Piotrek podał mi drugą kanapkę i powiedział to między jednym kęsem a drugim, jakby przekładał wizytę u dentysty. Nie podniósł choćby wzroku znad talerza.
— Iwonka, ja już zdecydowałem. Wyprowadzam się w przyszłym tygodniu.
Miałam wtedy pięćdziesiąt dwa lata. Dwadzieścia siedem lat małżeństwa. Dwoje dorosłych dzieci — Kuba studiował we Wrocławiu, Zosia kończyła liceum w Bydgoszczy, u nas, u siebie. I dwadzieścia jeden lat pracy w firmie Piotrka, bez umowy, bez jednej wypłaty na konto, bez ani jednego dnia składek w ZUS-ie.
Firma zajmowała się instalacjami elektrycznymi — biura, mieszkania, czasem hale magazynowe pod Bydgoszczą. Piotrek założył ją, kiedy Kuba miał trzy latka, a ja byłam w ciąży z Zosią. Pamiętam, jak siedziałam z wielkim brzuchem przy stole w kuchni naszego pierwszego mieszkania na Wilczaku i wpisywałam faktury do zeszytu w kratkę, bo na program księgowy nie było wtedy pieniędzy. Z czasem ten zeszyt zamienił się w arkusz Excela, Excel w prawdziwy program księgowy, a program księgowy — w prowadzenie całej firmy: dziewięciu pracowników, faktury, rozliczenia z ZUS-em, deklaracje VAT co kwartał. Wszystko robiłam ja. Od umów zleceń po roczne bilanse.
Raz zapytałam, czy mogłabym dostawać za to jakąś pensję. Piotrek się obraził.
— Przecież to nasza firma. Co jest twoje, jest moje. Po co ci jakieś papiery?
I uwierzyłam mu. Bo tak było wygodniej. Bo nie chciało mi się kłócić. Bo po dwudziestu paru latach pod jednym dachem przestajesz się widzieć jako pracownik.
Odszedł do Anety, klientki po trzydziestce, której robił instalację w nowym mieszkaniu na Fordonie. Za robociznę zapłaciła mężem z firmą w komplecie.
Nie mam do niego żalu. Przez pierwsze trzy miesiące miałam — nie spałam po nocach, pigułki na uspokojenie łykałam jak wodę mineralną. Z czasem doszłam do tego, iż Aneta to był tylko objaw. Piotrek i tak by kiedyś odszedł. Potrzebował kogoś, kto by na niego patrzył z dołu, a ja w pewnym momencie przestałam.
Problem był taki, iż firma była zarejestrowana wyłącznie na niego. Ja w tym biznesie istniałam jak duch — robiłam wszystko, a formalnie nie figurowałam nigdzie.
U prawniczki, do której poszłam z tym wszystkim, usłyszałam smutny ton, jaki widocznie znała z dziesiątek podobnych rozmów.
— Może pani wystąpić o podział majątku i wliczyć firmę, ale to potrwa — powiedziała. — A kredyt, który wzięliście razem na rozbudowę magazynu… ten jest wspólny.
Kredyt. Sto dziesięć tysięcy złotych, głównie na magazyn przy ulicy Fordońskiej. Magazyn zostawił sobie Piotrek. Kredyt został na dwoje. A kiedy Piotrkowi nagle zaczęło brakować na raty, spłacanie spadło na mnie.
Byłam w takim miejscu, gdzie albo się tonie, albo się uczy pływać. Pracy nie miałam. Składek nie miałam. Na papierze byłam nikim — dwadzieścia jeden lat prowadzenia księgowości, i ani jednego dokumentu, który by to potwierdzał.
Zosia zdała maturę i wyjechała na studia do Poznania. Kuba dorzucał się, kiedy mógł, ale sam kilka zarabiał. Przez cztery miesiące pracowałam jako kasjerka w markecie budowlanym na Fordonie. Ironia losu — sprzedawałam przewody i gniazdka firmom takim jak ta Piotrka. Wracałam co wieczór do kawalerki, którą przyznał mi sąd na czas trwania rozdzielności majątkowej, i siadałam przy stole w kuchni. Tym samym, przy którym dwadzieścia lat wcześniej wpisywałam pierwsze faktury Piotrka do zeszytu.
