Trzysta dwadzieścia siedem złotych. Tyle kosztowała miesięczna subskrypcja narzędzia, którym Bartek zachwycał się na każdym spotkaniu firmowym. AI do tworzenia stron, mówił, wystarczy nagrać głosówkę i po godzinie masz gotowy landing. Halina Wróblewska słuchała tego trzeci raz w ciągu tygodnia i za każdym razem miała ochotę wstać i wyjść z sali konferencyjnej na piątym piętrze biurowca przy Świętokrzyskiej.
Nie wyszła. Siedziała, bo to ona płaciła za wynajem tej sali. Firma nazywała się Konsultanci Wróblewska i Zięć — wpisana do Krajowego Rejestru Sądowego w dwa tysiące jedenastym, kiedy Bartek ożenił się z jej córką Agatą i przyszedł do niej z pomysłem na wspólny biznes doradczy. Halina miała wtedy klientów, kontakty po dwudziestu latach pracy w konsultingu i chęć, żeby zostawić coś córce. Wpisała zięcia do umowy spółki jako wspólnika z pięćdziesięcioma procentami udziałów. Bez tego, mówiła sobie wtedy, rodzina by się nie skleiła.
Teraz, w sierpniu dwa tysiące dwudziestego szóstego roku, Bartek miał czterdzieści jeden lat, farbowane siwe skronie i nawyk kończenia każdego zdania Haliny za nią, zanim zdążyła je dokończyć.
— Mamo, no przecież to jest przyszłość — powiedział wtedy na tym spotkaniu, odwracając laptopa ekranem do niej, jakby pokazywał dziecku obrazek. — Ty ciągle robisz te swoje prezentacje manualnie, w PowerPoincie, godzinami. A ja wrzucam głosówkę i mam gotowe.
— I to ma być nasza tożsamość marki? Coś, co wygenerował algorytm z twojego bełkotu przy kawie na wynos?
— To nie jest bełkot, to jest… — urwał, zerknął na Agatę, jakby szukał wsparcia. Agata wpatrywała się w telefon.
Rzecz w tym, iż Halina wcale nie była przeciwko nowym narzędziom. Rzecz w tym, iż dwa miesiące wcześniej dowiedziała się od księgowej, pani Doroty, która prowadziła ich rozliczenia od dziesięciu lat, iż Bartek przepisał domenę firmową i konto reklamowe na Facebooku na swój prywatny NIP. Zrobił to cicho, przez pełnomocnictwo, które kiedyś podpisała, żeby mógł w jej imieniu załatwiać sprawy z hostingiem, kiedy wyjechała na trzy tygodnie do siostry do Wrocławia. Wtedy ufała mu bez zastrzeżeń. Teraz domena, pod którą klienci szukali ich firmy od piętnastu lat, prowadziła prawnie do jednoosobowej działalności gospodarczej zięcia.
Dowiedziała się o tym w środę. Siedziała wtedy w kuchni swojego mieszkania na Mokotowie, przy stole z ceratą w kwiatki, którą kupiła jeszcze z mężem, nieżyjącym już od siedmiu lat. Za oknem sąsiad z parteru strzygł żywopłot, a z telewizora leciały wiadomości popołudniowe, których nikt nie słuchał. Kot, Melon, wskoczył jej na kolana i przez chwilę myślała tylko o tym, iż trzeba mu kupić nową karmę, bo ta stara mu nie smakuje.
— Pani Halino, ja może się mylę, ale sprawdziłam wczoraj rejestr domen z ciekawości, bo faktura przyszła nie na spółkę — powiedziała wtedy Dorota przez telefon, cichym głosem, jakby bała się, iż ktoś usłyszy. — I NIP jest inny.
Halina podziękowała, odłożyła telefon i przez dłuższą chwilę wpatrywała się w zdjęcie na lodówce — Agata w dniu ślubu, w sukni, którą Halina sama szyła u krawcowej przez trzy miesiące, bo córka chciała dokładnie taki fason jak w czasopiśmie. Obok stało zdjęcie wnuczki, siedmioletniej Zosi, w stroju krasnala na przedstawieniu przedszkolnym.
Palce same odnalazły brzeg lodówki, przejechały po magnesie przytrzymującym zdjęcie, jakby dało się w ten sposób sprawdzić, czy wszystko jeszcze trzyma się kupy.
To była sobota, gdy postanowiła działać. Nie krzyczała, nie dzwoniła od razu do zięcia z pretensjami. Umówiła się z prawnikiem, panem Kowalczykiem, którego znała jeszcze z czasów, gdy pomagał jej rejestrować pierwszą działalność w latach dziewięćdziesiątych. Kancelaria mieściła się przy ulicy Marszałkowskiej, trzecie piętro, winda wiecznie zepsuta. Wspinała się po schodach, trzymając poręcz, i myślała, iż kiedyś robiła to bez zadyszki.
