Igor, bagażnik! Bagażnik się otworzył, zatrzymaj samochód! – krzyczała Marzena, ale już wiedziała, iż wszystko przepadło… Rzeczy wypadły na drogę, a jadące za nimi auta pewnie choćby nie zauważyły tych toreb! Prezenty, na które odkładali dwa miesiące: czerwona ikra, łosoś, droga wędlina, wszystko, co kupowali tylko na wielkie święta, leżało na wierzchu bagażnika, żeby się nie pognieść… Z takim zapasem jechali na święta do babci Igora na wieś, przez zakorkowaną trasę, gdzie nie było łatwo się zatrzymać. Wszystko przepadło! Dzieci zaniepokojone płakały, Marzena pocieszała je, a Igor zjechał na pobocze. Liczyli, iż może coś spadło na bok i się odnajdzie, ale na próżno… – Nie przejmuj się, kupimy co innego, a może wcale nie trzeba – pocieszał Igor, widząc jak żonie łzy napływają do oczu… Całą drogę Marzena milczała – takie oszczędności, taki wysiłek! Wśród straconych rzeczy był też piękny, ciepły pled dla babci… Dojechali późno w nocy, a babcia Maria już czekała przed domem, razem z sąsiadką Zosią, odmawiały za nich cały wieczór modlitwy pod wpływem złego przeczucia… Najważniejsze jednak, iż wszyscy zdrowi! Nowy Rok spędzili z rodziną przy swojskich ziemniakach, ogórkach, gęsi i oczywiście babcinych pierogach. Dzieci do północy czekały na Świętego Mikołaja pod choinką… A tymczasem, w zapomnianej przez świat wiosce, dwie samotne starsze siostry, Nadzieja i Wiktoria, oraz sąsiad dziadek Wacław trafili na porzuconą przy drodze torbę pełną przysmaków i mięciutki biały pled. – To cud, Pan Bóg nas wynagrodził – powiedział dziadek Wacław. Nie żałujmy zgubionych rzeczy – może to właśnie była szansa, by odwrócić większe nieszczęście i podzielić się dobrem, które wróciło do potrzebujących.

polregion.pl 3 godzin temu

Igorze, bagażnik! Otwarty bagażnik, zatrzymaj samochód! krzyknęła Marysia, ale już wiedziała, iż wszystko przepadło. Rzeczy wyleciały z bagażnika wprost na trasę i samochody jadące za nimi pewnie choćby ich nie zauważyły.

I prezenty, i smakołyki, na które odkładali przez ostatnie dwa miesiące! I słoik czerwonego kawioru, i łosoś, i wędlina z najlepszego sklepu, i jeszcze wiele innych rarytasów, które kupowali tylko na naprawdę wyjątkowe okazje. Torby z drogimi produktami i prezentami położyli na wierzchu, by nic się nie pogniotło. Rzeczy mieli sporo jechali na święta do babci Igora, na wieś pod Krakowem.

Na trasie korek, wielu ruszyło poza miasto. Samochody jechały jedna za drugą, powoli, ale i tak trudno było nagle stanąć. Więc wszystko, co z bagażnika wypadło, raczej przepadło na zawsze.

Dzieci, które siedziały z tyłu, zaczęły się niepokoić patrząc na zmartwioną mamę i też się rozpłakały. Marysia je przytuliła. Igor zahamował, zjechał na pobocze i w końcu się zatrzymali. Wciąż tliła się w nich nadzieja może cokolwiek zostało na poboczu. Poszli więc gwałtownie te kilkadziesiąt metrów, ale na próżno wszystko już dawno przejechane, rozjechane, choćby nie było co szukać. Szkoda tylko czasu.

Trudno, Marysiu. Zostaw, nie ma to nie ma. Kupi się coś innego, poradzimy sobie. To tylko rzeczy próbował ją pocieszyć Igor, widząc jak bardzo się zmartwiła Chodź już do auta, bo śnieg zaczął sypać, ciemno się robi, a droga ciężka.

Ale przez resztę drogi Marysia głównie milczała. Cóż miała wyrzucać Igorowi, iż zamek bagażnika się nie domknął? Stary samochód, wiecznie się coś zacina. Próbowała nie myśleć o stracie, ale łzy same napływały do oczu. Przecież oszczędzała, żeby wszystko przygotować. Czemu znowu jej nie poszło, zawsze coś… Tak, bywają gorsze rzeczy, ale jak tu nie żałować? Przypomniało jej się jeszcze, iż wśród prezentów był ciepły, puszysty koc dla babci Igora taki piękny, wymarzony. To już ją rozkleiło zupełnie.

