Ola Kwiatkowska odłożyła długopis obok laptopa i pierwszy raz od trzech godzin poczuła, iż plecy jej odpoczywają. Za oknem biura na Mokotowie zapadał już zmrok, w dole na Puławskiej zapalały się światła korków, a z sąsiedniego pokoju dochodził zapach kawy, którą asystentka warzyła na trzeci już raz tego dnia. Firma odzieżowa "Olove", którą Ola prowadziła od pięciu lat, jutro miała pokazać nową kolekcję na Fashion Week w Łodzi, a pojutrze czekało spotkanie z inwestorem z Wrocławia. Trzydzieści dwie osoby w zespole, kredyt w banku spłacony w połowie, i telefon, który dzwonił bez przerwy.
Tym razem dzwoniła teściowa.
— Olu, kochana, wybacz staruszce — zaczęła Krystyna, jak zawsze, od przeprosin. — Wiem, iż znowu proszę, ale lekarz mówi, iż nie można przerywać kuracji na kolano. A emerytura, sama wiesz, ledwie starcza na czynsz i leki.
Ola pokiwała głową, choć teściowa tego nie widziała. Trzy miesiące temu Krystyna, ocierając łzy chusteczką, opowiadała o diagnozie: zaczynająca się choroba zwyrodnieniowa stawu, drogie zastrzyki, które mogły uchronić przed wózkiem inwalidzkim. Ola wtedy choćby się nie zawahała. Cztery tysiące złotych miesięcznie to dla jej firmy nie była kwota, przez którą traciło się sen, a zdrowie starszej kobiety wydawało się warte więcej niż jakiekolwiek pieniądze.
— Krysiu, niech się pani nie martwi — odpowiedziała miękko. — Jutro przeleję. I proszę przestać przepraszać, jesteśmy przecież rodziną.
— Ach, Olu, złota z ciebie dziewczyna! Skąd Marcinek taką żonę wytrzasnął, sama nie wiem. Za co mi to szczęście na stare lata!
Po kolejnej fali podziękowań Ola w końcu się pożegnała i nacisnęła czerwoną słuchawkę. Albo tak jej się wydawało — telefon czasem zawieszał się na sekundę przy rozłączaniu, zdarzało się to od miesiąca, od kiedy upadł na kafelki w łazience.
Sięgnęła po tablet, żeby jeszcze raz przejrzeć szkice sukienek na jutrzejszy pokaz, kiedy z głośnika telefonu, leżącego obok klawiatury, dobiegł znajomy głos. Pomyślała najpierw, iż to telewizor włączył się sam — Marcin uwielbiał oglądać powtórki jakiegoś programu kulinarnego. Ale głos brzmiał zupełnie jak głos teściowej.
— Marcinku, znowu się udało! Jutro synowa znowu mi pozłoci rączkę! — śmiała się Krystyna.
Ola znieruchomiała z tabletem w dłoni. To był na sto procent głos Krystyny. Ale skąd? Spojrzała na ekran — połączenie wciąż było aktywne, zielony pasek migał u góry. Przycisk zakończenia rozmowy najwyraźniej nie zadziałał do końca.
— Ile tym razem? — to już był bez wątpienia Marcin.
Serce Oli przyspieszyło. Mąż miał być w biurze, dokończyć prezentację dla klienta z branży deweloperskiej. Co robi u matki w środku dnia roboczego?
— Cztery tysiące, jak zwykle. Aż mnie wzrusza, jak ona się o moje zdrowie martwi! — Śmiech. Marcin się śmiał. — Mamo, ty jesteś geniuszem! A ten pomysł z kolanem to w ogóle majstersztyk!
Ola powoli odłożyła tablet na biurko. Palce jej drżały, kiedy przybliżyła telefon do ucha. Co się dzieje? Jaki pomysł? Przecież widziała skierowania od lekarza, Krystyna pokazywała jej wyniki badań…
— Ale jaki tam geniusz! — prychnęła teściowa. — Twoja żona to po prostu… naiwna gąska. Prawda, hojna gąska, i to jest najważniejsze. Korzystaj z okazji, synku! Nie przegap momentu!
— Nie przegapię! Chcę auto. Nowe, z salonu. I nie jakąś koreańską zabawkę, tylko coś porządnego. Na przykład BMW. I żeby nie mniej niż dwieście pięćdziesiąt tysięcy.
— O, apetyty masz, jak widzę!
— A co, mam całe życie jeździć starym Passatem? Nie po to się żeniłem z bogatą panią. Ożeniłem się z bogatą… trzeba korzystać z okazji.
Ola kilka razy odetchnęła głęboko, wpatrując się w rząd wieszaków z próbkami tkanin pod oknem. Nie mogła uwierzyć w to, co słyszy. To mówił Marcin. Marcin z jego lekkim charakterem, z poczuciem humoru, które podbiło ją w kilka tygodni. Marcin, którego poznała na targach mody w Poznaniu i zakochała się jak nastolatka. Marcin, który pół roku temu, ze łzami w oczach, klęczał przy stoliku w restauracji na Starym Mieście i mówił o wspólnej przyszłości.
— Tylko uważaj, żeby nic nie zauważyła. Broń Boże! — niemal szeptem dodała Krystyna. — Synowa naiwna, ale nie głupia, skoro firmę prowadzi.