— Pani Halino, umowa spółki jasno mówi, iż przeniesienie majątku firmowego na osoby trzecie, w tym na wspólników działających poza spółką, wymaga zgody obu wspólników — tłumaczył Kowalczyk, przeglądając dokumenty rozłożone na biurku. — Pełnomocnictwo, które pani podpisała, dotyczyło wyłącznie kwestii technicznych hostingu. Domena i konto reklamowe zostały przepisane z przekroczeniem umocowania. To można cofnąć.
— Ile to potrwa?
— Przy współpracy drugiej strony — tydzień, dwa. Bez współpracy — pozew, kilka miesięcy, ale mamy mocne podstawy.
Halina wyszła z kancelarii z teczką dokumentów pod pachą i pierwszy raz od miesięcy poczuła, iż oddycha swobodniej. Nie zadzwoniła do Bartka. Zadzwoniła do córki.
— Agata, musimy porozmawiać. Beze mnie, bez niego. Przyjedź na kawę w niedzielę, sama.
Agata przyjechała w niedzielę rano, bez Zosi, którą zostawiła u teściów. Usiadła przy tym samym stole z ceratą w kwiatki, nerwowo obracając w palcach łyżeczkę.
— Mamo, on nie zrobił tego, żeby cię oszukać. On mówił, iż to dla uproszczenia rozliczeń, iż jak przejdzie na jego firmę, to mniej podatku…
— Agata. Domena firmowa, pod którą ludzie szukają nas od piętnastu lat, jest teraz zarejestrowana na jego prywatną działalność. Konto reklamowe też. Gdybym jutro umarła, ty i tak nie miałabyś do tego dostępu, bo to nie jest część spółki, którą odziedziczysz. To jest jego.
Agata odłożyła łyżeczkę na spodek, wyrównała ją równolegle do brzegu, jakby porządek w tym jednym drobiazgu mógł zastąpić odpowiedź. Milczała długo — na tyle długo, iż zdążyła wystygnąć kawa, którą Halina jej nalała.
— Zrobisz coś?
— Już zrobiłam.
W poniedziałek Halina wysłała do Bartka i Agaty jednocześnie — na firmową skrzynkę mailową — pismo od kancelarii Kowalczyka. Żądanie zwrotu domeny i konta reklamowego na rzecz spółki w terminie siedmiu dni, pod rygorem skierowania sprawy na drogę sądową oraz zgłoszenia sprawy do rejestru w związku z przekroczeniem pełnomocnictwa.
Bartek zadzwonił po czterdziestu minutach. Halina nie odebrała za pierwszym razem. Odebrała za drugim, siedząc w fotelu przy oknie, z Melonem śpiącym na oparciu.
— Mamo, co to ma znaczyć, jaki pozew, przecież my jesteśmy rodziną —
— Bartek, ja nie jestem twoją mamą. Jestem teściową i wspólniczką w firmie, którą przepisałeś na siebie bez pytania.
— To były formalności podatkowe, chciałem tylko —
— Masz siedem dni. Konto reklamowe i domenę przenosisz z powrotem na spółkę, albo pan Kowalczyk składa pozew w środę.
— A jak nie przeniosę?
— To wtedy porozmawiamy w sądzie, a ja zamknę spółkę i otworzę nową, na siebie i na Zosię, kiedy dorośnie. Domenę kupię nową. Klienci pójdą tam, gdzie ja im powiem, bo to ja odbieram od nich telefony od piętnastu lat, nie ty.
W słuchawce zapadła krótka pustka, słychać było tylko oddech Bartka. Potem się rozłączył.
Zwrócił domenę i konto piątego dnia — nie z poczucia winy, tylko dlatego, iż Agata, po rozmowie z matką, przestała z nim rozmawiać o czymkolwiek innym, dopóki tego nie zrobił. Halina dostała od Kowalczyka potwierdzenie mailem w czwartek wieczorem, siedząc w tej samej kuchni, przy tej samej ceracie w kwiatki, którą w końcu obiecała sobie wymienić na nową, byle nie w kwiatki.
Nie zadzwoniła, żeby to świętować. Zapisała w kalendarzu na telefonie: „domena — wróciła, sprawdzić hosting za miesiąc". Melon wskoczył jej na kolana, a ona nalała sobie herbaty i pomyślała, iż jutro trzeba jeszcze zmienić hasło do panelu administracyjnego. Tylko ona miała je teraz znać.