Do wsi dojechali koło północy. Myśleli, iż babcia Maria już śpi i choćby nie czeka. A tu nad gankiem jasno świeci się lampa, a z domu wybiegają babcia i jej sąsiadka Zofia.

Nareszcie! babcia rzuciła się w objęcia, całując wszystkich po kolei. Marysiu, Igorze, całe szczęście, bo już nie wiedziałam, co myśleć! Gdzie Iwanek i Irenka? Są tutaj, dzięki Bogu, wszystko dobrze!

Babciu, wszystko w porządku, czemu tak się zmartwiłaś? objął ją Igor Wejdźmy już do środka, śnieg sypie, a ty w samym płaszczu, zimno!

Babcia machnęła ręką. Cały wieczór z Zofią za was się modliłyśmy, nie śmiej się tylko! Miałam dzisiaj widzenie, Igorze, jak żywe wasz samochód jakby zjeżdżał z drogi, coś złego się stało! Ocknęłam się cała przerażona. Przez cały dzień miałam złe przeczucie. Zofia do mnie przyszła zapytać, czy już dojechaliście, a jej syn już był na miejscu.

Ledwo słowo z siebie wydusiłam, opowiedziałam Zofii o moim widzeniu. Ona na to: Niedobrze, trzeba się modlić. I tak modliłyśmy się cały wieczór do Pana Boga, do świętego Mikołaja, by szczęśliwie dojechali moi kochani. Może to i nasze modlitwy was ochroniły! Najważniejsze, iż jesteście cali.

Masz rację, babciu przytakiwali Igor i Marysia A jeżeli nasze rzeczy trafią do kogoś, komu są bardziej potrzebne, to też dobrze. Być może tak miało być.

Nowy Rok obchodziliśmy całą rodziną, z pełnym stołem. Pieczone ziemniaki, ogórki i pomidory z babcinej piwnicy. Śledzik pod pierzynką i gęś nadziewana palce lizać! No i słynne, jeszcze ciepłe drożdżowe bułeczki babci Marii. Iwanek i Irenka biegali cały wieczór do kuchni, podjadając świeże bułeczki z garnka. Najważniejsze były ślizgawki na górce z dzieciakami z sąsiedztwa. Wszyscy tacy senni, ale wytrzymują do północy muszą zobaczyć, jak święty Mikołaj zostawi prezenty pod choinką!

Babcia Maria śmiała się, tuliła prawnuki i dzieci sąsiadów. Czego chcieć więcej wszyscy razem, to najszczęśliwszy Nowy Rok.

W tej samej nocy, w zapomnianej przez Boga wsi, gdzie zostały tylko trzy domy, za skromnym stołem siedziały dwie siostry Nadzieja i Wiolka oraz ich sąsiad stary pan Wacław. Jakoś ciągnęli życie. Rodziny nie mieli, latem jeszcze coś posiali, zimą było trudno zimno, samotnie i biednie.

Ale wspierali się nawzajem to najważniejsze. Wacław przyniósł skromną choinkę, na stole najprostsze jedzenie, ale było. Przed obiadem poszedł jeszcze do lasu na chrust. Nagle zauważył wystającą z zaspy jakąś torbę. Pociągnął i patrzy, torba pełna czerwony kawior, ryba, mięso, a na dnie śnieżnobiały puszysty koc. Obejrzał się dokoła pusto. Włożył torbę na sankach na chrust i zawiózł do domu. Rozścielił koc przed piecem dla Nadziei i Wiolki, odpalił ogień, a panie postawiły wykwintne dania na stół.

Myślałam, iż już nigdy nie spróbuję takich rarytasów dziwiła się Wiolka.

Sama nie wierzę, iż to cud odpowiadała Nadzieja.

Myślę, iż to od Boga podsumował Wacław. Chyba jeszcze trochę pożyjemy, żeby nacieszyć się tymi cudami i zobaczyć, co los przyniesie.

I tak, nie warto żałować zgubionych rzeczy. Być może to Bóg pomógł nam uniknąć większego nieszczęścia. Ważne, by cieszyć się tym, co naprawdę liczy się w życiu tym, iż mamy siebie.

Idź do oryginalnego materiału