Igorze, bagażnik się otworzył! Zatrzymaj samochód! – wołała Marzena, ale już wiedziała, iż wszystko …

twojacena.pl 2 godzin temu

Igorze, bagażnik! Otworzył się bagażnik, zatrzymaj auto wykrzykiwała Małgosia, choć już wiedziała, iż wszystko przepadło! Na drodze wypadały rzeczy z bagażnika i samochody jadące za nimi pewnie choćby tego nie zauważyły.

I prezenty, i smakołyki, na które odkładaliśmy ostatnie dwa miesiące! I kawior z łososia, i wędzoną rybę, i drogą szynkę, i całą masę tego, czego pozwalamy sobie kupić tylko na święta. Torby z delikatesami i upominkami włożyliśmy na samą górę, żeby się nie pogniotły. Napakowaliśmy wszystkiego, bo jechaliśmy na całe święta do wsi, do babci Igora.

Na trasie korek, mnóstwo ludzi wyjechało z Warszawy. Samochody jeden za drugim, nie za szybko, ale trudno było się nagle zatrzymać. Więc wszystko, co wypadło, już chyba przepadło!

Dzieci, które siedziały z tyłu, przestraszyły się patrząc na zmartwioną mamę i zaraz zaczęły płakać. Małgosia próbowała je uspokoić, a Igor zjechał na pobocze i w końcu się zatrzymali. Jeszcze tliła się nadzieja może rzeczy poleciały w krzaki. Cofnęli się poboczem, ale szukanie było na nic, tylko stracony czas…

Nie martw się już, trudno, kupimy inne rzeczy, rozumiesz? Nic się nie stało, powiedział Igor widząc jak bardzo Małgosia jest zasmucona, To tylko rzeczy, chodź do samochodu. Popatrz, jaki śnieg zaczął padać, robi się ciemno, a droga daleka.

Całą resztę drogi Małgosia milczała. No po co się kłócić, iż to Igor źle zamknął bagażnik? Samochód mają stary, zamek się zacina. Próbowała nie myśleć o tej stracie, ale łzy same napływały do oczu. Oszczędzała, żeby kupić te prezenty, a tu wszystko poszło na marne. Czemu ona ma takie pecha, ciągle coś się przytrafia! Wspomniała jeszcze, iż prezent dla babci piękny, puszysty, ciepły pled też był w bagażniku i zrobiło jej się jeszcze smutniej.

Do wsi dotarli już po północy. Myśleli, iż babcia Maria już śpi. Ale przed gankiem świeciła latarnia, a z domu natychmiast wyskoczyła babcia i jej sąsiadka, pani Zofia.

Dotarliście, chwała Bogu! Babcia od razu zaczęła wszystkich po kolei przytulać i całować. Malko, Igorku, dzięki Bogu, już myślałam, iż nie dojedziecie! Igorku, kochany mój, a gdzież Adaś i Lenka? O, są moje skarby, chwała Bogu, iż wszystko dobrze!

Babciu, wszystko dobrze, czemu tak się martwiłyście? Igor przytulił babcię. Chodźmy do domu, śnieg wali, a ty w samym płaszczu, zimno przecież! Skąd ten niepokój?

Babcia machnęła ręką. Cały wieczór z Zofią się za was modliłyśmy! Nie śmiej się, to nie żarty. Miałam dzisiaj widzenie, Igorku, jak żywe! Przysnęłam po obiedzie, a tu widzę wasz samochód, jakby miał z drogi zjechać… Przestraszyłam się bardzo! Obudziłam się zlana potem, cały dzień byłam jakaś niepewna, bałam się. Weszła Zofia: twoi jeszcze nie przyjechali? Jej syn już z rodziną był.

A ja ani słowa nie mogłam wydusić, tylko jej jakoś wyjaśniłam o tym widzeniu.

Zofia od razu mówi: Niedobrze, trzeba się modlić, może jeszcze zdążymy odwrócić złe! To modliłyśmy się i do Boga, i do świętego Antoniego, byście szczęśliwie dojechali. Może dzięki temu dotarliście. Ofiarowałyśmy, co mogłyśmy, byleby wszystko się dobrze skończyło. I całe szczęście jak się cieszę, iż wszyscy jesteście cali i zdrowi!

Masz rację, babciu, zgodzili się Małgosia i Igor. A jeżeli nasze prezenty komuś innemu sprawią radość, to choć taki pożytek będzie. Może komuś bardziej potrzebne.

Nowy Rok świętowaliśmy całą rodziną przy suto zastawionym stole. Swojskie ziemniaki, ogórki i pomidory kiszone. Śledzik pod pierzynką i pieczona gęś niebo w gębie! No i oczywiście słynne babcine drożdżowe bułeczki. Adaś i Lenka cały wieczór podkradali ciepłe bułki z garnka przy piecu dla nich to wystarczy! W dzień zjeżdżali na sankach z sąsiadami. Niby oczy już im się zamykały, ale czekali uparcie na północ, by zobaczyć, jak Gwiazdor zostawi prezenty pod choinką.

Babcia Maria śmiała się, obejmowała prawnuki swoje i Zofii. Jakie to szczęście wszyscy razem! To jest najważniejsze.

Tymczasem w zapomnianej przez świat zagrodzie, w której zostały trzy domy, przy skromnym stole siedziały dwie starsze siostry Jadwiga i Bronisława i ich sąsiad, dziadek Stanisław. Jakoś tam żyli. Rodziny żadnej, latem jeszcze ogródek przyniesie coś do jedzenia, ale zimą zimno i ciężko samym starym.

Ale trzymali się dzielnie najważniejsze, iż nie są zupełnie sami. Dziadek Stanisław przyniósł choinkę, coś jedzenia na stole było, choć skromnie. Przed obiadem poszedł do lasu po chrust do pieca. Związał suche gałęzie, położył na saneczki, patrzy coś wystaje z zasp przy drodze.

Podszedł bliżej, pociągnął za pasek torba. Otworzył i aż się zdziwił takie rarytasy! I czerwony kawior, i ryba, i szynka. Na dnie leżał puszysty, biały jak śnieg, ciepły pled. Rozejrzał się nikogo wokół. Wziął torbę, położył na saniach na chrust i zawiózł do domu. Rozłożył pled przed Jadwigą i Bronią, rozpalił piec. Jadwiga i Bronisława położyły potrawy na stół.

Myślałam, iż już nigdy w życiu takich smakołyków nie zjem, dziwiła się Bronisława.

I ja nie wierzyłam, iż takie szczęście nas spotka, odpowiedziała Jadwiga.

Wierzę, iż to sam Bóg nam zesłał, może za życie i cierpliwość nam się należy. Może jeszcze trochę pożyjemy i zobaczymy dobro, podsumował dziadek Stanisław.

Nie warto rozpaczać za straconymi rzeczami. Może to opatrzność czuwała i pomogła uniknąć większego nieszczęścia. Najważniejsze, żeby byliśmy razem i żeby zdołać ocalić to, co najcenniejsze.

Idź do oryginalnego materiału