— Ale mamo, co ty gadasz. Nataszka… to znaczy Ola, tak jest we mnie zakochana, iż gwiazdkę z nieba by mi zdjęła, gdybym poprosił. Najważniejsze — dobrać słowa. Powiem, iż auto potrzebne do pracy, wizerunek i te sprawy.
— Mój dzielny chłopak! Tak się bałam, iż wybierzesz sobie jakąś fircykowatą. A ty… choćby zakochałeś się z głową.
— Zakochałem się? — Marcin roześmiał się szyderczo. — Mamo, ty to bajki opowiadasz. Wyglądam na romantyka? Po prostu dobrze się urządziłem, i w życiu, i w pracy.
Dobrze się urządził.
Ola siedziała bez ruchu jeszcze może minutę, może dwie — nie pamiętała potem dokładnie. Za oknem przejechał autobus 159, zaskrzypiał hamulcami na przystanku, i ten dźwięk jakoś sprowadził ją z powrotem do siebie. Rozłączyła połączenie. Odłożyła telefon ekranem do dołu, jakby chciała, żeby przestał na nią patrzeć.
Nie zadzwoniła do niego. Nie napisała. Nie zrobiła sceny, kiedy wrócił wieczorem do domu i pocałował ją w skroń, pytając, jak minął dzień przed jutrzejszym pokazem. Odpowiedziała, iż dobrze, iż trochę zmęczona, iż idzie wcześniej spać. Leżała w ciemności obok niego, słuchała jego spokojnego oddechu i myślała o czterdziestu ośmiu tysiącach złotych, które przelała teściowej przez ostatnie dziesięć miesięcy. I o mieszkaniu na Woli, które kupiła rok temu — jeszcze przed ślubem — i które, chcąc zrobić mężowi niespodziankę, dopisała go do księgi wieczystej jako współwłaściciela na równych prawach.
Rano, zanim wyszła na pokaz kolekcji, zadzwoniła do swojego prawnika, pana Kowalika, z którym współpracowała od założenia firmy.
— Wiktorze, potrzebuję pomocy. Chcę wiedzieć, czy można cofnąć darowiznę udziału w mieszkaniu, i chcę rozdzielność majątkową, jak najszybciej.
Kolekcja na Fashion Week przeszła świetnie — dziennikarki pisały o odważnych krojach i o tym, jak młoda projektantka z Warszawy podbija rynek. Ola uśmiechała się do zdjęć, ściskała dłonie, dawała wywiady. Nikt nie zauważył, iż ręce lekko jej drżały, kiedy trzymała kieliszek szampana na afterparty.
Przez kolejne trzy tygodnie działała metodycznie, jak przy budowaniu nowej linii produktów: krok po kroku, bez pośpiechu, bez błędów. Pan Kowalik przygotował dokumenty na rozdzielność majątkową i pozew o zniesienie współwłasności mieszkania — Marcin dostał w zamian rekompensatę w wysokości wkładu, jaki faktycznie wniósł, czyli zero złotych, bo mieszkanie kupiła w całości sama, zanim się pobrali. Ola zamknęła też wspólne konto oszczędnościowe, na które co miesiąc wpłacała pieniądze "na przyszłość rodziny", i przelała pozostałe sto dwadzieścia tysięcy na osobne konto firmowe.
Ostatniego dnia przed rozmową z Marcinem pojechała do Krystyny — sama, bez zapowiedzi, w sobotnie popołudnie. Zastała ją w kuchni, w fartuchu w kwiatki, jak smaży placki na Dzień Babci, choć do tego święta było jeszcze pół roku.
— Krysiu, przyniosłam pani coś — powiedziała Ola, kładąc na stole kopertę.
W środku była kopia wydruku billingu połączeń oraz nagranie tamtej rozmowy, które Ola zdążyła zgrać na dysk, zanim cokolwiek usunęła. Twarz Krystyny zbladła, łopatka z niedopieczonym plackiem zawisła jej w powietrzu nad patelnią.
— To ostatnie pieniądze, jakie pani ode mnie zobaczy — powiedziała spokojnie Ola. — I proszę nie dzwonić więcej. Ani do mnie, ani na mój numer w żadnej sprawie.
Wieczorem, kiedy Marcin wrócił do ich — już wyłącznie jej — mieszkania, na stole leżały dwie teczki: dokumenty rozwodowe i wypowiedzenie umowy najmu dla niego, z terminem wyprowadzki do końca miesiąca. Obok stał telefon, ekranem do góry, z odtworzonym nagraniem gotowym do puszczenia.
— Ola, co to jest… — zaczął, sięgając po teczkę.
— Posłuchaj najpierw — powiedziała, wciskając play.
Głos Krystyny popłynął po kuchni: "…zwykła naiwna gąska… korzystaj z okazji, synku…" Marcin zbladł, otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale nic z nich nie wyszło.
— BMW sobie kupisz sam — dodała Ola, zamykając laptop z nagraniem. — Za własne pieniądze, kiedy je zarobisz. A z mieszkania masz się wyprowadzić do trzydziestego. Rzeczy możesz zabrać w tygodniu, kiedy mnie nie będzie w domu, żeby nikomu nie było głupio.
Nie podniosła głosu. Nie płakała. Wyszła z kuchni, zostawiając go samego z teczkami, telefonem i ciszą, która była głośniejsza niż wszystko, co mógłby teraz powiedzieć.













