli człowiek sam nie chce.
A ona nie chce. Podoba jej się. Budzi się, znajdzie flaszkę, wypije i zapomina!
Telefon znów dzwoni.
Rodzice milkną, słychać znów głos ojca.
Słucham.
Tato znów Aneta. Siedzę na dworcu. Kręci się tu policja, zabiorą mnie, jak zostanę.
Proszę
Słuchaj mnie dobrze ojciec przerywa. Do domu nie wrócisz. To koniec.
To co, chcesz, żebym sobie coś zrobiła? w jej głosie wyczuwa się groźba. Żeby zadzwonili do was z prosektorium?!
Justyna zastyga. To cios, który Aneta wyciągała zawsze, gdy kończyły się inne argumenty.
Dawniej to działało matka zaczynała płakać, ojciec łapał się za serce i siostra dostawała pieniądze, mogła mieszkać, jeść, odświeżać się.
Dziś ojciec pozostaje niewzruszony.
Nie strasz mówi tylko. Za bardzo siebie kochasz na takie gesty. Zrobimy tak.
Jak? w głosie Anety pojawia się cień nadziei.
Znajdę ci pokój. Najtańszy, na obrzeżach Warszawy. Opłacę pierwszy miesiąc. Dam ci trochę pieniędzy na jedzenie. To wszystko. Potem sama decydujesz o swoim losie.
Znajdziesz pracę, przestaniesz pić dasz sobie radę.
Nie za miesiąc trafisz na ulicę i nie będę miał już sumienia.
Pokój? choćby nie kawalerka? Tato, ja sobie nie poradzę. Boję się.
A tam… przecież mogą być jacyś dziwni ludzie.
I w ogóle, jak ja na wynajmie bez niczego? choćby kołdry nie mam, bo wszystko zostało!
Mama spakuje ci pościel, ręczniki do tej niebieskiej torby w schowku. Zostawię u portiera. Podejdziesz i odbierzesz. Do mieszkania nie wchodzisz, powiedziałem.
Potwory z was! znów wpada w histerię Aneta. Własną córkę na obrzeża! Do jakiejś nory!
A sami siedzicie w trzypokojowym, a ja mam się kryć jak szczur!
Wtedy matka nie wytrzymuje i chwyta słuchawkę.
Aneta, zamknij się! krzyczy tak, iż Justyna aż podskakuje. Ojciec mówi z sensem!
To twoja ostatnia szansa. Albo pokój, albo ulica.
Wybieraj, bo jutro nie dostaniesz choćby pokoju!
Po tamtej stronie zapada cisza.
Dobrze burczy w końcu Aneta. Podeślijcie adres. I prześlijcie coś na kartę, chcę jeść.
Pieniędzy nie będzie ucina Wojciech. Kupię jedzenie i przekażę w torbie. Wiem, na co wydałabyś gotówkę.
Kończy rozmowę.
Justyna wie, iż to jej moment. Cicho wchodzi do kuchni, udając, iż chce napić się wody.
Czeka, aż nagromadzony gniew spłynie na nią.
Ojciec zarzuci jej, iż wygląda niedbale.
Mama wypomni, iż nic ją nie interesuje mają tyle problemów, a ona tylko się kręci po domu.
Ale tym razem rodzice choćby na nią nie patrzą.
Justynko matka mówi cicho.
Tak, mamo?
Na górnej półce w szafie są stare prześcieradła i poszewki.
Weź je proszę i spakuj do tej niebieskiej torby ze schowka.
Dobrze, mamo.
Justyna idzie spełnić prośbę.
Znalazła torbę, wyrzuciła z niej stare rzeczy.
Nie mieści jej się w głowie: jak Aneta da radę sama żyć?
Przecież choćby nie potrafi ugotować makaronu. A jej nałóg
Justyna wie, iż siostra pewnie nie wytrzyma choćby dwóch dni bez alkoholu.
Wraca do pokoju rodziców, wdrapuje się na stołek i wyciąga pościel.
Nie zapomnij o ręcznikach! przypomina z kuchni ojciec.