To sąsiadka z klatki, pani Grażyna, powiedziała to na głos pierwsza, gdy pewnego wieczoru wpadła pożyczyć cukier i zobaczyła na stole rozłożone stare bilanse.
— Iwona, ty się znasz na księgowości lepiej niż połowa biur rachunkowych w tym mieście. Czemu nie otworzysz własnego?
Roześmiałam się. Ale ona mówiła całkiem serio. Podpowiedziała mi, jakie kursy skończyć, żeby mieć papiery. Znalazła bezpłatne szkolenie z dofinansowaniem unijnym w powiatowym urzędzie pracy. Przez pół roku uczyłam się wieczorami tego, co przez dwadzieścia lat robiłam w praktyce — tylko teraz dostawałam za to zaświadczenia.
Najgorszy był dzień, kiedy poszłam do banku po kredyt na wyposażenie biura. Stałam pod drzwiami oddziału i czułam mdłości. Ostatni kredyt, jaki podpisałam, ciążył mi jak wyrok. Ale weszłam. Dali mi niewiele, ale wystarczyło na biurko, komputer, drukarkę i trzy miesiące czynszu.
Lokal znalazłam na ulicy Gdańskiej. Osiemnaście metrów kwadratowych, parter kamienicy z lat siedemdziesiątych. Właścicielka, starsza pani, sama obniżyła mi czynsz, kiedy usłyszała moją historię. Nie prosiłam o to — sama zaproponowała. Drobny gest, który zwrócił mi trochę wiary w ludzi.
Dwie ulice od siedziby firmy Piotrka.
Dowiedział się przypadkiem. Zadzwonił po raz pierwszy od miesięcy. Głos miał taki, jakby przełknął coś niedobrego.
— Podobno otwierasz biuro rachunkowe. Na Gdańskiej?
— Tak — odpowiedziałam. — To dwie ulice od ciebie.
— Wiem.
Cisza trwała długo, gęsta, i słyszałam w niej, jak Piotrek szuka argumentu, żeby mnie od tego odwieść. Nie znalazł.
— Powodzenia — powiedział w końcu i się rozłączył.
Wczoraj podpisałam umowę najmu. Notariusz podała mi długopis i pomyślałam, iż ostatni raz podpisywałam coś tak ważnego, kiedy braliśmy razem ten przeklęty kredyt na magazyn. Ale tamten podpis był za kogoś innego. Ten był za mnie.
Zosia przyjechała z Poznania na weekend i pomogła mi wybrać kolor ścian. Zdecydowałyśmy się na ciepłą szałwiową zieleń. Kuba przysłał mi zdjęcie szyldu, który zamówił przez internet — biały, z granatowymi literami: "Iwona Wieczorek — Biuro Rachunkowe". Płakałam nad tym zdjęciem ze dwadzieścia minut, siedząc na podłodze pustego jeszcze lokalu, obok kartonu z segregatorami i termosu z herbatą, którą już dawno przestałam pić, bo wystygła.
Nie powiem, iż się nie boję. Boję się codziennie. Że klienci nie przyjdą. Że nie dam rady sama. Że kredyt z banku i rata długu po Piotrku dobiją mnie, zanim zdążę stanąć na nogi.
Ale jedno wiem na pewno: przez dwadzieścia jeden lat prowadziłam firmę, która przynosiła zyski. Tyle iż te zyski zabierał ktoś inny.
Dziś biurko jest moje. Komputer jest mój. I klienci, jeżeli przyjdą, też będą moi.
W piątek, dwa tygodnie po otwarciu, zadzwonił telefon stacjonarny, który Kuba kazał mi podłączyć "dla powagi". Głos w słuchawce przedstawił się jako właściciel małej firmy remontowej z Fordonu — szukał kogoś do prowadzenia księgowości, bo poprzednia księgowa przechodzi na emeryturę. Zapisałam jego dane w nowym kalendarzu, tym samym, w którym Zosia w rogu pierwszej strony narysowała długopisem małe słoneczko.
Tego samego wieczoru, wracając do domu, minęłam biuro Piotrka. Światło było zapalone, jego samochód stał pod budynkiem. Nie zwolniłam kroku. Nie spojrzałam w stronę okna dłużej, niż trzeba, żeby zobaczyć, iż jest tam. Po prostu szłam dalej, w stronę przystanku, z kluczami od własnego lokalu w kieszeni płaszcza.













