Nasłuchuję dźwięku silnika na podjeździe. Wiem, co zaraz się stanie. Nie zadzwonią, nie zapytają, czy mam plany, czy bolą mnie plecy, czy po prostu chcę odpocząć.
Usłyszę trzask drzwi samochodu, a potem tupot małych nóg na ganku. Moje dorosłe dzieci wejdą do środka, rzucą torby z brudnym praniem na środek salonu i wypchną wnuki przed siebie, jakby przekazywały towar w punkcie odbioru.
– Cześć mamo! Podrzucamy dzieciaki, musimy wyskoczyć do znajomych, a potem mamy ten remont, wiesz jak jest. Odbierzemy ich w niedzielę wieczorem. Pa!
I znikają, zanim zdążę nabrać powietrza, by powiedzieć: „Nie”.
Mój kręgosłup krzyczy przy każdym podniesieniu dwuletniego Krzysia. Moje serce kołacze, gdy pięcioletnia Amelka biega z krzykiem wokół stołu, rozlewając sok na dywan, na który oszczędzałam dwa lata. Przez cały weekend nie jestem babcią – jestem kucharką, sprzątaczką i animatorką czasu wolnego, która nie ma prawa do chwili wytchnienia.
Najgorsze jest to, iż oni traktują to jak mój obowiązek. „Przecież i tak siedzisz w domu”, „Przynajmniej masz jakieś zajęcie”, „Powinnaś się cieszyć, iż chcą u ciebie być”.
Nikt nie widzi, iż w poniedziałek rano, kiedy oni odbierają „wystane” dzieci, ja zostaję w zrujnowanym mieszkaniu, trzęsącymi się rękami parzę herbatę i płaczę z wycieńczenia. Mój dom przestał należeć do mnie. Stał się filią ich wygodnego życia.
Ostatnia niedziela była przełomem. Stałam nad stertą brudnych naczyń, a w salonie właśnie rozbiła się moja ulubiona waza – pamiątka po mężu. Moje dzieci weszły uśmiechnięte, opowiadając o świetnym wyjeździe za miasto.
– Ale tu bałagan, mamo, mogłabyś ich trochę bardziej pilnować – rzucił syn, pakując zabawki do reklamówki.
Wtedy coś we mnie pękło. Nie krzyczałam. Po prostu usiadłam na podłodze wśród skorup wazy i zaczęłam się śmiać przez łzy.
– Co ci jest? – zapytała córka z wyraźną irytacją.
– Nic mi nie jest. Po prostu to był ostatni weekend – szepnęłam, patrząc im prosto w oczy. – Następnym razem, gdy przyjedziecie bez pytania, zastaniecie zamknięte drzwi. Nie jestem waszą darmową nianią. Jestem człowiekiem, który chce w końcu zacząć żyć, zanim całkiem opadnie z sił.
Wyszli oburzeni, rzucając słowa o egoizmie i o tym, iż „skoro tak, to więcej wnuków nie zobaczę”. To boli. Boli jak otwarta rana. Ale jeszcze bardziej boli myśl, iż dla własnych dzieci jestem tylko narzędziem do ułatwiania im życia.
Siedzę teraz w ciszy. Jest sobota rano. Za oknem nie słychać podjazdu samochodu. Telefon milczy. Jest mi smutno, ale po raz pierwszy od lat wypiłam gorącą kawę, patrząc na czysty dywan. Poświęciłam im życie, gdy dorastali. Teraz muszę odzyskać resztkę tego życia dla siebie, zanim całkiem zniknę pod ciężarem cudzych potrzeb.