Już są odpowiada Justyna.
Widziała, jak ojciec przechodzi przez korytarz, zakłada buty i wychodzi, nie mówiąc już ani słowa.
Pewnie pojechał szukać tej nory
Justyna wchodzi do kuchni. Mama siedzi zgarbiona, nie rusza się.
Mamo, może tabletki ci podać? pyta cicho i podchodzi bliżej.
Mama patrzy na nią.
Wiesz, Justynko zaczyna dziwnym, płaskim głosem. Jak była mała, myślałam: wyrośnie, będzie mi pomagać. Rozmawiać będziemy o wszystkim.
A dziś siedzę i myślę żeby tylko adres tego pokoju pamiętała. Żeby dojechała.
Dojedzie Justyna siada blisko. Zawsze jakoś sobie radziła.
Tym razem nie da rady matka kręci głową. Ma zupełnie inne oczy. Jakby w środku już nikogo nie było.
Tylko pusta skorupa, która ciągle czegoś potrzebuje.
Wiem, iż się jej boisz
Justyna milknie. Całe życie myślała, iż rodzice nie widzą jej strachu, iż są zbyt zajęci ratowaniem zagubionej Anetki.
Myślałam, iż już wam na mnie nie zależy wyznaje cicho.
Mama przytula do siebie i gładzi ją po włosach.
Zależy nam, tylko już brakuje sił. Wiesz, jak w samolocie?
Masz najpierw założyć maskę sobie, potem dziecku. My dziesięć lat zakładaliśmy jej maskę. Dziesięć lat, Justynko!
Próbowaliśmy wszystkiego od terapii po wróżki i najdroższe kliniki.
A na końcu prawie sami się udusiliśmy.
W korytarzu rozlega się dzwonek. Justyna wzdryga się.
To ona? pyta przestraszona.
Nie, tata ma klucze. To pewnie dostawa ze sklepu, zamawiał produkty na wynos.
Justyna idzie otworzyć. Kurier podaje dwa ciężkie siatki.
Niesie je do kuchni i zaczyna wypakowywać. Kasze, konserwy, olej, herbata, cukier. Nic zbędnego.
Ona tego nie będzie jadła mówi, odkładając grykę. Lubi gotowe jedzenie.
Jak będzie chciała żyć, sama sobie ugotuje stwierdza matka, znów przez chwilę powraca jej siła. Dość rozpieszczania. Do grobu ją zaprowadzimy tą litością.
Po godzinie wraca ojciec. Wygląda, jakby pracował trzy zmiany bez przerwy.
Znalazłem rzuca krótko. Klucze mam. Właścicielka to starsza kobieta, była nauczycielka.
Powiedziała od razu: jeden zapach czy hałas wyrzuca bez słowa.
Sam jej powiedziałem: Wyrzucaj od razu.
Wojtek… matka wzdycha.
Co Wojtek? Dość ściemniania. Lepiej, iż wie.
Bierze torbę z pościelą, zgarnia siatki z jedzeniem i wychodzi bez słowa.
Zaniosę wszystko do portiera. Zadzwonię, powiem, gdzie odebrać.
Justyna, zamknij za mną drzwi na wszystkie zamki. Jak zadzwoni na domowy, nie odbieraj.
Ojciec wychodzi, mama znów zamyka się w kuchni i zaczyna głośno płakać.
Justynę ściska w środku. Jak to możliwe? I ona nie żyje, tylko istnieje z jednej pijatyki do drugiej, i rodzicom nie daje żyć…
***
Rodzice mieli nadzieję, ale po tygodniu do Wojciecha dzwoni właścicielka wywaliła Anetę z policją.
Przyprowadziła do pokoju trzech mężczyzn i całą noc imprezowała.
Znowu rodzice nie mieli serca zostawić córki Anetę odwieziono do ośrodka odwykowego.
Ośrodek zamknięty, chroniony, tam obiecano, iż przez rok pomogą alkoholiczce wyjść na prostą.
Kto wie, czy cud kiedyś się wydarzy?…











